*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 31 października 2011

„zostaną po nich buty i telefon głuchy…”

Uwaga, ci bardziej wrażliwi i bojący się śmierci, lepiej niech nie czytają :)
***
Zbliżające się święto zdecydowanie sprzyja refleksji. Te refleksje mogą być różnego rodzaju, ale najczęściej chyba wszyscy myślą o tym, jak kruche i niewiele znaczące jest ludzkie życie.
Przyznam, że ja za wiele na temat mojej (ewentualnej:))) śmierci nie rozmyślam. Owszem, zdarzyło mi się przez chwilę zastanowić nad tą kwestią, ale nie doszłam do żadnych odkrywczych wniosków. Nie jest tak, że mam świadomość kruchości mojego życia i dlatego staram się cieszyć chwilą i wykorzystywać każdy dany mi moment. Tak, zazwyczaj cieszę się moim życiem, ale nie dlatego, że wiem, że mogę je stracić w najmniej oczekiwanym momencie. Raczej uważam, że jest to najlepszy sposób… na życie właśnie :)
Ale to też nie jest tak, że taka jest moja filozofia i cały czas mam gdzieś z tyłu głowy nakaz „carpe diem, carpe diem…”. Kiedy jest mi smutno, nie wyszukuję na siłę powodów do radości a raczej godzę się z moim smutkiem. Kiedy się wypłaczę, często wszystko wraca do normy – czasami trwa to dłużej, czasami krócej, ale tak jak pisałam ostatnio, ogólnie czuję się szczęśliwa i to jest dla mnie najważniejsze.
Prawda jest okrutna i nastrajająca raczej pesymistycznie – wszyscy żyjemy po to, żeby umrzeć. Pesymistów może to przerażać, a przede wszystkim prowokować do stwierdzenia, że w takim razie życie jest kompletnie bez sensu. Po co żyć, skoro mamy umrzeć?
No, przyznam, że ja sama nie wiem, po co właściwie żyjemy, ale skoro już to życie zostało nam dane, to szkoda go nie wykorzystać :) Oczywiście, że moje życie oraz życie każdej z Was jest niczym w stosunku do wieczności. Ale skoro już dostaliśmy tę chwilę w wieczności, to może jednak warto coś z nią zrobić? Mogę przez całe życie leżeć do góry brzuchem i czekać na śmierć, cały czas ubolewając nad tym, że ani wartości duchowe, ani materialne nie dadzą mi szczęścia, a już na pewno nie są trwałe. Mogę rozmyślać o tym, że wszystko jest bez sensu. Ale  mogę też zrobić coś na przekór temu bezsensownemu życiu i po prostu zacząć się nim bawić. Przynajmniej nie będzie nudno. Mogę spróbować jednej rzeczy, potem innej, cierpliwie szukać czegoś, co przyniesie mi radość. Mogę budować swoje szczęście, szukać swojego miejsca na ziemi – co z tego, że to w gruncie rzeczy ułuda i tego miejsca za długo nie zagrzeję? Ważne, żeby teraz mi było dobrze.
Niektórzy martwią się tym, że nic po nich nie zostanie. Motyw „non omnis moriar” towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Ale ja nie należę do tych, którym zależy na tym, żeby coś po sobie pozostawić. Owszem, piszę pamiętniki, zbieram pamiątki, ale robię to bardziej dla siebie. Może rzeczywiście moje prawnuki się kiedyś do tego dobiorą, ale nie zależy mi na tym specjalnie. A nawet cieszę się, że tego dnia nie dożyję, bo przynajmniej nie będę mogła spalić się ze wstydu :P
Jakoś łatwo mi się pogodzić z tym, że za sto lat będę tylko jakimś nazwiskiem na nagrobku i jeśli będę miała rodzinę przywiązującą wagę do tradycji i przodków, to co najwyżej jakaś córka mojej wnuczki wytłumaczy swojej córce, że to była babcia jej babci :) A praprawnuczka tylko się zdziwi, że w rodzinie miała kogoś, kto się urodził jeszcze przed rokiem 2000 :) Nie przejmuję się tym wszystkim, nie dążę do tego, żeby dokonać epokowego odkrycia, nie zamierzam pisać książki, która stanie się obowiązkową lekturą szkolną i wstyd będzie jej nie znać, nie planuję zamachu na prezydenta,który pomógłby mi się zapisać na kartach historii. A to wszystko z jednego powodu – i tak nie będę już żyła i nie będę mogła nawet cieszyć się z tego, że mnie ludzie znają ;) Nic mnie nie będzie obchodziło.
Swoją drogą, fajna to filozofia życiowa – co z tego, że nie mogę znaleźć pracy albo mam złamane serce? Nieważne, że nie mam pieniędzy albo oblałam ważny egzamin.  I tak zaraz mnie nie będzie, więc who cares? :) Ale nie ma tak dobrze, sztuki nie przejmowania się niczym jeszcze nie opanowałam :)


Wzięłam tę swoją chwilę, którą dostałam od wieczności z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ponieważ zależy mi na tym, żeby jako tako to swoje życie przeżyć, zadręczam się też swoimi doczesnymi problemami. Swoją drogą, ciekawe, czy na łożu śmierci stwierdzę jednak, że wiem, o co w tym wszystkim chodziło? :)
***
A tymczasem doczesne życie utrudniam sobie tym, że zapomniałam zasilacza do laptopa :) Mój kompek służbowy na szczęście żyje bez prądu nawet pięć godzin, ale chwilowo muszę ograniczać swą bytność w sieci.

środa, 26 października 2011

Dobrzy ludzie, dobrze śpią :)

Ostatnio mi się wspaniale śpi! Co prawda nigdy jakichś szczególnych problemów ze snem nie miałam, ale różnie bywało – zdarzało się, że nie mogłam zasnąć, że budziłam się w nocy albo że rano mi się ciężko wstawało. Od jakiegoś czasu wszystko poszło w zapomnienie (odpukać :))) Kładę się spać raczej regularnie – przed 22 wskakuję do łóżka, coś tam sobie jeszcze poczytam albo pouczę się słówek a następnie gaszę światło i odpływam. Odpływam niemal dosłownie – tak mi się błogo robi w pewnym momencie, że tylko przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma. Nawet nie wiem, czy najpierw zamykam oczy, czy najpierw zasypiam a one same mi się zamykają już przez sen :) A potem śpię jak zabita – zazwyczaj do rana.
Kiedy Franek chodzi na popołudnie do pracy i wraca około północy, to nawet się nie budzę! Czasami jestem świadoma, że przyszedł, że się obok mnie kładzie. Nawet mam ochotę się obudzić, przywitać go, porozmawiać z nim, ale nie potrafię – tak mocno śpię :) Franek mówi, że czasami coś tam mruczę, ale generalnie nie budzę się nawet jak on mnie przysuwa do siebie* :) Gdy z kolei Franuś wstaje do pracy w okolicach trzeciej, również bywa, że nawet się nie obudzę. Prawdę mówiąc wolę, kiedy on chodzi na rano właśnie. Po pierwsze dlatego, że fajnie tak zerwać się na dźwięk budzika i stwierdzić, ze mam jeszcze trzy godziny snu :) A po drugie- ważniejsze, Franek się wtedy kładzie wcześniej i zawsze jeszcze sobie razem czytamy a potem zasypiamy przytuleni :)
Najlepsze w tym całym moim spaniu ostatnio jest to, że budzę się absolutnie wyspana i wypoczęta. Wiecie, to ciekawe, jesienią i zimą rano jest ciemno i zimno i zdecydowanie wstaje się mniej przyjemnie. Ale nie wiem dlaczego, mnie zawsze trudniej się obudzić latem – zawsze wstaję o szóstej, ale o tej porze roku jestem zawsze bardziej wyspana :)
Temat mało kreatywny, ale naprawdę ostatnio sprawia mi dużo frajdy :)) Kocham to uczucie, kiedy zasypiam, uwielbiam ten stan nieświadomości podczas snu a najbardziej cieszy mnie ten poranek – kiedy jestem wyspana i pełna energii. W dodatku mam świadomość, że zanim wyjdę do pracy mam dwie godziny tylko dla siebie :)
Chyba nie mam nic na sumieniu, skoro śpię tak spokojnie :)
* Raz się obudziłam – nagle mnie ktoś za ramiona mocno szarpnął i usiłował podnieść. Kiedy się obudziłam, stwierdziłam, że to Franek, który powiedział: „tak nie śpimy…” Otóż – uwielbiam spać z nosem w poduszce, zawsze tak zasypiam, a czasami głowa mi się tak przekręci, że nawet nie śpię na boku a całkiem mam wtuloną twarz w poduchę. I Franek się zawsze boi, ze się uduszę :))) Wybaczyłam mu tę pobudkę, w końcu to w trosce o moje życie :))