*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ratunku, nie mam się w co ubrać! + dokumentacja :)

I to nie jest krzyk kobiety stojącej przed szafą pełną wystrzałowych ciuchów na pięć minut przed wyjściem na imprezę, tylko krzyk margolki, która nie ma co na siebie włożyć, żeby zwyczajnie wyjść do sklepu lub do kościoła...
Planowałam sobie zrobić zdjęcie w Sylwestra - ostatnie zdjęcie z brzuchem, żeby uwiecznić jakoś ten dzień, kiedy donosiłam ciążę. Ale jak wiecie, wiele z moich planów tego dnia zostało pokrzyżowanych, więc i brzuchatego zdjęcia nie mam :) A szkoda, bo wydaje mi się, że pod sam koniec ten brzuszek naprawdę miałam już dość spory (jak na mnie :P). Podsumowując, w ciąży przytyłam dokładnie 1,8 kg a w obwodzie brzucha przybyło mi 12,5 cm, w talii 8 cm, w pozostałych miejscach obwodowo się zmniejszyłam. Zasługa Tasiemca chyba ;)
Po USG w 31 tygodniu pisałam, że Tasiemiec jest nieco większy, niż wynikałoby to z tygodnia ciąży. Poza tym wszędzie się naczytałam, że przy cukrzycy ciążowe dzieci są większe. No i do tego jeszcze opinie lekarzy - kiedy pytałam ich, czy to w porządku, że nie przybieram na wadze, odpowiadali, że widocznie dziecko bierze wszystko dla siebie... A tu niespodzianka - na USG, które zrobiono mi przy przyjęciu do szpitala wyszło, że dziecko będzie miało niecałe 3 kg i tym razem lekarze twierdzili, że to normalne przy mojej budowie ciała. Poza tym przez cały pobyt w szpitalu nasłuchałam się od wszystkich, jaka jestem drobna - co lekarz, to pytał np. czy moja mama jest podobnej budowy i czy rodziła naturalnie... Albo mierzono mi obwód brzucha i bioder, żeby sprawdzić, czy w ogóle jest sens, żebym rodziła naturalnie, bo może jestem na to zbyt szczupła. Słowo daję, że nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że jestem szczupła, a już na pewno nie na tyle, żeby mieć wątpliwości, czy urodzę. Moja mama jest 5 cm niższa ode mnie, przed ciążą ważyła 38 kg, urodziła mnie, ważącą 3,5 kg siłami natury. Po porodzie ważyła 44 kg i tak jej zostało praktycznie do dziś (no, czasami ma 42kg :)) Jak już wiecie, i ja dałam radę urodzić, choć o szczegółach (ale bez przesadyzmu :P) jeszcze będzie.
To, co mnie najbardziej zdumiało, jak już sobie poleżałam te dwie godziny z Wikingiem na brzuchu i zabrali mi go do ubrania, a ja byłam już zszyta i opatrzona, to fakt, że mój brzuch po prostu zniknął! Spodziewałam się raczej, że tak od razu po porodzie jeszcze zostanie - widywałam inne dziewczyny, które urodziły i one przez kilka dni jeszcze wyglądały, jakby nadal były w ciąży. 
Ale największy szok przeżyłam, kiedy stanęłam na wadze. Spodziewałam się, że będę ważyła mniej niż przed ciążą, bo wynikało to z prostego rachunku (waga Tasiemca, łożysko, płyny itp.), ale nie sądziłam, że zobaczę 45,5 kg! Później spojrzałam w lustro i z zadowoleniem stwierdziłam, że nigdy w życiu nie miałam tak płaskiego brzucha i tak szczupłej talii, jak po ciąży właśnie! Z dużo mniejszym zadowoleniem odnotowałam, że moje kończyny są jak patyczki i -jak zwykle, gdy moja waga spada poniżej 50 kg - wystające obojczyki.
Wracając jednak do mojego tytułowego okrzyku - wszystkie ciuchy ze mnie spadają! Najgorzej jest ze spodniami. Najpierw ubrałam te, w których chodziłam w czasie ciąży. Spodziewałam się, że w brzuchu będą trochę za szerokie, bo gumka się rozciągnęła, ale one mi całkiem wiszą na tyłku. Spodnie w rozmiarze XS, które sobie na okoliczność ciąży kupiłam - również... Nawet spodnie dresowe się na mnie nie trzymają. Na razie po domu i tak chodzę w sukienkach i spódnicach (choć te drugie też są trochę za luźne), ale jak trzeba wyjść z domu, to mam problem.  Chyba będę musiała przeszukać swoje szafy - wiem, że gdzieś odłożyłam jakieś jeansy, które były na mnie trochę za ciasne...

Ogólnie rzecz biorąc, to całkiem fajnie, gdy człowiek chudnie, nie wysilając się przy tym za bardzo. Zwłaszcza, gdy jest to po ciąży, bo przecież słyszy się zawsze, że ciąża całkowicie zmienia sylwetkę, że wraca się po niej do formy tygodniami albo i miesiącami, a niektórym już nigdy nie udaje się powrócić do wagi sprzed ciąży. Do tego ciało nie jest jędrne albo pojawiają się na nim rozstępy. Mnie się nic takiego nie przytrafiło, a z obwodu talii i brzucha to się naprawdę cieszę i nie narzekałabym, gdyby tak już mi zostało ;)) Tylko niestety nie da się tak schudnąć tylko w wybranej przez siebie części ciała i chociaż brzuch teraz mam świetny, to cała reszta jest trochę za chuda i nawet na twarzy wyglądam trochę mizernie (choć to pewnie także zasługa anemii, której się po porodzie nabawiłam). Nawet moje BMI w tym momencie wskazuje na niedowagę. Jem normalnie - pięć do sześciu posiłków dziennie. W dodatku teraz już nawet nie muszę odmawiać sobie słodyczy (cukrzyca jak na razie poszła sobie w siną dal), ale do dziś nie przytyłam ani grama. Fakt, że trochę nie mam apetytu (to chyba też po cukrzycy mi zostało - częściowo straciłam przyjemność z jedzenia, ale pewnie i zmęczenie i gorszy nastrój mają znaczenie), ale staram się jeść niejako na siłę, bo wiem, że skoro karmię, to muszę dostarczać organizmowi dodatkowych kalorii. Ale widocznie to i tak za mało.
Nie miałabym nic przeciwko, żeby do tej wagi sprzed ciąży jednak nie wracać, bo miałam wtedy 51,5 kg - o półtora za dużo :P Wyglądałabym fajnie we wszystkich obcisłych sukienkach i nie musiałabym się martwić, że tu i ówdzie wyłania się jakaś fałdka. Ale te trzy kilo mogłabym jednak przybrać, bo okazuje się, że jednak można wyglądać za chudo (Franek już nie mówi do mnie inaczej niż "chuda glizdo!"), zwłaszcza, gdy wkłada się ubrania w rozmiarze 36 na tyłek w rozmiarze 34. No i martwię się trochę, że nie dojdę do siebie (głównie chodzi mi o niedokrwistość, gorszą formę psychiczną i siłę), jak tak dalej pójdzie i że odbije się to negatywnie na moim pokarmie. Ale nie wiem, co mogłabym zrobić jeszcze. Przecież nie przerzucę się teraz na tłuste albo fast foodowe jedzenie, bo to się na pewno Wikingowi nie przysłuży...
Pozostaje mi chyba cieszyć się tą zgrabną talią :P Może jak za miesiąc powrócę do ćwiczeń, to nawet uda mi się jakieś ładne mięśnie brzucha zobaczyć :)

*** 
Żeby nie być gołosłowną, wrzucam fotkę w "wiszących spodniach" :) (choć na żywo i tak wygląda to dużo gorzej, fotki faktycznie pogrubiają! :P)



Ale na razie na co dzień i tak moim strojem codziennym jest letnia sukienka. Szkoda, że mamy zimę, bo wtedy nie musiałabym się martwić, w czym wyjść do ludzi :)

 

środa, 21 stycznia 2015

Zero, czyli koniec odliczania

Nie dwa tygodnie temu, ale właśnie dzisiaj Wiking miał przyjść na świat. Jak już wiecie, trochę się pospieszył - choć po prawdzie też nieco mu pomogli, bo były ku temu wskazania. 
Ale przyznam, że ja od dawna - kiedy jeszcze nawet o porodzie nie myślałam - czułam, że to będzie przed terminem. Po prostu to wiedziałam, choć nie mam pojęcia skąd. Jeszcze nim dowiedziałam się o tym, że mam cukrzycę - bo przy cukrzycy to już w ogóle wiadomo, że raczej nie dopuszcza się do porodu po terminie i zwykle poród jest indukowany. W każdym razie wiele razy myślałam o tym, że odetchnę dopiero, kiedy skończy się rok 2014, bo tak się złożyło, że akurat moja ciąża miała być donoszona wraz z końcem tego roku, a miałam jakieś przeczucie, że może nie uda mi się do końca dotrwać. Ale się udało - to znaczy prawie :P Bo chyba odetchnęłam aż za bardzo. Kiedy tuż przed świętami byłam na KTG, to, co usłyszałam od lekarza bardzo mnie uspokoiło - na tyle, że zyskałam pewność, że nic złego się nie będzie działo. 30 grudnia wieczorem miałam jeszcze wizytę u mojej lekarki prowadzącej, która umówiła się ze mną na wizytę 13 stycznia - stwierdziła, że absolutnie nic nie wskazuje na to, żebym miała do tego czasu nie dotrwać. Dlatego właśnie w sylwestrowy poranek na kontrolne KTG szłam na totalnym luzie! Wyszłam z domu z myślą, że wrócę za parę godzin i wtedy dokończę rozpakowywanie, sprzątanie i takie tam... Nawet planowaliśmy, że się do kina przejdziemy po wizycie w izbie przyjęć... Pomimo tych moich wcześniejszych przeczuć, tamtego dnia całkowicie straciłam czujność i pewnie właśnie dlatego tak się to wszystko ułożyło, że już z tego szpitala nie wyszłam :)
Poza tym, że czułam, że Wiking urodzi się wcześniej, zawsze skądś wiedziałam, że zacznie się właśnie w nocy. Tylko oczywiście wyobrażałam sobie, że to będzie w domu, a nie w szpitalu. Zawsze się tego zresztą obawiałam - bałam się, że nagle zaczną się skurcze, kiedy Franek zdąży już wyjść do pracy albo że w środku nocy odejdą mi wody i poplamię łóżko :P I że później nie będę wiedziała, co robić. Dlatego właśnie nawet cieszyłam się z tego, że już jestem w szpitalu. Tak też zresztą pocieszał mnie Franek w tych trudniejszych chwilach. Nie bałam się porodu - najbardziej bałam się tego, że nie uda mi się urodzić w tym upatrzonym szpitalu na którym tak bardzo mi zależało. A tak przynajmniej miałam już pewność, że będę rodzić właśnie tam. I rzeczywiście - kiedy odeszły mi wody, szybko zostałam przebadana przez położną, później przez lekarza i gdy tylko stwierdzono, że "nadaję się" do porodu, zaczęto mi szykować salę porodową (bo w danym momencie wszystkie były zajęte, ale dzięki temu, że byłam już na oddziale, to miałam zarezerwowane miejsce; gdybym przyjechała w takich samych okolicznościach na izbę przyjęć, to pewnie odesłaliby mnie do domu, żebym poczekała na skurcze). Nie musiałam się stresować przyjęciem, ani tym że nie jestem pewna, czy to już, czy nie już. Widocznie tak właśnie miało być. Widocznie Wiking miał się urodzić właśnie siódmego a nie dwudziestego pierwszego.
Swoją drogą - właśnie, to było moje kolejne przeczucie! Kiedy już się uspokoiłam, że w Sylwestra na pewno nie urodzę, bo kolejne zapisy KTG były ok, to żaliłam się Frankowi, że na pewno się Wiking urodzi siódmego! No i sobie wykrakałam :) A nie chciałam wtedy, bo rok temu siódmego urodziła się Franka bratanica. Nie chciałam, żeby nam się uroczystości dublowały. Ale teraz oczywiście już jest mi wszystko jedno i w ogóle o tym nie myślę :D

Dopiero dziś mieliśmy pierwszy raz tego naszego synka zobaczyć. A tymczasem jest z nami już 14 dni. Wiele razy patrzyłam na niego i myślałam sobie, że być może w innych okolicznościach (gdybym poszła na tamto KTG 10 minut wcześniej na przykład, albo dzień później) jeszcze byłby u mnie w brzuchu i jakoś w głowie mi się to nie może zmieścić :) Ciekawa jestem, czy on to w jakiś sposób "odczuwa" to znaczy - czy zachowywałby się inaczej, gdyby urodził się trochę później jednak. Ale tego się już oczywiście nie dowiemy. Mimo wszystko cieszę się bardzo, że Wiking jest już z nami i że mam za sobą pobyt w szpitalu i poród. Chyba nawet dobrze, że to się tak potoczyło - nie zdążyłam się zestresować tym, że ten wielki dzień jest już coraz bliżej...

Stopniowo staram się odpowiadać na Wasze komentarze - również pod tymi dużo wcześniejszymi notkami :) Mam też zamiar napisać o tym, jak to wszystko wyglądało, być może też będzie co nie co o moich odczuciach. Ale na razie coś się zebrać w sobie nie mogę. Lepsze dni przeplatają się z gorszymi. Ostatnio chyba jest trochę gorzej. Wydaje mi się, że Franek sobie zdecydowanie lepiej radzi. Mnie trochę brakuje elastyczności, poza tym nie potrafię odpuścić pewnych spraw - cały czas w głowie siedzi mi, że chciałabym zrobić to albo tamto. Taka już jestem. Poza tym nie wiem, czy tak właśnie wygląda baby blues, czy co to innego może być, ale chwilami naprawdę jest mi źle - myślę o tym, w jakim dobrym nastroju byłam te dwa tygodnie temu (pomimo zmęczenia - ach te endorfiny...) i jak inaczej czuję się dziś, o tym, że mam wrażenie, że nie potrafię się zająć dobrze dzieckiem, kiedy nie śpi, że go nie rozumiem oraz o tym, jak mi żal, kiedy widzę tę płaczącą małą mordkę :( Zapytałam się Franka, czy to może być depresja poporodowa :P, ale on powiedział - "niee, ty po prostu lubisz sobie czasami popłakać" :)Tylko proszę, nie piszcie mi teraz co powinnam, a czego nie, bo ja niby to wiem :) Ale co innego wiedzieć, a co innego wprowadzać to w życie i jeszcze dobrze się z tym czuć. Nie wiem, widocznie muszę przetrwać ten czas. Nie czuję się rozczarowana macierzyństwem, czy też zaskoczona - nic z tych rzeczy, jestem raczej po prostu zdezorientowana. Pomimo tego, że od początku dawałam sobie przynajmniej miesiąc na ogarnięcie wszystkiego i dostosowanie się do nowej rzeczywistości to już po tygodniu jestem zniecierpliwiona tym, że jeszcze się nie dopasowałam. Cóż, zawsze od siebie dużo wymagałam...Są chwile, kiedy przypominam sobie dotkliwie o tym, że jestem perfekcjonistką - w innych okolicznościach zazwyczaj mi to nie przeszkadza, ale to nie jest ta okoliczność :)

Miałam opisać wszystko po kolei i dopiero później dokonać oficjalnej prezentacji :) Ale będzie na odwrót i właśnie dziś, w dniu, który już w czerwcu umownie określono jako dzień jego narodzin przedstawiam Wam Wiktora, czyli Tasiemca vel Wikinga :) Urodzony 7 stycznia 2015, ważył 2670g i mierzył 52 cm. 
Chyba wiecie, że to nie ten w cętki? :D