*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 4 sierpnia 2010

Retrospekcja.

I znowu cofam się o kilka dni. Nie nadążam po prostu z opisywaniem moich myśli, refleksji i tego, co się u mnie dzieje :)

1 sierpnia wracaliśmy właśnie z działki. O godzinie 17:00 wjeżdżaliśmy akurat do Poznania, kiedy usłyszeliśmy syreny. Od razu cofnęłam się trochę w czasie… Nie, nie do roku 1944, bo w tym czasie to mój dziadek jeszcze dziesięciu lat nie miał, więc o mnie świat nawet nie myślał. Oczywiście pierwszym moim skojarzeniem z dźwiękiem syreny było Powstanie Warszawskie, ale patriotyzmem się nie popisałam, bo mnie przed oczami stanął 1 sierpnia 2009 – godzina 17:00. Tak dokładnie pamiętam tamten dzień, a przecież nic wielkiego się wtedy nie wydarzyło. 

Rano pomagałam Dorocie i Jusce przenieść rzeczy do ich nowego mieszkania. Dość szybko się uwinęłyśmy. One zajęły się układaniem swojego dobytku na nowych półkach, ja wróciłam do pustego pokoju – pokoju bez Doroty. Nie bardzo potrafiłam znaleźć sobie miejsce, więc pojechałam do baru, w którym pracował Franek. Zjadłam obiad i wróciłam do domu. Moim postanowieniem sprzed kilku tygodni, kiedy to rozpoczynałam wakacje, było to, że od 1 sierpnia zacznę pracować nad moją magisterką. Kompletnie nie wiedziałam jak się do tego zabrać, ale słowo się rzekło – wzięłam ze sobą ksero książki „The of the Scarlett Letter”, na której w dużej mierze opierałam swoje wywody i poszłam do parku nad Wartę. Pogoda była piękna, słońce w pełni, gorąco. Ale ja siedziałam dzielnie i czytałam, opalając się jednocześnie. Do dziś pamiętam o czym czytałam :) Pamiętam nawet, które fragmenty sobie zakreśliłam, jako te, które mogą mi się przydać. Trzy tygodnie później właśnie na tych fragmentach się opierałam pisząc pierwsze pół strony mojej pracy magisterskiej.
Po ponad dwóch godzinach, znudziłam się. Zrobiło mi się gorąco. Poszłam do sklepu po wodę. Wyszłam z wodą i dwoma drinkami :) Akurat wtedy usłyszałam syreny.  Zadzwonił mój wujek, historyk i rozmawialiśmy chwilę na temat Powstania Warszawskiego…

Wróciłam do domu. Do pustego pokoju i postanowiłam zapełnić puste półki po Dorocie swoimi rzeczami. Poukładałam je prowizorycznie, ale jak wiadomo prowizorki są najtrwalsze, więc takie ustawienie przetrwało do 5 lipca 2010 :) Pokręciłam się trochę po mieszkaniu. Wrócił Franek i zadzwonił do mnie tylko po to, żeby poprosić o wyprasowanie mu koszuli – wybierał się na wieczór kawalerski swojego brata. Poszłam, wyprasowałam, wypłakałam się, że teraz już będę sama i… poszłam do dziewczyn :) One nadal się urządzały, ja siedziałam w kąciku i oglądałam Vicky, Christina, Barcelona. I nadszedł ten moment – wieczór. Wiedziałam już, że nic mi nie da odsuwanie tego momentu na później. Trzeba wrócić. Do pustego mieszkania. Do pustego pokoju. Wróciłam. Napisałam notkę „I już…” i położyłam się spać.

Czy wyobrażacie sobie, że ja tak dokładnie pamiętam tamten dzień? Niemal każdy szczegół, bardzo wyraźnie. Wiem nawet jak byłam ubrana. Myślę, że sporo jest jeszcze takich dni z przeszłości, które pamiętam doskonale, mimo, że były zwyczajne. Mimo, że nie robiłam wtedy nic ważnego. Tylko czekają na jakiś impuls, na syrenę, która wywoła je z zakamarków mojej pamięci…

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Odwyk blogowy.

I zrobiłam sobie weekendowy odwyk od bloga. W piątek wieczorem spotkałam się z koleżanką na małe piwkowanie. Dorota i Juska zostały na poprzednim osiedlu, za to tutaj bardzo niedaleko mieszka moja koleżanka ze studiów magisterskich. Spędziłyśmy razem bardzo przyjemny wieczór. A na drugi dzień pojechaliśmy z Frankiem za Poznań. Jego rodzina ma tam działkę letniskową i trafiliśmy na mały zlot rodzinny :) Franka rodzice, babcia, wujostwo, kuzynostwo. Cztery pokolenia. I tak spędziliśmy sobotę i niedzielę grając w karty, rozmawiając, opalając się, kąpiąc się w jeziorku. Ależ było sielankowo… Rozmarzyłam się na samo wspomnienie… W sobotę rano chciałam jeszcze na blogowisko zajrzeć, ale Franek mnie poganiał i nie dało rady. Przyznam jednak, że od czasu do czasu dobrze człowiekowi robi takie odcięcie od wirtualnego i komputerowego świata.

Tak mi było dobrze… Aż nie umiem tego opisać. To tak jakbym się do innego świata przeniosła na te dwa dni. I tu nie chodzi już wcale o brak komputera, tylko tak ogólnie – nic nie musiałam robić, o niczym nie musiałam myśleć. Chciałam spać to spałam, chciałam czytać – czytałam, chciałam nic nie robić – nic nie robiłam :)
Dopiero wczoraj po południu przyszło mi „ciociować” małemu Kubusiowi i przyznam szczerze, że się zmęczyłam :) Ja się do tego chyba nie nadaję :) Nie powiem, radziłam sobie całkiem nieźle, ale jakiegoś szczególnego powołania do bawienia dzieci to nie czuję :) A swoją drogą niezły mądrala z tego dwu-i-półletniego szkraba. Pojechaliśmy nad jezioro – ja, Franek, tato Franka, Kubuś i kuzyn Franka – tatuś Kubusia. No i faceci zabrali się za grę w karty. Ja chciałam poczytać. Ale na chceniu się skończyło. Kuzyn, żeby się „pozbyć” synka w rozgrywce kazał mu zbierać szyszki. Ale małemu się szybko znudziło. Postanowił więc, że będzie robił herbatkę z liści na ręce… cioci. Czyli mnie. Potem natomiast zadecydował, że idzie z ciocią do lasu szukać robaków. Niezła rozrywka, nie powiem, ale poszłam :) Kubuś chciał iść dalej i dalej i w pewnym momencie mówię mu, że nie może iść tak daleko, bo się zgubi. A ten cwaniaczek mały mówi mi, że to nie szkodzi, bo się zgubi z ciocią :)

Tak czy inaczej nie zgubiliśmy się. Za to wróciliśmy z wiaderkiem pełnym szyszek, żołędzi, mchu, kwiatków, liści i patyków :) Pańszczyzna odrobiona, Kubuś został oddany tatusiowi i chłopaki partyjki w tysiąca nie dokończyli :)
A kilka godzin później wróciliśmy z Frankiem do domu. Weekend zakończyłam siedząc na balkonie i czytając książkę popijając jednocześnie Reddsika…. Ehhh, byle do piątku :) Mam wrażenie, że leniuch ze mnie straszny. Tyle mam do zrobienia i jakoś nie mogę się za to zabrać. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł na zmobilizowanie się, proszę dać znać, zbieram pomysły :)