*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
I już! Spakowałam
nas w dwie torby nie przekraczające wymiarów 20x40x55 (no, jedna ma tak
24, ale mam nadzieję, że z centymetrem nie będą chodzić ;)) i nawet się
zmieściliśmy. Jutro rano jeszcze tylko poduszki trzeba wcisnąć w bagaż i
wyruszamy.
Niesamowite, jak szybko to zleciało
Cieszymy się bardzo.
Chociaż
przyznaję, że przez ostatnie dni moje myśli były zaprzątnięte zupełnie
czymś innym i niestety nie było tak, jak zawsze, że już od kilku dni
czekałam i rozmyślałam jak to będzie. To znaczy, jeśli chodzi o to
drugie – owszem, od wczoraj nic innego nie robię tylko rozmyślam jak to
będzie. Ale nie w Hiszpanii, a po powrocie… Bo wrócę do zupełnie innej
rzeczywistości, której jak na razie dość mocno się obawiam. A wszystko
to dlatego, że, proszę sobie wyobrazić, Margolka dostała nową pracę!
No
i masz ci los – ja tu mam tyle do opowiadania, a wypada zniknąć na parę
dni i poświęcić się całkowicie zwiedzaniu południowej Hiszpanii
Może uda mi się zameldować od czasu do czasu na blogowisku i dać znać
co aktualnie robimy. A tydzień pewnie minie tak szybko, że nawet mrugnąć
nie zdążymy i będziemy z powrotem. W każdym razie teraz najbardziej
potrzebuję się zrelaksować! Zwłaszcza psychicznie, bo naprawdę stres
mnie zżera i boję się, że zamiast korzystać z urlopu, będę nadal się
przejmować. Mam nadzieję, że jednak z chwilą, kiedy samolot oderwie się
od płyty lotniska, moje dylematy i obawy pozostaną na ziemi, a my
poszybujemy wysoko, wysoko i hen, hen
Za mną świetnie
spędzony weekend. To znaczy był to weekend dość zabiegany, nie było za
bardzo czasu na relaks i nicnierobienie. Do tego głowę miałam pełną
myśli i dylematów, które jeszcze się nie rozpierzchły, ale generalnie
było całkiem fajnie. A co najważniejsze – weekend spędziliśmy z Frankiem
razem, bo też miał wolne.
W
piątek wpadli do nas kuzyn i brat Franka i chłopaki grali w jakąś grę
do czwartej nad ranem. Chętnie pograłabym z nimi, ale niestety w sobotę
czekały mnie zajęcia na uniwerku, więc wypiłam piwko, posiedziałam,
pogadałam a następnie włożywszy do uszu zatyczki (frankowy kuzyn ma
wyjątkowo donośny głos :)) udałam się do sypialni. Sobotę na zajęciach
jakoś przeżyłam, choć łatwo nie było, zwłaszcza, że mieliśmy wykłady na
XVII piętrze a tam słoneczko bardzo mocno dawało nam się we znaki i
przypominało, ze wiosna coraz bliżej i może warto sobie zrobić wagary
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie została, prawda? :))
Później
zaczął się już prawdziwy weekend. Wróciłam do wysprzątanego na błysk
mieszkania (lubię kiedy Franek ma wolne, zawsze wszystko wtedy wysprząta
:P) i opracowaliśmy wspólnie plan działania. Wyjazd coraz bliżej, a
więc trzeba było zrobić pranie, a przede wszystkim udać się na zakupy –
wszak Franek nie pojedzie w zimowych butach na południe Hiszpanii
I tak nam upłynęło sobotnie popołudnie – pod znakiem galerii
handlowej, łażenia po sklepach, wspólnego obiadu w knajpce i myślenia o
wyjeździe. Wieczorem usiedliśmy razem w pokoju, każde ze swoim piwkiem i
tak nam przyjemnie płynął czas aż do 23, gdy poczułam, że nie wytrzymam
już ani chwili dłużej i czas położyć się spać
Niedziela
była pracowita od rana, bo po mszy wzięliśmy się za obiad i prasowanie
(znaczy się ja bardziej za zupę i prasowanie, Franek natomiast za
kotlety i surówkę ;)). Potem odwiedziliśmy Franka mamę w szpitalu
(operacja wycięcia tarczycy :() a następnie spacerkiem udaliśmy się do
centrum, gdzie wreszcie usiedliśmy sobie w knajpce na piwku. To piwko
miałam obiecane przez Franka już miesiąc temu, ale ciągle nie mogliśmy
się zgrać
Posiedzieliśmy dwie godzinki i wróciliśmy do domu, ogarniać resztę
tematów związanych z wyjazdem i delektować się resztką niedzieli.
Działo
się sporo – i na około, i w mojej głowie. Ale mimo wszystko przyznać
muszę, że weekend bardzo mi się podobał i oby więcej takich – wspólnych.
Nie miałam co prawda za wiele czasu, żeby usiąść i poczytać na
przykład, ale za to wiele zdążyłam zrobić, a i odpoczęłam sobie – choć
może nie leżąc na kanapie
Przede
mną jeszcze dwa dni na wariackich papierach (zwłaszcza, że Franek
pracuje na popołudnie i wszystko będzie na mojej głowie) a potem siedem
dni wypoczynku. Dziewczyny bombardują mnie mailami o tematyce naszego
przyjazdu, co mnie cieszy, bo to znaczy, że naprawdę nas oczekują i że
będziemy mile widzianymi gośćmi
Cóż, odliczanie czas zacząć – jeszcze tylko niecałe 48 godzin :))
A
tak z innej beczki – skąd do jasnej anielki się wziął ten „lubię to” :/
Czy naprawdę Onet chce wszystkich bloggerów wykurzyć ze swojego
portalu? Bo ja się zaczynam zastanawiać – ja! Która nie znosi zmian i
której generalnie na onetowskim poletku wcale źle nie było…