*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 4 września 2013

Nieudana ucieczka do tamtych dni

Śnił mi się dzisiaj ślub. Mój i Franka. To znaczy, to nie był ten ślub, który faktycznie się odbył, ale śniło mi się, że właśnie się do niego przygotowywaliśmy. Wszystko było inaczej niż w rzeczywistości, można więc powiedzieć, że to był taki przedślubny sen po ślubie.

Zapewne spowodowane było to tym, że ostatnio bardzo dużo o tym myślę i sporo na temat naszego ślubu, wesela i zbliżającej się wielkimi krokami rocznicy rozmawiamy.
W miniony weekend minął właśnie dokładnie rok od jednej z najlepszych imprez na jakich w życiu byłam - mojego wieczoru panieńskiego. Przypominam sobie ten wesoły, całkowicie beztroski wieczór, kiedy mogłam być w centrum uwagi. Pamiętam niemal każdy szczegół. I wiem, że to się nigdy nie powtórzy, co wywołuje u mnie żal...

I w ogóle myślę o tamtym czasie - tak od połowy sierpnia, kiedy ślub i wesele miały być już nie w jakimś tam odległym czasie tylko lada moment. Ten ostatni miesiąc miał być czasem najbardziej intensywnych przygotowań. I był, ale cały czas było spokojnie. Powoli, dzień po dniu załatwiałam sprawy, które jeszcze mi pozostały. Bez pośpiechu. Nie bałam się, że nie zdążę - nie było w ogóle takiej opcji. To był piękny czas, kiedy obok codziennego życia pojawiły się te typowo ślubno-weselne szczegóły. Kiedy można było myśleć, że to już za chwilę i zastanawiać się, jak blisko mojej wymarzonej wizji będzie ten dzień w rzeczywistości. Niby wszystko było tak, jak co dzień, a jednak wiedziałam, że oczekujemy... Nie tylko my zresztą, wszystkie osoby z najbliższego nam otoczenia już żyły myślą o naszym dniu.
Trudno powiedzieć, dlaczego ten czas był taki piękny. Wiele się nasłuchałam/naczytałam o zżerającym stresie i nerwach, które psują wszystko. Ja czekałam, aż przyjdą i... nie doczekałam się. Teraz, gdy mam to wszystko już za sobą, zastanawiam się, skąd to się bierze?
Bo przecież my też chcieliśmy, żeby wszystko wyszło, też chcieliśmy, aby ten dzień był piękny. Też załatwialiśmy orkiestrę, fotografa, fryzjera i kwiaty. Ale nie było ani jednego dnia - podkreślam ani jednego - kiedy bylibyśmy naprawdę zdenerwowani z powodu jakiejś ślubnej sprawy. Mogliśmy się w pełni tymi przygotowaniami delektować - a jednocześnie one biegły sobie spokojnie jakby obok naszego "normalnego" życia. Życie nie zakłócało nam przygotowań, i na odwrót. 
Czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa. I przede wszystkim pewna. Kiedyś - dawno - miałam obawy, że nigdy nie będę pewna. Okazało się jednak, że nie miałam żadnych wątpliwości. I cieszyłam się, że nasza uroczystość będzie taka, jak chcemy. Bo mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy (no, może trenu moja suknia tylko nie miała, bo jej nie pasował :P ale szybko okazało się że to marzenie można zmodyfikować ;)), a jednocześnie nie przeżywaliśmy jakichś wielkich dylematów z tym związanych. Nie oglądaliśmy tysiąca sal, nie słuchaliśmy miliona płyt demo ani nie chodziliśmy od kwiaciarni, do kwiaciarni :) Po prostu braliśmy, co było i byliśmy z tego zadowoleni. Jak się później okazało - to było bardzo słuszne podejście, bo dla wielu osób, które wypowiadały się zupełnie bezinteresownie i nie pod wpływem emocji, to było jedno z najlepszych wesel (lub najlepsze) na jakich byli. Może właśnie ten luz nam w tym pomógł?

W ogóle jak sobie o tym myślę, to mam wrażenie, że nam się wszystko samo załatwiało ;) Wszystko było jakby mimochodem i przy okazji - a jednocześnie przecież przemyślane i trafione. Sama nie wiem po prostu skąd się bierze tyle szumu wokół organizacji ślubu i wesela :P
Ja zdecydowanie bardziej pamiętam te wszystkie przyjemne emocje związane z oczekiwaniem, ekscytacją, niedowierzaniem, że to już. I tą naszą radość, która pojawiała się cały czas w rozmowach, że za chwilę sami się przekonamy jak to będzie. 
To był błogi czas słodkiego oczekiwania - tak, to są chyba słowa, które najlepiej obrazują nastrój, w którym wtedy się znajdowaliśmy i atmosferę, która nas otaczała. Bardzo chciałabym cofnąć się w czasie dokładnie o rok.. Nawet już przeżyję to, że już po panieńskim ;) Bardzo chciałabym przeżywać to wszystko jeszcze raz (zwłaszcza, że ja nie byłam niecierpliwa, nie myślałam, że tak bardzo chcę, żeby to było już!:)), delektować się tym, odczuwać to szczęście i spokój.
Uciekam teraz do tych wspomnień, ale niestety w takim trudnym czasie jaki teraz mamy nawet ta ucieczka nie pomaga. Aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo inaczej czuję się teraz, zwłaszcza dziś, kiedy nachodzą mnie czarne myśli i szczególne zwątpienie.

wtorek, 3 września 2013

Towarzysko

Ubiegły weekend mieliśmy bardzo towarzyski. Wygląda na to, że o ile do Miasteczka jeździmy głównie po to, żeby sobie posiedzieć z moją rodziną, odwiedziny w Poznaniu będą wiązały się zawsze z wypełnionym po brzegi grafikiem ;)

I tak, ledwo zaparkowaliśmy, już byliśmy umówieni :) Najpierw zszedł Franek, bo spotkał się z kolegą, za którym akurat (jednym z dwóch) nie przepadam - chociaż muszę przyznać, że tym razem się nawet do niego przekonałam. Ja czekałam, aż dostanę sygnał, że przyszła reszta chłopaków. Kiedy takowy dostałam, zeszłam na dół i siedzieliśmy sobie na ławeczce popijając piwko ;) 

Bardzo lubię kolegów Franka (którzy, jak już parę razy wspominałam są już także moimi, ale utarło się, że tak ich nazywamy ;)), a najbardziej lubię w nich to, że jestem bardzo często jedyną babą w towarzystwie a im to wcale nie przeszkadza. Nie dość, że czuję się z tego tytułu w jakiś sposób wyróżniona to naprawdę odczuwam, że darzą mnie szczerym szacunkiem. Wierzcie mi, nie mogłabym spędzać czasu na przykład z aroganckimi prostaczkami albo facetami, którzy uważają kobiety za gorsze od siebie lub widzą w nich tylko obiekt seksualny. Oni nie przejawiają żadnych tych cech. Pewnie, że sobie czasami przeklną, jak to chłopaki z osiedla ;) Ale nie stosują przekleństw jako przecinka. Skomentują czasami wygląd jakiejś ładnej dziewczyny, ale robią to w sposób kulturalny i dość zabawny. Fajnie mi się to obserwuje, zwłaszcza, jak się czasami Franek w to włączy, choć jemu zdarza się rzadko (Juska i Dorota mają teorię, że to dlatego, że świata poza mną nie widzi).
I zawsze mam z nimi o czym gadać! To mnie chyba dziwi najbardziej, bo nawet kiedy gadają o rozgrywkach ligowych albo mówią o jakichś wspólnych znajomych, o których nigdy nie słyszałam, to jest to dla mnie interesujące. Poza tym to całkiem fajne, gdy tłumaczą mi na przykład jakimi prawami rządzą się sekcje kibicowskie albo jak się robi zaprawę :D Mogę zadać im najgłupsze pytanie, a oni nie spojrzą na mnie pobłażliwie i nie potraktują protekcjonalnie.Uwielbiam ich za to :)
Ale najbardziej za to, że oni mnie po prostu przyjęli do towarzystwa jako coś oczywistego! Jestem żoną Franka, więc nie dziwi ich, że przychodzę z nim na spotkanie. Nie przeszkadza im to i nigdy nie mają do Franka pretensji, że przyprowadza babę :P (oczywiście nie zawsze jestem obecna, daję im trochę swobody ;)) A przy tym nie traktują mnie jako dodatku do Franka. Czasami wysyłamy do siebie smsy (jestem często wręcz pośrednikiem między nimi i Frankiem), czasami rozmawiają przez telefon z nim, ale bywa, że zabieram mu słuchawkę, bo mamy sobie coś do powiedzenia. Spotkania z nimi zawsze wprawiają mnie w dobry humor.

Posiedzieliśmy tak sobie do późnej nocy. A następnego dnia, kiedy już załatwiliśmy z Frankiem swoje sprawy, spotkałam się z Juską. Zrobiłyśmy rundkę po parku przy Warcie i omówiłyśmy najważniejsze kwestie :) Ale byłyśmy ograniczone czasem, bo ona była umówiona, a i my z Frankiem jechaliśmy późnym popołudniem do Mietka i Mietkowej. U nich z kolei zabawiliśmy cztery godziny (mimo planowanej jednej :D) Nasze małżeństwa są w dużej mierze do siebie podobne. Myślę, że przede wszystkim dlatego, że ja z Mietkową mamy zbliżone charaktery, ale przede wszystkim podobne poglądy na wiele kwestii - zwłaszcza małżeńskich :) Z kolei Mietek z Frankiem znają się od wielu, wielu lat, razem się wychowali i sporo razem przeżyli. A już na pewno mają te same wady :) 
Jednak Mietek, mimo uwielbienia dla swojej żony, bywa trochę szowinistyczny (choć Mietkowa twierdzi, że to tylko na pokaz) i bardziej zbuntowany. Chyba najlepiej wytłumaczę co mam na myśli pisząc, że Franek mówi czasami o sobie, że jest pantoflarzem - podchodzi do tego z humorem, ale generalnie wcale mu nie wstyd przyznawać się do tego, że małżeństwo to dla niego pełnia szczęścia. Mietek natomiast, mimo, że jest chyba tak samo oddany Mietkowej, jak Franek mnie, absolutnie się do tego nie przyzna i ogólnie lubi sobie na baby ponarzekać (w życiu nie słyszałam z ust Franka żadnej stereotypowej uwagi na temat żeńskiego gatunku). Kiedy się spotykamy w czwórkę niemal gwarantowana jest mietkowa uwaga skierowana do Franka brzmiąca: "Nasze żony nie powinny się ze sobą spotykać!" A chodzi oczywiście o moment, w którym przypuszczamy na nich zmasowany atak, stwierdzając na przykład, że koniec z piciem. (Co ciekawe - oboje się zbuntowali stwierdzając, że przecież wcale nie są pijani, ale nie poszli po kolejną butelkę).

Lubimy się spotykać z Mietkami, ale przyznać muszę, że chyba oboje po takim spotkaniu odczuwamy ulgę, że... nie trafiliśmy na takich partnerów :P Piszę o tym nie bez kozery, bo przecież Franka poznałam w komplecie z Mietkiem i to na tego drugiego najpierw zwróciłam uwagę ;) Natomiast Franek z Mietkową przez wiele lat pracował i pewnie niektórzy widzieli w nich parę, bo była między nimi chemia, tyle, że ta chemia polegała na tym, że się strasznie kłócili a po tem we łzach (jej) godzili. I tak w kółko.
W każdym razie, ja się cieszę, że Franek jest mniej zbuntowany i oburzony na żeński ród, a Franek się cieszy, że jestem mniej zrzędliwa (Mietkowa niestety nie może liczyć na moje wsparcie gdy narzeka na teściów lub brak mężowskiej pomocy w domu). I wszyscy są zadowoleni. Ciekawe z czego cieszą się Mietkowie :D

Po powrocie od nich znowu spotkaliśmy się z kolegami. Znowu na ławeczce. Powspominaliśmy sobie trochę zeszłoroczne imprezy - mianowicie nasze wieczory panieński i kawalerski. Ale ogólnie tego dnia byłam już nieco zmarnowana i chłopaki sobie gadali a ja przysypiałam na ławeczce, bo nie miałam ochoty iść samej do domu, a Franka nie chciałam popędzać ;))

Niedziela była za to już rodzinna i spędziliśmy ją z teściami oraz szwagrem i jego rodziną a około 18 (z dwugodzinnym opóźnieniem) wyruszyliśmy do Podwarszawia.
Czułam się towarzysko spełniona i nastawiona pozytywnie na więcej. Niestety plany na ten kolejny weekend już nam nie wyszły - miały przyjechać Dorota z Juską oraz kilku kolegów Franka. Będą tylko dziewczyny, bo jednemu koledze po ciężkiej chorobie zmarł tato :( 
Wygląda na to, że szykuje się kolejny babski weekend, choć z rodzynkiem (a przecież jeszcze jeden mi do opisania został! nie wyrabiam z notkami ostatnio :P)