*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 15 października 2009

Cholerna awaria.

No tak, miało być o Marcinie. Nawet zaczęłam wczoraj pisać na ten temat zanim sen mnie zmorzył. Ale dzisiaj nie mam głowy do wspomnień. Po przejściach z dzisiejszej nocy jestem wściekła i zmęczona :/

Położyłam się już o 22. Koło północy miałam pobudkę. Franek był u kumpla, oglądał mecz i pił piwo za piwem. A potem postanowił, że mnie bardzo kocha i musi przyjść spać do mnie. Zła byłam na niego, że taki podpity, a jemu się jeszcze na przymilanki zebrało. Ale w końcu go zbyłam i mogłam spokojnie zasnąć. Nie na długo :/

O 2:30 usłyszałam straszny szum. U nas w mieszkaniu bardzo słychać wodę w rurach, kiedy ktoś się na przykład kąpie. Ostatnia kąpała się Ela, więc pierwsza moja myśl była taka, że kiedy się myła, była jakaś awaria i przestała jej lecieć woda a ona zamiast zakręcić kurek, odkręciła go na maksa (można się u nas pomylić, bo się obracają w odwrotną stronę). Poleciałam szybko do łazienki a przed oczami miałam wizję szalejącego prysznica zalewającego wszystko wokół. No, ale czegoś takiego to się na pewno nie spodziewałam… Kiedy zapaliłam światło, zobaczyłam, że prysznic spokojnie wisi tam, gdzie miał wisieć. Za to woda lała się z sufitu. Na podłodze zbierała się w ogromną kałużę. Nie dość, że byłam wybudzona z głębokiego snu, to jeszcze przeżyłam szok wywołany zapalonym światłem, więc zlokalizowanie miejsca skąd leci woda zabrało mi kilka sekund (w pierwszej chwili myślałam, że na dworze jest taka ulewa, choć logicznie nie potrafiłam sobie wytłumaczyć jak to możliwe, żeby na pierwszym piętrze tak lało się z sufitu!). Po chwili dopiero zobaczyłam, że wszystko przez pieprzony wężyk doprowadzający wodę do spłuczki, który pękł i woda leciała niczym fontanna pod ogromnym ciśnieniem, dużym strumieniem na sufit i odbijała się od niego – stąd wrażenie, że padało z sufitu. Szybko zakręciłam dopływ wody i poleciałam obudzić Elę.
W środku nocy, przez godzinę suszyłyśmy łazienkę. I tak dobrze, że akurat Ela wczoraj przyjechała, więc nie musiałam się sama z tym użerać, co prawda mogłam zawołać Franka (który zresztą się przebudził, ale jakoś pewnie zamroczony alkoholem nie wpadł na pomysł, żeby sprawdzić co się dzieje), ale nie sądziłam, żeby mógł na wiele się przydać. Ok, muszę oddać mu sprawiedliwość, że potem wykazał się niezwykłą jak na swój stan trzeźwością umysłu, kiedy ze mną rozmawiał i mówił, że niepotrzebnie budziłam Elę, tylko mogłam jego zawołać, ale i tak jestem na niego wściekła.
Po takim nocnym sprzątaniu naprawdę ciężko było mi zwlec się z łózka przed szóstą. A na dodatek jeszcze akurat Franka zaczął męczyć kac, i zamiast zająć się sobą musiałam biegać koło niego z napojami i tabletkami. Wcale nie było mi go żal. Za to do tej pory jestem zła.
A jak sobie pomyślę, że to się mogło stać, po moim wyjściu do pracy, albo co gorsza w weekend, kiedy nie byłoby nikogo w domu, oblewają mnie zimne poty. Boję się myśleć, jakie byłyby straty nie tylko u nas w mieszkaniu, ale także u zalanych sąsiadów – od momentu kiedy pękł wężyk do momentu zakręcenia wody upłynęły jakieś dwie minuty, może nawet nie, a wody i tak zebrałyśmy ponad pół wiadra :( Masakra. I jeszcze dzisiaj muszę dzwonić do właścicieli mieszkania, niech coś z tym zrobią…
Nie dziwicie się chyba, że moje zauroczenie sprzed dwunastu lat zeszło dzisiaj na dalszy plan?

wtorek, 13 października 2009

Z Margolkowej szuflady II

poniedziałek 3 listopada 1997
Nie do wiary! Podobam się Marcinowi. Tzn, nie powiedział tego wprost, ale Kasia pytała się go czy jeszcze mu się podobam. On powiedział „może”. Kaśka: „Może, czy na pewno?” Marcin: „Może na pewno” Super!

wtorek 4 listopada 1997
Mi się trochę wydawało, że może dalej mu się podobam, bo na przerwach gapi się na mnie tak, jak kiedyś. Aha, on powiedział coś o Hipce. Powiedział „ale ja jeszcze z Hipką nie skończyłem…” A po chwili: „tak ją wykorzystam, że popamięta!” Hurra! Jak Kaśka mi to mówiła, to myślałam, że wszystko skończone, a po chwili się ucieszyłam

niedziela 4 stycznia 1998
Nie chcę iść jutro do szkoły, ale nie mogę się doczekać aż wreszcie zobaczę Marcina. To jedyna dobra strona końca świąt!

poniedziałek 5 stycznia 1998
Widziałam go, ale strasznie się wstydziłam na niego popatrzeć, naprawdę nie wiem dlaczego. Uhh.

niedziela 25 stycznia 1998
Właśnie napisałam do Marcina list… czuję, że zrobię z siebie idiotkę, ale co będzie, to będzie. Jak on przyjmie ten liścik?! Naprawdę trochę się boję. Trochę to chyba za mało powiedziane! Żeby się udało!

poniedziałek 26 stycznia 1998
Jestem durna, durna, durna!
PÓŹNIEJ:
Przyszedł z Gosią do mnie i gadałam z nim, a właściwie tylko poprosiłam go, żeby narysował mi rysunek na plastykę (bo on ładnie rysuje) a potem zapytałam czy mu się podobam, a on powiedział: Nooooo

środa 28 stycznia 1998
Przed chwilą był tu Marcin! Tzn przyszedł, żeby się zapytać jakimi kredkami ma mi namalować rysunek. Odpowiedziałam mu. I dopiero teraz przypomniałam sobie, że to ma być farbami. Jestem zdenerwowana, naprawdę! Cała się trzęsę. Super. On był u mnie!

Tak więc jak widzicie, to jednak nie był koniec. Następnym razem napiszę kim właściwie był ten Marcin i co się dalej wydarzyło :) Wspomnienia wróciły. Ale to są miłe wspomnienia, choć wbrew temu co pisałam w sierpniu 1997 roku, to nie była moja pierwsza miłość…