*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 17 czerwca 2014

Więcej takich dni!

Ten weekend mnie nie rozczarował. No, może pod względem pogody, choć tego się spodziewałam. Było zimno :/ A w niedzielę w ogóle ponuro. Czerwiec jest beznadziejny jeśli chodzi o aurę. Chwilami się obawiam, że całe ciepło uciekło w marcu i kwietniu, bo teraz ledwo się rozbiorę do krótkiego rękawka, to za dwa dni muszę się ubierać i to nie w lichy sweterek tylko podkoszulkę i kurtkę! Zwykle w tym okresie te części garderoby miałam już schowane głęboko w szafie, a teraz muszę je mieć na podorędziu. 
No, ale miało być o tym, co robiłam - i robiliśmy w weekend.

W sobotę rano umówiona byłam z koleżanką. Próbowałyśmy się spotkać już od miesiąca (a tak ściślej to prawie od roku :P, ale wtedy pewne sprawy pokrzyżowały nam plany i temat powrócił dopiero wiosną), ale ciągle którejś z nas wypadał jakiś weekendowy wyjazd. Ale grunt, że wreszcie się udało - a czymże jest takie miesięczne opóźnienie w obliczu tego, że nie widziałyśmy się prawie 7,5 roku :)) Poznałyśmy się w 2006 roku w Hiszpanii - ja byłam na Erasmusie, ona brała udział w innym programie. Szybko się dogadałyśmy i w Cordobie, choć każda miała swoje zajęcia i swoich znajomych, spotykałyśmy się w miarę regularnie. Potem ja wróciłam do Polski, Aga została jeszcze pół roku, po czym wróciła do Warszawy, gdzie kończyła studia. Kontakt nam się niby urwał - choć nie do końca, bo od czasu do czasu coś do siebie skrobnęłyśmy.
W ubiegłym roku, po przeprowadzce, nagle oświeciło mnie, że przecież Aga tu mieszka i się do niej odezwałam. Ale była na urlopie, potem na urlop wyjechałam ja, a później przyjechał Franek i wiecie, że różnie u nas bywało. Jakoś nie miałam głowy do spotkań towarzyskich. Teraz jednak udało nam się umówić i spotkanie w ogóle mnie nie rozczarowało :) Musiałyśmy oczywiście nadrobić zaległości z siedmiu lat, ale jakimś cudem obie miałyśmy wrażenie, że wracamy do rozmowy, którą przerwałyśmy wczoraj. Było bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że kolejne spotkanie nadarzy się nieco wcześniej niż za kilka lat :)
Później umówiłam się z Frankiem, że spotkamy się na Ursynowie, gdzie odbywał się Piknik Zdrowej Żywności. Trochę podegustowaliśmy, ale niewiele, bo wkrótce przyjechała Kasia (koleżanka z pracy, o której już tu wspominałam) ze swoim chłopakiem i degustacja skończyła się na siedzeniu pod parasolem (który się bardzo przydał, kiedy zaczęło lać!) i piwkowaniu :) Resztę dnia spędziliśmy już we czwórkę - wyjadając sobie nawzajem naleśniki z talerza  (uwielbiam towarzystwo, w którym można sobie grzebać w talerzach, bo u mnie w rodzinie to była normalka, że każdy zamawiał coś innego i potem próbowaliśmy od siebie - ale oczywiście wiele zależy od relacji, bo obcym się do talerzy nie rzucam :P), grając w Monopol, oglądając mecze, popijając (wedle uznania) piwo ciemne, piwo smakowe, yerba mate oraz wodę z miętą i cytryną i gadając o mniej lub bardziej poważnych sprawach. Wróciliśmy do domu koło północy w pełni usatysfakcjonowani towarzyską sobotą.
Niedziela już była dla nas - tylko szkoda, że ta pogoda absolutnie nie dopisała. Ale Franek musiał przejechać się liniami, które miał w grafiku w najbliższych dniach, więc i tak sporo czasu spędziliśmy w autobusie :) Mimo to było jakoś tak wyjątkowo. Oboje chyba wpadliśmy w jakiś sentymentalno-miłosny nastrój i chciało nam się ciągle tulić i robić do siebie maślane oczy. Nie wiem, może to przez to niskie ciśnienie :D
Żałuję, że nie zawsze możemy pojechać do Miasteczka albo Poznania (tam nie byliśmy już prawie dwa miesiące), ale takie weekendy też są nam bardzo potrzebne. Już teraz wiem, że to będzie jeden z tych, które będę za jakiś czas wspominać z sentymentem, gdy nagle przypomni mi się jakiś wycinek dnia. Ten weekend zdecydowanie był taki, jaki powinien :))

Ale od wczoraj Franek zaczął znowu popołudniówki i stwierdzam, że jednak to nie to samo, co w Poznaniu i tutaj mi one nie odpowiadają :/ Mój dobry nastrój trochę mnie opuścił. Ale dobrze, że czwartek jest wolny i Franek też nie pracuje. Ale niestety ja w piątek idę do pracy - bo tym razem Asystent wziął urlop, a ponieważ zawsze szedł mi na rękę, to teraz miał pierwszeństwo - zwłaszcza, że w weekend i tak nigdzie nie wyjeżdżamy, więc nie zależało mi tak bardzo. Chociaż trochę żałuję, bo czuję, że potrzebuję dłuższego wypoczynku - takiego odcięcia się na parę dni od pracy. To, że mogę pracować zdalnie jest świetną sprawą, ale chyba powoli daje mi się to we znaki, bo z tego powodu ostatnią dłuższą przerwę od pracy miałam w sierpniu, a nawet jak się swoją pracę uwielbia, to warto się za nią trochę stęsknić :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Odczarowany piątek trzynastego.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na datę - nawet jeśli chodzi o tę "pechową" :) Nigdy nie sprawdzam z wyprzedzeniem, kiedy w danym roku, trzynastego wypada w piątek i zwykle orientuję się, że oto mamy właśnie ten pechowy dzień tylko dlatego, że w radio trąbią o tym od samego rana :)

Tym razem było trochę inaczej, bo dwa dni wcześniej, na piątek swój przyjazd zapowiedziała szefowa. Spojrzałam wtedy w kalendarz i nie powiem, zrobiło mi się nieswojo, bo po pierwsze zastanawiałam się, z czym ta wizyta może się wiązać, a po drugie miałam do przeprowadzenia z szefową pewną ważną dla mnie, ale też kłopotliwą rozmowę. Data nie wróżyła dobrze :)

Zła byłam na siebie, że tak nietypowo ulegam głupim zabobonom. Cały czwartek i całą noc z czwartku na piątek się stresowałam i nie pomagało tłumaczenie Franka, że na pewno wszystko będzie dobrze, bo mam fajną szefową. W piątek rano stwierdziłam, że najlepsze, co mogę zrobić to pójść do kościoła i pomodlić się o to, żeby Pan Bóg wybił mi z głowy, że data może mieć jakikolwiek wpływ na rezultat rozmowy i w ogóle na to, czy wiadomości są dobre, czy złe. Pomogło :) W dodatku trafiłam na misje i przeżyłam bardzo fajne doświadczenie duchowe, choć musiałam wyjść przed końcem, bo spóźniłabym się do pracy. Ale dotarłam do niej już pełna spokoju, choć oczywiście stres nadal pozostał, tylko nieco zmienił postać.

Ostatecznie jednak  ten piątek trzynastego okazał się jednym z najszczęśliwszych dla mnie dni w ostatnim czasie. Okazało się, że szefowej coś wypadło i do nas nie dotarła, ale rozmowę i tak ze mną przeprowadziła a jej skutki przeszly moje najśmielsze oczekiwania. Mam naprawdę wspaniałą szefową - ze świetnym podejściem do pracownika i obowiązków służbowych.
Niczego nowego sie nie dowiedziałam, ani nie wyjaśniły się jeszcze żadne z naszych spraw firmowych. Ale ta rozmowa sprawiła, że na wiele rzeczy spojrzałam nieco inaczej. 

Wróciłam do domu i stwierdziłam, że po raz pierwszy od kilku miesięcy - nawet nie pamiętam od kiedy tak naprawdę - czuję ogromną ulgę i zaczynam wierzyć, że jakoś się wszystko poukłada. Nie zniknęły nasze problemy ani nic się w jakiś cudowny sposób nie rozwiązało, ale nareszcie poczułam, że jakiś ciężar spadł mi z serca - przynajmniej na razie. Na pewno pojawią się jeszcze niepokoje, ale na razie cieszę się tą chwilową lekkością i tym poczuciem, że jakoś to będzie.
W piątek popołudniu po prostu padłam. Leżałam na kanapie obok Franka i w zasadzie nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą. Bardzo często mam tak właśnie w piątki, ale tym razem nastąpiła jakaś kumulacja, pewnie też dlatego, że spadło ze mnie napięcie. Jednak ta fizyczna niemoc nie przeszkadzała mi w delektowaniu się tym spokojem ducha - może jeszcze nie idealnie niezmąconym, ale jak się nie ma co się lubi, to wiadomo... :) I w takim właśnie nastroju weszłam w weekend, który naprawdę nam się udał!