*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 8 grudnia 2009

Z cyklu „Faceci mojego życia”: Franek, scena balkonowa, podejście drugie…

Dzisiaj coś, czego jeszcze w historii tego bloga nie było. Postanowiłam po raz drugi opublikować notkę, tyle, że z innym zakończeniem… Skoro zdecydowałam się dać Frankowi szansę i postanowiłam, żebyśmy zaczęli od nowa, to niech tak będzie. Stwierdziłam, że jeszcze raz opublikuję moją notkę o tym jak się poznaliśmy, tylko bez ostatniego akapitu, który popsuł jej wydźwięk. A potem nastąpi inny ciąg dalszy…
Może ktoś jeszcze nie czytał, więc zapraszam :))
W czerwcu 2006 roku dowiedziałam się, że dostałam stypendium Erazmusa na wyjazd do Hiszpanii. Pierwszym zdaniem jakie wypowiedziałam wtedy do Doroty było: no to pewnie teraz jak na złość się zakocham…
Wyjazd miał być we wrześniu, postanowiłam sobie trochę dorobić i w lipcu rozpoczęłam pracę, co wiązało się z tym, że po raz pierwszy na wakacje nie wróciłam z Poznania do Miasteczka. Dorota co prawda wyjechała, ale w połowie lipca, dokładnie 17tego przyjechała razem z siostrą (Evita), żeby razem ze mną oblać bezpoprawkową sesję.Wróciłam z pracy koło 20 i godzinę później już miałyśmy z Evitą obalonego całego cincina, a Dorota była po kilku piwkach. Stwierdziłam wtedy, że warto byłoby wyjść na miasto, żeby poznać jakichś „fajnych kolesi”, jak to określiłam. Na co zaprotestowała Evita i stwierdziła, że wystarczy wyjść na balkon, to pół osiedla się zleci. Popukałam się w czoło i powiedziałam jej, że już dawno wpadłam na to, żeby tak znaleźć swojego Romeo i wystawałam na balkonie jak ta Julia, ale niestety nikt nigdy serenad śpiewać mi nie zaczął. Evita się uparła i wyszłyśmy na balkon.
Jakież było moje zdumienie, kiedy z balkonu na przeciwko usłyszałyśmy jakieś zaczepki. Było tam kilku chłopaków, którzy zwietrzyli naszą babską imprezkę i koniecznie chcieli się przyłączyć. Krzyknęłyśmy, że skończył nam się alkohol i idziemy po dokładkę, a jeśli chcą mogą się przejść z nami do sklepu. Zarządziłyśmy zbiórkę za dziesięć minut. Zeszło ich dwóch. Małolaty jakieś totalne – stwierdziłam. Ruszyliśmy do sklepu i jeden z tych małolatów stwierdził, ze wypada się przedstawić – podszedł do mnie, wyciągnął rękę i powiedział: „Miło mi jestem Franek, a to mój kolega Mietek” – wskazał na drugiego małolata. Obruszyłam się na takie jawne kpiny i odpowiedziałam „Ja jestem Kunegunda, a to Brunchilda i Gryzelda…” Potem okazało się, te małolaty były od nas starsze o kilka lat a na imię było im Łukasz i Karol, a Franka i Mietka wytrzasnęli z kabaretu Ani Mru Mru. Ale Łukaszowi zapowiedzałam, że on dla mnie już na własne życzenie Frankiem pozostanie. Jak się zapewnie domyślacie, to był właśnie TEN Franek. A jak to się stało, że Franek stał się kimś ważniejszym?
Wyruszyliśmy do całodobowego po czym stwierdziłyśmy, ze wracamy do domu i… zaprosiłyśmy ich do siebie. Dobra, wiem, skrajna nieodpowiedzialność. Nawet Mietek dziwił sie naszej odwadze. No ale wiecie, na takim rauszu, o odwagę nietrudno. Poza tym miałyśmy przewagę liczebną ;) Przyszli i zaczęliśmy rozmawiać. Od razu wpadł mi w oko Mietek i trochę zaczęłam „przypadkowo” zjawiać się w tych samych miejscach co on… On w pokoju, ja też, on na balkon, ja za nim, on do łazienki – no dobra, bez przesady ;) Tu go właśnie zgubiłam. A kiedy wyszedł zorientowałam się, że poszedł do Evity. „Stracony”, pomyślałam i wróciłam do pokoju, gdzie siedzieli Franek i Dorota. W pewnym momencie Franek wylał na mnie zawartość swojej szklaneczki. Poleciałam do łazienki i oświeciło  mnie wtedy, że on to na pewno zrobił specjalnie. I że na pewno mu się podobam ;) Przypudrowałam więc nos i dumnie wróciłam do pokoju, żeby trochę poflirtować, ale…
Stwierdziłam, że się spóźniłam, bo wyglądało mi, że Dorota i Franek są bardzo pochłonięci rozmową. Zrezygnowana poszłam do drugiego pokoju posiedzieć przy kompie i po cichu myślałam jaki to pech, że nie przyprowadzili ze sobą jeszcze jednego kolegi… Moje rozważania przerwał Franek, który przyszedł mi poprzeszkadzać. Wyłączyłam więc kompa i wyszłam. A on… poszedł za mną. Żeby sprawdzić, czy przyjął tę samą strategię, którą ja miałam przy polowaniu na Mietka, łaziłam jak głupia po mieszkaniu. A on krok w krok chodził za mną. Po jakimś czasie wyszłam na balkon. Po chwili był już obok. Nawet nie wiem czy o czymś rozmawialiśmy, bo stało się coś, czego się absolutnie nie spodziewałam. W życiu nie przewidziałabym w moim scenariuszu, że on nagle, ni z tego, ni z owego pochyli się i mnie pocałuje. To była ta iskra, która nie zgasła, a rozpaliła płomień.
Jak widzicie to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale coś, czego się jednak nie spodziewałam. Szczerze powiem, że ja nie pamiętam, co pomyślałam o nim, kiedy go zobaczyłam, traktowałam to chyba tylko w kategorii zwyczajnej nowej znajomości. On natomiast coś kręci, bo czasem mówi, że od razu zwrócił na mnie uwagę, czasami nie potrafi sobie przypomnieć jak to było… Uznaję więc, że wszystko zaczęło się na tym balkonie. Wtedy, jak tej śpiącej królewnie, otworzyły mi się oczy i nic już nie było takie samo. Impreza trwała do białego rana. O szóstej Mietek poszedł do domu – mieszkał piętro wyżej. Franek został do dziewiątej. Potem od razu pojechał do pracy. Umówilismy się na wieczór, ale sprawy się trochę skomplikowały i o mały włos w ogóle byśmy się nie spotkali….
  c.d.n.

niedziela, 6 grudnia 2009

Rzecznik „psowy”

No dobra, na razie mi przeszło. Przynajmniej przestałam gryźć ;)) Siadłam wczoraj do tej pracy i coś tam napisałam. Nie powiem, że szłam jak burza, ale do przodu się ruszyłam i humor mi się trochę poprawił. Na dzień dzisiejszy muszę jeszcze poprawić ostatni rozdział, dokończyć wstęp i napisać zakończenie. Uhhh… Let’s get it over with…. A tymczasem za trzy godzinki wyruszam z powrotem do Poznania (bo przyjechałam na weekend do Miasteczka), nie chce mi się trochę siedzieć ponad trzy godziny za kierownicą, ale jak mus to mus. Akurat się tak zdarzyło, że Dorota i Evita będą jechać ze mną to mi się dłużyć nie będzie :) Na razie więc zmykam i oby dobry humor mi się utrzymał razem z weną do pisania.
A na koniec jeszcze koślawy dialog w wykonaniu moich rodziców ;) Na wstępie tylko drobne wytłumaczenie, co by obrońcy zwierząt nie oskarżyli nas o głodzenie zwierzaków ;) Bo nasz Roki to jest żarłok jakich mało. Wszystkożerny jest (no mandarynek nie lubi) i gdyby miał miskę bez dna, nie odchodziłby od niej. Dlatego od małego uczyliśmy go, że jedzenia nie ma na zawołanie, ani nie stoi cały dzień w misce, tylko o określonych porach dwa razy dziennie dostaje pełną michę (a i tak go dokarmiamy w ciągu dnia jak ładnie poprosi;)) No i wczoraj mu się włączył zegarek w brzuchu i zaczął wołać mojego tatę do kuchni. A tata niewzruszony siedzi i ogląda telewizję. Odzywa się mama:
M: Tata, no daj jeść Rokiemu, zobacz jak to dziecko (tak się moi rodzice o Rokusiu wyrażają;)) płacze.
T: No już, chcę tylko zobaczyć jak Małysz skoczy.
M: Ale on jest głodny, to jest jego pora!
T: No już… Jeszcze tylko dwóch skoczków…
M: Ale to nie mi musisz tłumaczyć, tylko Rokiemu
T: Tłumaczę tobie, bo to ty marudzisz, nie on.
M: Bo ja jestem jego rzecznikiem.

Ważna osobistość z tego naszego Rokusia ;)