*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 15 lipca 2014

Post kaloryczny*

 *jeśli ktoś liczy na przepis na tort z bitą śmietaną, to niestety nie ten kierunek, przepisów w ogóle nie będzie :)

No! To teraz już mogę mówić, że naprawdę jestem w ciąży :P Wczoraj rano miałam po raz pierwszy (i mam nadzieję ostatni) bliskie spotkanie trzeciego stopnia z muszlą klozetową. Może to tak na pożegnanie (według niektórych źródeł oczywiście) tego zupełnie bezobjawowego pierwszego trymestru ? :)
Tasiemcowi zdecydowanie nie posmakował arbuz, którego zjadłam wczoraj na drugie śniadanie. W sumie to bardzo dziwne, że mnie tak nagle dopadło i tak sobie myślę, czy przypadkiem ten arbuz po prostu nie stał za długo w lodówce, a mój żołądek jest teraz mniej tolerancyjny...?

A poza tym w weekend znowu stwierdziłam, że spadła mi waga. W ramach eksperymentu postanowiłam policzyć, ile zjadam kalorii. W sobotę przez cały dzień zjadłam: twarożek z jogurtem, rzodkiewką i pomidorem, resztkę zupy ogórkowej z piątku, rosół z makaronem, kopytka okraszone masełkiem i cebulką, surówkę, arbuza z sałatą, garść chipsów i dwa "michałki". Policzyłam wszystko dokładnie, dwa razy, zaokrąglając do góry. I wiecie, ile wyszło? 1460. Dorzuciłam więc jeszcze tosta z żółtym serem i pomidorem. I tak podobno za mało. Podobno, bo w końcu nie wiem, jakie mam zapotrzebowanie kaloryczne. Jak to zwykle bywa, różne źródła podają różnie. Ostatecznie przyjmuję, że przy moim wzroście, wadze, wieku, wykonywanej pracy i umiarkowanej aktywności fizycznej (ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu, codziennie rower lub marsz do pracy) powinno to być około 1800 kcal. W pierwszym trymestrze podobno dorzucać nic nie trzeba a później od 170 do nawet 500 kalorii.

W normalnych warunkach naprawdę trudno mi przejeść te 1800 - nawet jeśli pozwalam sobie na słodycze, czy dania powszechnie uznane za kaloryczne. W ogóle wydaje mi się, że mój organizm wcale tyle nie potrzebuje, o czym świadczyć może fakt, że nie chudnę przy normalnym odżywianiu się nawet jeśli intensywnie ćwiczę. Ogólnie to mam przechlapane przy odchudzaniu :P No bo ileż można sobie odmówić? Poniżej 1000 kcal dziennie to w ogóle nawet nie należy schodzić, a to jest wcale nie tak dużo więcej, niż jadam normalnie, więc długo trwa, zanim zrzucę ten kilogram lub dwa.

No, ale chwilowo wygląda na to, że nie muszę się o to martwić, bo Tasiemiec za mnie odwala brudną robotę :P To z jednej strony całkiem fajnie, że jem jak zwykle lub nawet więcej, a waga spada. Z drugiej mam nadzieję, że się za długo nie utrzyma, bo to chyba raczej nie jest dobre dla Dzieciorka. Na razie się jeszcze nie martwię, bo tydzień temu wyszło, że rośnie w sam raz, zobaczymy, jak wyjdzie w tym miesiącu, bo podobno w czwartym to już powinno coś być widoczne. Cóż, może ja jestem po prostu pusta w środku i Tasiemiec ma dużo miejsca? :))
Eksperyment kontynuuję i na przykład dzisiaj obliczyłam sobie, że do godziny 16 zjem 705 kalorii (tost z dżemem, kanapka, budyń, banan,  rosół z makaronem) a gdzie ja jeszcze znajdę drugie tyle?? Drugie danie mi tego nie załatwi, ani nawet lekka kolacja. 
Wszędzie jest napisane, że w ciąży odchudzanie jest absolutnie zabronione - tylko co ja mam zrobić, jak się wcale nie odchudzam i jem normalnie a nadal tych kalorii jest za mało? :) Przecież nie będę na siłę się opychać, choć to ma swoje pozytywne strony, bo na przykład mogę sobie pozwolić na kebaba albo pizzę bez obaw, że to puste kalorie. Coś czuję, że Tasiemiec będzie umiał je zagospodarować :))

Nie jem więcej niż zazwyczaj, bo po prostu nie mieszczę. Nie chodzę głodna, bo uczucie głodu, gdy się pojawia jest tak dojmujące, że nie mogę go zignorować i zaraz muszę coś przekąsić. Pod tym względem może i jem trochę więcej niż zwykle, ale ogólnie nadal jadam kilka posiłków dziennie tak co 2-3 godziny. Jak już wspomniałam, musiałam dorzucić jeszcze kolację. Wczoraj ze względu na zjedzony o 19tej obiad ją sobie odpuściłam i w nocy byłam głodna :/

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciłam 1,5 kg zajadając się lodami, kopytkami, drożdżowym ciastem i kiełbaską z grilla, więc ogólnie nie narzekam :) Zwłaszcza, że w ostatnim miesiącu musiałam zrezygnować z ćwiczeń ze względu na wskazania medyczne. Ale w końcu jednak mój metabolizm chyba musi zwolnić i zacznę przybierać na wadze, choć mam nadzieję, że nie będzie to więcej, niż należy i że zbędny tłuszczyk mi się nie odłoży :)

Ps. A swoją drogą może któregoś dnia się zdziwię, jak się nagle z brzuchem obudzę? :))

poniedziałek, 14 lipca 2014

Chcę im pokazać!

Weekend był taki se, bo ze względu na to, że Franek był w pracy, ja bawiłam się w kurę domową (za to kolejny będzie już duuzo lepszy, bo Franek ma wolne a do tego przyjeżdżają moi rodzice i siostra na świętowanie moich urodzin :)). Nawet za bardzo nigdzie nie wychodziłam, bo sobota i tak była paskudna i cały dzień padało, a w niedzielę posiedziałam dwie godziny na balkonie a potem przeszliśmy się do kościoła. 
Ale i tak jestem zadowolona, bo w takie dni trenuję zazwyczaj swoją umiejętność dobrej organizacji :)

W sobotę nawet się wyspałam! Obudziłam się co prawda, kiedy Franek szedł do pracy o 3 i przez godzinę nie mogłam zasnąć, ale w końcu mi się udało. Otworzyłam jeszcze jedno oko przed siódmą, ale nakazałam sobie "śpij" i o dziwo podziałało! Spałam do 8:30! Nie pamiętam kiedy ostatni raz mi się to udało! Franek wrócił z pracy o 14:30. W ciągu tych sześciu godzin: zrobiłam pranie, pograłam w karty przez internet, pościerałam kurze, umyłam częściowo łazienkę (bez podłogi, to działka Franka :P), odbyłam trzy długie rozmowy telefoniczne z mamą, szwagierką i teściową o łącznym czasie trwania około godziny, posprzątałam kuchnię, poczytałam książkę. Równo o14:30 postawiłam na stole przed Frankiem talerz ze świeżo ugotowanym rosołem. Na drugie danie kopytka. Rzecz jasna również je zrobiłam własnymi ręcami w tych sześciu godzinach. Da się? Da się :) Potem jeszcze pozmywałam i do końca dnia miałam labę, którą spożytkowałam na czytanie książki.
W niedzielę to już w ogóle miałam luz, bo i rosół z soboty został i kopytka, no to jeszcze tylko dorobiłam jakiegoś mięsa w sosie, żeby było widać, że to niedziela ;)
Lubię takie momenty, jak sobotnie przedpołudnie, kiedy widzę, że wszystko mam pod kontrolą, kiedy planuję, którą czynność wykonam wcześniej, a które dwie mogę robić jednocześnie. A później ta satysfakcja, że nie dość, że się ze wszystkim wyrobiłam, to jeszcze obiad na stole a wokół czysto :)

Zawsze potrafiłam zmieścić wiele czynności w ciągu jednego dnia. Kompletnie nie rozumiałam kiedy ktoś zbliżony do mnie wiekiem i ogólnie żyjący w podobny sposób za coś mnie i Franka podziwiał - że na przykład codziennie jemy dwudaniowy obiad, że mamy czas na sprzątanie, pranie i prasowanie podczas gdy oboje pracujemy, że poza tym spotykamy się ze znajomymi, wyjeżdżamy w weekendy a do tego ja jeszcze biegam na aerobik, udzielam korepetycji i robię na szydełku. Przecież nie robiłam niczego nadzwyczajnego - nawet spałam po osiem godzin na dobę. Myślę, że sekret tkwi po prostu w tym, że po pierwsze mi się chce, a po drugie umiem sobie wszystko zorganizować.

Moja mama przez cztery lata wychowywała sama dwójkę dzieci, bo mój tato najpierw był w wojsku a później pracował w innym mieście. Owszem, popołudniami miała pomoc ze strony swoich rodziców, którzy wracali z pracy, ale jednak oprócz tego, że się zajmowała nami, sprzątała i gotowała. Później, kiedy moi rodzice zamieszkali już sami i nie mieli nikogo do pomocy, oboje pracowali a mimo to w domu zawsze było czysto, mama była zadbana, dwudaniowy obiad stał na stole i jeszcze był czas, żeby się z nami pobawić. 
Brat Franka i jego żona też mają dwójkę dzieci, ale oboje nie pracują (cały czas są na jakichś urlopach rodzicielskich) i kurczę nie potrafię zrozumieć tego, że zawsze są nieogarnięci, że na nic nie mają czasu i ciągle się wszędzie spóźniają (kiedy mieli tylko jedno dziecko było tak samo, co ja gadam, jak nie mieli dzieci, to też zawsze musieliśmy na nich czekać, ale wtedy nie mieli usprawiedliwienia). I tak naprawdę nic mi do tego, uważam, że mogą sobie żyć jak chcą - potrafię zrozumieć to, że ktoś jest słabo zorganizowany (moja siostra na przykład jest mistrzynią chaosu i robienia wszystkiego na ostatnią chwilę) albo, że nie ma żadnych planów, bo decyzje podejmuje głównie spontanicznie (tu też moja siostra, ale także Dorota). Ale wkurza mnie strasznie, że szwagier usiłuje nam teraz wmówić, że i u nas na pewno tak będzie i w ogóle nie ma innej opcji. Jako ten bardziej doświadczony (pech polega na tym, że zawsze tak będzie, bo on zawsze będzie starszy od Franka, a jego dzieci zawsze będą starsze od naszych dzieci), wie lepiej, jak będzie wyglądało nasze życie za pół roku i w kolejnych miesiącach :)

Ja wiem, że jak pojawi się dziecko, to pożre ogromne ilości naszego wolnego czasu. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko denerwuje mnie, kiedy ktoś usiłuje mi wmówić, że na pewno nie będę miała czasu, żeby się ubrać, uczesać, a o zupie i drugim daniu to mogę w ogóle zapomnieć. Mam ochotę wtedy powiedzieć: "ja wam jeszcze pokażę" :P Jeśli oni się odnajdują w takim sposobie na życie, to w porządku - to ich świat i ważne, żeby to im było w nim wygodnie i by czuli się szczęśliwi. Ale my z Frankiem naprawdę jesteśmy inni i ważne są dla nas inne sprawy. My czujemy się dobrze, gdy mamy wszystko choć mniej więcej rozplanowane, kiedy mamy stałe punkty dnia, lubimy nasze małe rytuały, które dają nam choć namiastkę poczucia stabilizacji. Oczywiście, że nie zawsze i nie ze wszystkim udaje nam się wyrobić, ale też nie spinamy się, gdy łazienka jest brudna o dwa dni dłużej, niż powinna. Jasne, że niektóre plany czasami trzeba nieco zmodyfikować. Nie wątpię, że dziecko wywróci nasz świat do góry nogami i wielu rzeczy będziemy musieli się uczyć od nowa, wiele spraw organizować na nowo i od początku szukać punktów, na których zaczepimy nasz nowy rytm dnia. Ale czy naprawdę musi być tak, żeby tego rytmu w ogóle nie było??  Trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza, przy moim charakterze... A i obserwowani przeze mnie inni rodzice są przykładem na to, że jednak można...

Pewnie, że boję się, jak to będzie i boję się tej początkowej dezorganizacji, ale wiele razy już w swoim życiu musiałam sobie wszystko przestawiać i uczyć się funkcjonować w nowym porządku dnia, więc wydaje mi się, że jeśli tylko będzie nam na tym zależało, to jakoś uda nam się znaleźć na wszystko, co ważne, czas. Wiem, że nigdy go już nie będzie tyle, ile teraz i być może nie uda mi się wszystkiego robić perfekcyjnie, ale akurat na tym mi aż tak nie zależy. Potrafię czasami odpuścić. 

Niemniej jednak mam wrażenie, że teraz jeszcze całkiem sporo wolnego czasu mimo wszystko marnotrawimy - i dobrze, w razie czego będzie skąd czerpać :)) Mam nadzieję, że jednak uda mi się "im pokazać", mimo, że nie mam złudzeń, że nic już nie będzie takie jak teraz, że niejeden trudny dzień przede mną i że łzy też się pewnie poleją...

I dodam jeszcze, że wcale nie chcę pokazywać, że można żyć lepiej - bo to zależy dla kogo lepiej. Ani, że to mój sposób na życie jest jedynym słusznym. Raczej, że można inaczej i że nie wszyscy muszą mieć zawsze tak samo...