*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 10 lutego 2010

Wredne babsko...

...to ja :) Przynajmniej według niejakiego „adr”. W zasadzie nie wiem jaki cel miał ten internauta komentując w ten sposób notkę. Czyżby chciał mi zrobić przykrość? No ale, Czytelniczki Drogie, czy ja kiedykolwiek napisałam, że wredna nie jestem? Ba!, często nawet otwarcie się do tego przyznaję. Trochę mi tutaj „babsko” co prawda nie pasuje, bo to słowo raczej kojarzy mi się z kobietą o wymiarach 180 wzdłuż i 180 wszerz, no ale niech będzie i babsko :)
Andrzej natomiast stwierdził, że jestem typową babą niewiedzącą czego chce. Chociaż nie do końca zrozumiałam jego wywód, bo dalej napisał, że ”chciałabym to, chciałabym tamto” – no to skoro chciałabym, to chyba jednak wiem, czego chcę? Jak myślicie? :) Aha, i zwrócił mi jeszcze uwagę na to, że w ogóle nie piszę o tym co bym dała. Owszem nie pisałam, ale notka była o czymś innym. Zaproponowałam nawet Andrzejowi, żeby dał namiary na siebie, to go powiadomię, jak powstanie notka o tym co mogę z siebie dać, ale jakoś się nie odezwał.
Był też pewien „mężczyzna sporo starszy ode mnie”, który komentował w sposób kulturalny i, nie powiem, dość merytoryczny, ale niestety szybko dało się zauważyć, że wybiórczo komentuje notkę i w taki sam sposób odpowiada na moje komentarze – założył sobie jakąś tezę a na resztę miał klapki na oczach. Koniecznie chciał mi udzielić kilku dobrych rad. Rad chętnie słucham, ale tych zaserwowanych w odrobinę inny sposób :) Poza tym uważam, że najlepiej to się jednak człowiek na swoich błędach nauczy, nie na cudzych :) Przyjęłam więc tylko szczere życzenia rozsądku i podziękowałam.
Mowa oczywiście o panach udzielających się pod, jak się od Was dowiedziałam, poleconą ostatnio notką „O rozkładzie sił w związku”. Polecenia przez Onet są różnie odbierane przez blogowiczów. Niektórzy na nie czekają, inni ich nie znoszą. Ja mam stosunek neutralny - zawsze jest to szansa na poznanie nowych osób, no i jakieś wyróżnienie, ale z drugiej strony nigdy nie wiem który kawałek mojego życia zostanie przedstawiony szerszej publiczności :) Inna sprawa, że zdecydowanie wolę polecenia na stronie „Onet blog”, ponieważ jednak wtedy odwiedzający zwykle sami prowadzą bloga i szansa na merytoryczną dyskusję jest dużo większa niż w wypadku polecenia na stronie głównej kiedy to mnożą się komentarze od niejakich „jshdaia”, „bzzuau”, „ja” i „xxxxx”, którzy trafili na dany blog raz, nabrudzili i więcej nie wrócą :)
Przyznać jednak muszę, że dotychczas prawdziwego zmasowanego ataku trolli udało mi się uniknąć a pojedynczymi niepochlebnymi komentarzami niespecjalnie się przejmuję.
Wracając jednak do notki o Margolce – wrednym babsku, ciekawostką jest, że tylko tych dwóch panów (bo ten starszy nie był jakoś szczególnie zbulwersowany) tak się oburzyło na moją notkę. Natomiast kobiety – co do jednej przyklaskiwały i nawet dostrzegały w niej siebie. Nie jestem znawcą psychiki ludzkiej, więc nie wiem co w tych panach siedzi, że aż musieli dać upust swojej złości na kobiety takie jak ja, powiem tylko tyle, że jeśli nie wyobrażają sobie związku z kobietą z silnym charakterem, o przepraszam!, z wrednym babskiem niewiedzącym, czego chce, to niech się cieszą, że nie mają ze mną do czynienia :) Nie przeżyliby tego. Mięczaki :) A ja również dziękuję losowi, ze mnie takimi nie pokarał.

poniedziałek, 8 lutego 2010

O egzaminie z Drugiego Życia.

No to jak to było z tym egzaminem? Jak już wspomniałam, uczyłam się do niego dosc długo. Choć wcale nie było to łatwe. Tak naprawdę materiał trzeba było sobie opracować samemu – miałam syllabus z hasłami i przeszukiwałam internet w poszukiwaniu informacji na ten temat. Co wcale nie było takie proste, bo na przykład wcale nie było tak łatwo dojść do tego, że skrót STS może oznaczać speech-to-speech (machine translation). Kto ciekawy, niech sobie wpisze ten skrót w wyszukiwarkę :)
W każdym razie pytań było siedem. Kiedy je zobaczyłam, zrobiło mi się słabo. Wszystko czego się uczyłam mogłam sobie w DE wsadzić, bo moja wiedza przydała się w jednym pytaniu. Reszta dotyczyła tak naprawdę ogólnej znajomości sieci – parę rzeczy może było powiedzianych na wykładzie, ale bez szczególnego wskazania, że to akurat jest ważne. A właśnie, czy ktoś słyszał o czymś takim jak NING? Bo miałam właśnie takie pytanie. Na sto osób dobrze odpowiedziała jedna. I to nie wiem czy wiedziała, czy sobie strzeliła. Ja naprawdę dość dobrze przewertowałam sieć, kiedy się przygotowywałam do egzaminu i nie natknęłam sie na taką nazwę. W każdym razie to jest taki portal w stylu Facebooka.Obawiałam się, że jednak nie zdałam. Ale okazało się, że dobrze odpowiedziałam na cztery pytania i to wystarczyło. Oblało chyba około trzydziestu osób. Współczuję im. Bo do tego nie da się przygotować.
W każdym razie wykładowca ma totalnego bzika na punkcie nowoczesnych technologii. Facet ma dobrze po pięćdziesiątce a w sieci spędza więcej czasu niż my wszystkie razem wzięte :P Oczywiście absolutnie nie chodzi mi o to, że wiek jest jakmikolwiek ograniczeniem jeśli chodzi o spędzanie czasu w Internecie. Ale niepoważne jest dla mnie to, co taka osoba w tej sieci robi.
Słyszałyście o Second Life? To taki wirtualny świat. Coś jak Simsy tylko tam człowiek sam siebie tworzy i sobie po prostu żyje. Nie ma żadnych celów do osiągnięcia, po prostu sobie żyje. I wiecie co? Dla mnie to jest chore. Bo ja rozumiem jak sobie ktoś gra w jakąś grę – nawet po kilkanaście godzin dziennie, nawet niech będzie uzależniony od niej – ale ma jakiś cel do osiągnięcia. Tu nie ma czegoś takiego. Rozumiałabym też, gdyby ktoś sobie wchodził dwa razy w tygodniu do Second Life’a żeby sobie po angielsku porozmawiać. Ale siedzieć tam non stop? Mieć tam dom i ćwiczyć tai-chi?? No powiedzcie mi jaką satysfakcję ma żywy człowiek z tego, że jego avatar w Second Life sobie potańczy?? Nie kapito. Zdecydowanie nie kapito. A najlepsze, że facet sobie normalnie do internetu wrzuca filmiki (na You Tube na przykład), w których tańczy ze swoją żoną. Ale nie w naszym świecie. Tańczą sobie w świecie wirtualnym – bo jego żona też jest w Second Life. No powiedzcie mi, czy wyobrażacie sobie, że małżeństwo zamiast wyjść wieczorem na miasto, spotkać się ze znajomymi, potańczyć siedzi w domu – on przy jednym kompie, ona przy drugim i tańczą w drugim życiu?? Jeszcze raz powtarzam – dla mnie to jest niepoważne i nawet odważę się na stwierdzenie, że jest to jakiś rodzaj patologii.
Uważam, że albo takie osoby są tak bardzo spełnione w życiu, że sobie szukają wrażeń w wirtualnym, albo muszą być bardzo nieusatysfakcjonowane ze swojego prawdziwego życia. Optuję raczej za tą drugą kwestią. Bo w przypadku pierwszej nadal sądzę, że taki ktoś musi być mimo wszystko nieszczęśliwy, skoro uważa, że wszystko już osiągnął i nie ma nic więcej do zrobienia. Oczywiście możecie się ze mną nie zgodzić, ale uważam, że jeśli ktoś sobie w Drugim Zyciu tworzy postać, traktuje ją jak prawdziwą osobę (swoje drugie ja), to chyba musi nie lubić siebie. No bo dlaczego na żywo się nie zapisze na to tai chi? Albo co mu da sukces osiągnięty w Second Life? Osobiście jak już miałabym wybierać, wolałabym być gwiazdą w swoim prawdziwym życiu. Nie, to zdecydowanie nie moje klimaty.
Chciałam jeszcze dodać, że oczywiście znalazłyby się jakieś dobre strony tego Wirtualnego Świata, ale chyba tylko w rozsądnych dawkach i pod warunkiem, że człowiek się za bardzo w to nie zangażuje. Angazować się trzeba w swoje życie. Nie w wirtualne.
Dla chętnych: oto mój wykładowca: dobra, dość tej reklamy :D