*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 18 grudnia 2014

Niepotrzebny zakup?

Nie ma zbyt wielu osób, z którymi rozmawiałabym na temat wyprawki dla Tasiemca, ale z kimkolwiek bym nie rozmawiała, powtarza się zawsze jedno zdanie "i tak na pewno kupicie coś, co okaże się niepotrzebne" :) No i przyznam, że trudno mi w to nie uwierzyć :) Bo przecież mimo wszystko - pomimo wszelkich list i zaleceń, działamy na razie trochę po omacku, więc wydaje mi się chyba naturalne, że człowiek lubi się czasami zabezpieczyć na wyrost. 

Mamy kilka takich wyprawkowych list - ze szkoły rodzenia, z internetu, z książki. Ale i tak nie trzymamy się ich sztywno. Nie kupiliśmy wszystkiego, co jest tam wymienione, po prostu zastanowiliśmy się, co na pewno będzie potrzebne "na już", a z czym będzie można poczekać. Przecież teraz żyjemy w takich czasach, że w każdym momencie można do sklepu wyskoczyć, a my z okna mamy widok na Tesco 24h, a na przeciwko naszego bloku jest apteka. Dlatego też z wielu rzeczy na razie zrezygnowaliśmy i po prostu zobaczymy, co faktycznie będzie potrzebne. Bo przecież w każdej rodzinie i u każdego dziecka sprawdza się coś innego. I tak u jednej znajomej pary niepotrzebny był laktator, u innej sterylizator do butelek, u jeszcze innej podgrzewacz albo aspirator. Akurat żadnej z tych wymienionych rzeczy nie mamy ;), ale pewnie okaże się, że zaopatrzyliśmy się w jakąś inną rzecz, która teraz wydaje nam się ważna, a potem będzie zbędna.

Na tę chwilę jest jedna rzecz, o której myślę, że jest niepotrzebna, ale jednak po długich przemyśleniach zdecydowaliśmy się na jej zakup... Kupiliśmy monitor oddechu dziecka. Niemały to wydatek i dlatego właśnie zastanawialiśmy się (zwłaszcza ja), czy ma sens, ale ostatecznie, jak już się za dużo zaczęłam nad tym zastanawiać, to stwierdziłam, że lepiej, żeby ten wydatek okazał się absolutnie zbędny, niż gdybym kiedyś miała sobie wyrzucać, że szkoda mi było na niego pieniędzy i doszło do tragedii.

Pierwszy raz o monitorze oddechu usłyszeliśmy na kursie pierwszej pomocy. Bo o zespole nagłej śmierci łóżeczkowej oczywiście słyszeliśmy już wcześniej, ale na kursie dowiedzieliśmy się na ten temat trochę więcej. Nie, absolutnie nikt nas nie straszył. Ratownik po prostu podał dane (które wcale nie były jakoś szczególnie zatrważające, choć gdy sobie człowiek zda sprawę z tego, że za każdą cyfrą kryje się czyjś osobisty dramat to już się takie stają) i powiedział, że przyczyny nie są do końca znane oraz że zdarzyły się przypadki, kiedy taki monitor oddechu spełnił swoją rolę i uratował jakieś dziecko, choć oczywiście jeszcze częściej nic złego się nie działo.
Wtedy przeszło nam przez myśl, że może warto w coś takiego zainwestować - tak dla świętego spokoju, ale to była tylko czysto hipotetyczna myśl. Temat powrócił tydzień temu, kiedy zamykaliśmy już listę zakupów. Zapytałam Franka, co robimy i on stwierdził, że będzie spokojniejszy, jeśli będziemy ten monitor mieli. Ja się długo wahałam - szukałam w internecie informacji na ten temat, ale niespecjalnie mi to pomogło, bo znalazłam wiarygodne artykuły zarówno "za" jak i "przeciw". 
Prawda jest taka, że jeśli chodzi o takie sprawy, to Franek jest u nas większym panikarzem (ma to chyba po tacie:P) :) Chociaż wcale nie narzekam, bo dobrze, że myśli o takich rzeczach. To on sprawdza po sto razy, czy wszystko jest powyłączane, to on boi się zapalać świeczki, zastanawia się, gdzie może dojść do zwarcia, zakręca wszystkie kurki przed wyjazdem itp. 
Myślę, że też duży wpływ na jego decyzję miało zachowanie jego brata, bratowej i mamy bratowej po tym, jak urodziła się Chrześniaczka. To już naszym zdaniem grube przegięcie było, bo oni w ogóle są na punkcie swoich dzieci zeschizowani trochę, ale wyobraźcie sobie, że przez pół roku oni dyżurowali przy łóżeczku na zmianę dosłownie każdej nocy! I pilnowali, czy dziecko oddycha. Wiele razy nam opowiadali o tym, jakie to było męczące. Ale jednak nie spali, tylko czuwali. To już podchodziło pod paranoję, ale Franek powiedział, że woli kupić takie urządzenie, niż miałoby się okazać, że jemu też odbije i nie będzie mógł spać po nocach, bo będzie się zastanawiać, czy dziecko oddycha - zwłaszcza, że ma takie, a nie inne godziny pracy.
Poza tym w rodzinie Franka - dalszej co prawda, ale jednak robi wrażenie - był właśnie taki przypadek, że niemowlę umarło we śnie i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Znając siebie oraz moich najbliższych, jestem zazwyczaj bardzo przezorna, ale raczej bym nie panikowała. Pewnie nawet do głowy by mi nie przyszło takie czuwanie. Ale jak już się temat pojawił i zaczęłam o tym myśleć, to oczywiście różne rzeczy do głowy mi przychodziły i raz zasiane w umyśle ziarenko niepokoju trudno było ot tak po prostu wymieść. Dlatego skapitulowałam. Mamy monitor oddechu. Nadal sądzę, że pewnie obeszlibyśmy się bez niego, ale można powiedzieć, że zapłaciliśmy za spokojniejszy sen (nasz :)). I jeśli okaże się, że zakup jest niepotrzebny, to w tym wypadku akurat bardzo dobrze :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Babski dzień

Dorota przyjechała wczoraj :) We trójkę od razu weselej. I o wiele szybciej się robi obiad :) I sałatkę na kolację. Do sałatki robiłam sos z dodatkiem czosnku, ale obrałam o jeden ząbek za dużo. Franek lubi czosnek - ja zresztą też lubię, ale jako dyskretny dodatek, a on to potrafi sobie czosnek w plasterki pokroić i zjeść na kanapce. Na co mu oczywiście nie pozwalam, bo potem spać nie mogę! :) Wczoraj jednak wspaniałomyślnie powiedziałam: "Obrałam za dużo czosnku, możesz sobie zjeść, dzisiaj i tak z Tobą nie śpię" :D Franuś szedł dzisiaj do pracy, więc położył się wcześnie, a my jeszcze urządziłyśmy sobie nocne pogaduszki w łóżku. Pospałyśmy aż do 7:30 :)
Dzisiaj koło południa wyszłyśmy z domu, bo miałyśmy trochę spraw do załatwienia. Odebrałam swoją koszulę do karmienia, którą sobie zamówiłam przez internet, załatwiłam już prezent świąteczny dla Franka, połaziłyśmy po sklepach, a potem jeszcze poszłyśmy do lekarza, bo teraz mam już wizyty kontrolne co dwa tygodnie. Trochę musiałyśmy poczekać, bo pani doktor przyjmowała mnie poza kolejnością (kiedy dwa tygodnie temu byłam na wizycie, to powiedziała, żebym przyszła dzisiaj, a już nie było wolnych terminów i byłam przyjmowana poza kolejnością, między innymi pacjentkami). Ale przynajmniej mogłyśmy obgadać wszystkie sprawy. Normalnie zazwyczaj chodzę na te kontrolne wizyty z Frankiem, ale dzisiaj zwolniłam go z tego obowiązku, bo miał ciężki dzień w pracy, a poza tym kurier dzwonił, że jest w drodze do nas z paczką zawierającą ostatnie elementy tasiemcowej wyprawki. 
Do domu wróciłyśmy dopiero około osiemnastej zmęczone, ale bardzo usatysfakcjonowane :) Dorota kupiła sobie żakiet a ja torebkę. Poza tym odwiedziłyśmy drogerię i stamtąd wyniosłyśmy trochę pachnących cudeniek oraz kilka lakierów do paznokci, bo mi się ostatnio pokończyły. Po powrocie urządziłyśmy więc Frankowi rewię mody a potem wzięłyśmy się za malowanie paznokci. Na pstrokato :P - w końcu trzeba było wypróbować wszystkie kolory :) O dziwo, Franek w obecności Doroty staje się równie tolerancyjny na zapach lakieru do paznokci, jak ja na zapach czosnku :) Zazwyczaj muszę robić manicure pod jego nieobecność, bo on po prostu nie znosi tego zapachu. A tym razem prawie nie narzekał, mimo że stężenie było podwójne. 
Trochę jeszcze poplotkowałyśmy i wyprawiłyśmy Franusia do łóżka. A teraz znowu oglądamy w TV jakieś głupoty, które da się oglądać tylko razem :P Bo wymagają ciągłych komentarzy, a poza tym są tak niskich lotów, że gdyby tę głupotę złożyć tylko na barki jednego "oglądacza", to na pewno dobrze by na niego nie wpłynęło :) Ale dzięki temu przypominają nam się studenckie czasy.
Niestety tym razem wizyta Doroty jest wyjątkowo krótka, bo jutro już wraca :( Franek jest absolutnie niepocieszony, bo nawet się piwa nie mogli razem napić. Ja też jestem niepocieszona, bo fajnie byłoby, jakby jeszcze trochę posiedziała z nami. Ale obiecała, że przyjedzie jeszcze - jednak w lutym. Żeby zobaczyć Tasiemca. Musi zobaczyć Tasiemca! :) Wstępnie więc jesteśmy już umówieni, że zanim rozpocznie drugi semestr ze swoimi studentami, to jeszcze do nas przyjedzie, choć oczywiście bierzemy pod uwagę, że różnie może być. Liczymy jednak na to, że do tego czasu mniej więcej się już razem z Tasiemcem ogarniemy i wizyta cioci Doroty będzie jak najbardziej wskazana!
Bardzo udany dzień mamy za sobą! Dość męczący, ale za to bardzo owocny i kolorowy :)