*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 26 maja 2015

Mama i ja

Za każdym razem, kiedy słyszę "Dzień Matki", muszę sobie przypominać, że teraz mnie też to dotyczy - to znaczy, że teraz również jestem matką. Przyznam, że chyba mimo wszystko kompletnie tego nie czuję :) Przynajmniej właśnie nie w tym kontekście. Bo w kontekście Dnia Matki, nadal czuję się przede wszystkim córką. Dlatego też o margolce-matce będzie przy innej okazji, dziś o tej mojej życiowej roli, którą pełnię od początku mojego istnienia.

O relacji matka-córka krążą legendy. Od czasu do czasu trafiam gdzieś na hasła: "skomplikowana, złożona, pełna napięć, rozczarowująca, pełna konfliktów, oparta na żalu i pretensjach" - to tylko wyrywkowe słowa, na które gdzieś kiedyś w takim kontekście trafiałam. I przyznać muszę, że gdy pierwszy raz usłyszałam, że relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych istniejących relacji międzyludzkich, pomyślałam, że zaszła jakaś pomyłka. Ale temat trochę mnie zainteresował i okazało się, że ona naprawdę za taką uchodzi i że wiele kobiet ma problem ze swoimi mamami (raczej nie mam styczności z kobietami, które mają już dorosłe córki, dlatego skupiam się raczej na tej stronie tego "konfliktu") bądź nie do końca wie, jak sobie radzić w kontaktach z nimi.
Można więc powiedzieć, że nadszedł czas, kiedy odkryłam smutną prawdę - mianowicie, że nie każdy ma z mamą takie stosunki, jak ja. A wierzcie mi, że było to dla mnie tak naturalne, iż przekonana byłam, że tak właśnie jest. 

Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że moja relacja z mamą jest - i w tym wypadku nie zawaham się użyć tego słowa - idealna. Nie mam jej po prostu nic do zarzucenia, niczego bym nie zmieniła.
Mama jest dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu (wraz z pozostałymi członkami mojej najbliższej rodziny) - zawsze tak było i jest. Poza tym mama to jedna z trzech, bądź czterech osób (w zależności od tego, czego dotyczy dana sytuacja), które jako pierwsze dowiadują się o jakichś istotnych sprawach. Bo zazwyczaj, gdy coś się dzieje dzwonię do: Franka, mamy, Doroty i wujka (kolejność trochę przypadkowa:)). Ale to mama jest moim guru.

Nie chodzi o to, że nie odcięłam pępowiny. Od ponad dziesięciu lat jestem osobą zupełnie samodzielną i niezależną, która ma własne życie. Ale nie ukrywam, że mama stanowi bardzo ważną jego część. Rozmawiam z nią codziennie lub prawie codziennie. Zwykle są to rozmowy przynajmniej dziesięciominutowe. Rozmawiamy o wszystkim - o błahostkach dnia codziennego i sprawach, które w danym momencie są istotne. Kiedy jest mi źle, zawsze dzwonię do mamy. Kiedy wydarzy się coś dobrego - również. Dzwonię do niej, kiedy mi się nudzi, kiedy mam ochotę pogadać i w każdej innej możliwej sytuacji.
Dzwonię również po radę. Ale, co ciekawe, bardzo rzadko ją otrzymuję w takiej typowej dla rad postaci. Mama nigdy nie mówi mi co mam zrobić, zwłaszcza jeśli chodzi o ważne, życiowe wybory. Nigdy nawet nie sugeruje. Owszem, pomaga mi w analizie sytuacji, podpowiada, jakie są opcje i konsekwencje każdej z nich, ale zawsze powtarza, że to ja muszę zdecydować. A jeśli już to zrobię, nigdy nie ocenia. Naprawdę nie spotkałam się z tym, żeby potępiała jakikolwiek z moich życiowych wyborów., zawsze w całości je akceptuje. 
W ogóle moja mama ma to do siebie, że jeśli coś nie dotyczy jej bezpośrednio, a idzie nie do końca po jej myśli, to nie da w ogóle tego po sobie poznać. A z czasem zaakceptuje również i to, i dana osoba nigdy się nie dowie, że mama miała jakieś obiekcje. Znam kilka takich przypadków dotyczących mojej mamy i jakiejś osoby. Jeśli chodzi o mnie, wydaje mi się, że nie było sytuacji, kiedy nie podobałoby się jej moje postępowanie, ale - jak już wspomniałam - mogę o tym po prostu nie wiedzieć :)

Moja mama nie poucza. Owszem, słyszałam od niej zdanie "przecież mama ma zawsze rację". Ale ostatni raz to było zdaje się w podstawówce... :) Później nie musiała tego nigdy powtarzać, bo sama się o tym wielokrotnie przekonywałam.
Jestem do mamy bardzo podobna, ale nigdy nie odczuwałam, że jestem jakąś projekcją jej niespełnionych ambicji, marzeń czy też planów. Wręcz przeciwnie - mama nigdy nie namawiała mnie, żebym robiła coś, na co nie miałam ochoty. Wszelkie zajęcia dodatkowe wybierałam sama, szłam własną ścieżką - sama wybrałam szkołę średnią, kierunek studiów, a nawet miasto, w którym studiowałam.
Mama nigdy na siłę nie porządkuje mojego życia - w przenośni i dosłownie :) Podobno wizyty rodziców bywają stresujące, bo mama potrafi się do wszystkiego przyczepić. Oj tak, moja mama przyczepić się potrafi - do krzywo położonej serwety, do łazienki umytej "po łebkach", czy do tego, że ketchup położony jest na stół w słoiczku zamiast ładnie na spodeczku :) (mama bywa czasami pedantyczna, ale to kwestia genów, ja również bywam, choć w innych sprawach :)) Ale ten rodzaj czepialstwa zdarza się tylko u niej w domu. Kiedy przyjeżdża do nas, nigdy nie komentuje (chyba, że wie, że ja tego komentarza oczekuję i że przyjechała z misją ;)). Przykład?
Mama była u nas w poznańskim mieszkaniu. Kilka miesięcy później rozmawiałam z nią Miasteczku i skarżyła się na to, że woda w wannie nie spływa do końca i jak się kąpiemy to nie pilnujemy, żeby spłynęła i później się robi zaciek. Ja jej na to:
- U nas w wannie też jest taki zaciek
- Wiem, widziałam. 
- I nic nie powiedziałaś?? 
- A co miałam mówić? To Wasze mieszkanie. A nie prosiłaś mnie o opinię...
Ta rozmowa bardzo dobrze obrazuje to, jaka jest moja mama w kwestiach ewentualnego doradzania, czy wtrącania się.
Teraz, kiedy sama mam dziecko, często słyszę, że mamy- czyli babcie, lubują się w dawaniu dobrych rad jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Czegoś takiego również nie doświadczyłam. Moja mama zawsze mówi, że za jej czasów było inaczej. Albo, że nie pamięta. A jeśli pamięta, to tylko mówi, że ona w danej sytuacji robiła to i to, ale nigdy nie jest to podszyte ukrytym "powinnaś też tak zrobić".

I wyobraźcie sobie, że pomimo tego wszystkiego (a może właśnie dlatego?) prawie się nie zdarza, żebym nie kierowała się tym, co powiedziała mama, żeby nie dźwięczały mi w głowie jej słowa, żebym nie sugerowała się jej opinią. To jest zaawansowane do tego stopnia, że jeśli mam na jakiś temat, na który z mamą nie rozmawiałam, swoje zdanie i później przez przypadek dowiem się, że mama sądzi inaczej, to okazuje się, że zaczynam wątpić w to, co myślałam. Bo skoro mama uważa inaczej, to chyba jest coś na rzeczy... Nie potrafię teraz przytoczyć przykładu, bo zdarza się to zazwyczaj w błahych sprawach, ale zmieniam czasami zdanie na takie bardziej zbliżone do tego, co mówi mama :) I naprawdę nie chodzi o to, że ona mną manipuluje (często nawet nie ma pojęcia, że jej słowa miały taki efekt), ani że nie umiem myśleć samodzielnie. Prawdę mówiąc nie wiem z czego to wynika, ale tylko jedno przychodzi mi do głowy - mama jest po prostu dla mnie absolutnym wzorem do naśladowania.

Ostatnio, przy okazji opisywaniu dnia, gdy dowiedziałam się o ciąży, wspomniałam trochę o tym, jaka jest moja mama, czułam, że to konieczne, bo w przeciwnym wypadku jej zachowanie mogłoby być błędnie zinterpretowane jako nieczułe, a to byłaby nieprawda. Rzeczywiście, moja mama nie jest wylewna. Ale nigdy nie zabrakło mi ciepła, czułości i wsparcia z jej strony. Pamiętam przytulanki i całuski, kiedy byłam dzieckiem. Później te czułości po prostu zostały zastąpione przez inną formę interakcji. Ale chociaż nie ściskamy się i nie całujemy na powitanie, jestem pewna, że jesteśmy sobie bliższe niż niejedna matka z córką, które to robią.
Mogłabym (i chciałabym) opowiedzieć, jeszcze o tym, że mama się nie obraża, nie miewa fochów i że nigdy nie musiałam jej przepraszać dla zasady, mimo, że nie czułam się winna. O tym, że jest tylko człowiekiem i ma również słabe strony oraz że zdarzają nam się sprzeczki. A także o tym, jak przy okazji naszej ostatniej sprzeczki (grudzień 2013) się zachowała. I że świetnie gotuje i czego mnie w związku z gotowaniem i jedzeniem nauczyła. Wreszcie o tym, że nigdy nie była ani nie jest moją przyjaciółką. Bo jest po prostu mamą. Musiałabym stworzyć cały cykl opowieści o mamie :)
I kto wie? Może jeszcze przy jakiejś okazji napiszę znowu o tym, jaka jest, bo mówić na ten temat mogłabym naprawdę dużo. Ale teraz najwyższa pora zakończyć ten post, więc napiszę tylko, że dla mnie relacja z moją mamą była i jest tą najbardziej oczywistą, najbardziej szczerą i najmniej skomplikowaną. Jest mi potrzebna.
I jeszcze: chciałabym być taką mamą, jak moja.

niedziela, 24 maja 2015

Dzień Idealny. I inne.

Wikuś zrobił nam pobudkę o piątej - wierzgał wesoło nóżkami, gadał po swojemu, widać było, że nie chce mu się już spać. Na szczęście udało się go jeszcze około szóstej na jakąś godzinkę ululać. Wstaliśmy o siódmej. Ubrałam siebie, potem jego. Następnie Wiking wylądował w łóżeczku gdzie oglądał sobie karuzelę, a ja usadowiłam się obok z książką i jadłam śniadanie. Po mniej więcej godzinie Wikuś zasygnalizował zmęczenie, więc szybko, łapiąc ten moment wpakowałam go do wózka i bujając go, czytałam książkę (wykorzystuję każdy moment na czytanie :)). Długo to nie trwało - po pięciu minutach spał i obudził się za  1,5 godziny. Nakarmiłam go i przez jakiś czas siedział na bujaczku albo leżał na macie. Miałam parę rzeczy do zrobienia, więc kiedy zaczął marudzić, zawiązałam go w chustę i na przykład wieszałam pranie. Po krótkim czasie znowu usnął, nie rozwiązywałam go, żeby się nie obudził, więc nosiłam go tak przez dwie godziny. To znaczy nie tylko nosiłam, bo również siedziałam przy komputerze, a on sobie spał przywiązany do mnie :)
Później przyszedł czas na "gry i zabawy". Wikuś leżał na macie edukacyjnej i na puzzlach piankowych i przez naprawdę długi czas zajmował się sam sobą - godzinę, może trochę dłużej. Ja w tym czasie siedziałam obok i szydełkowałam oglądając seriale w internecie. Franek robił drugie danie (zupę przygotowałam wcześniej). Jeszcze trochę pozabawialiśmy synka i we trójkę wyszliśmy na spacer. Podczas gdy Wiking spał, my poszliśmy na lody. Spacerowaliśmy około godziny i wróciliśmy, a wtedy dziecko nam się obudziło.  Ale Wikuś był w całkiem dobrym humorze, siedział na bujaczku i oglądał z tatą jakiś film animowany :P A potem bawili się razem na macie piankowej, Franek poczytał mu bajeczki, powygłupiał się z nim i tak zleciał czas do kąpieli. Przed kąpielą, jak zwykle masażyk od mamusi i całuski od tatusia :P a potem jedzenie i do łóżeczka! Jeszcze chwila usypiania - pozytywka, jakaś krótka bajeczka, buzi w czółko i spać. Posiedziałam jeszcze chwilę przy Wikusiu aż zasnął i od 20:00 mieliśmy z Frankiem chwilę dla siebie.

Albo:
Obudziłam się krótko przed siódmą, ze zdziwieniem stwierdziwszy, że Wiking dopiero się budzi. Poleżeliśmy sobie razem jeszcze do ósmej, "rozmawiając" trochę i wygłupiając się. Później, jak zwykle mycie, ubieranie i śniadanie. A potem "czas wolny" - Wikuś bawił się przez godzinę najpierw w łóżeczku, potem kolejną godzinę w wózku. Nie chciało mu się wcale spać, ale nie zmuszałam go, bo leżał sobie spokojnie, chwytał swoje zabawki, gadał i śmiał się sam do siebie. Ja tylko od czasu do czasu pomachałam mu jakąś zabawką, porozmawiałam z nim lub się pouśmiechałam, ale ogólnie mogłam zająć się swoimi sprawami. Dopiero niedługo przed południem zmęczył się na tyle, żeby udać się na krótką drzemkę. Po niej znowu był czas na zabawę - tym razem na macie. Później wyszliśmy na spacer, po którym Wiking spał jeszcze około godziny. Popołudnie spędziliśmy już we trójkę, na zmianę z Frankiem zabawialiśmy małego, żeby nie zasnął przed kąpielą. Ponieważ tego dnia w ogóle spał niewiele, to oczka zamykały mu się już przy jedzeniu, a kiedy skończył odłożyłam go do łóżeczka i na chwilę wyszłam z pokoju po pieluszkę. Kiedy wróciłam Wiking już spał - nawet smoczek nie był mu potrzebny :))

To są właśnie dwa przykładowe Dni Idealne, które się nam od czasu do czasu przydarzają. Oczywiście są jeszcze inne warianty. Generalnie te dni wcale nie różnią się jakoś bardzo od innych, ale po prostu wszystko ładnie układa nam się czasowo i idzie bardzo sprawnie, niemal jak w zegarku :) Mały nie jest szczególnie marudny, zasypia, kiedy jest zmęczony, a kiedy nie jest, bawi się sam lub z nami, poza tym daje się zagadać i gdy z jakiegoś powodu zaczyna stękać, to łatwo udaje nam się jego uwagę od  tego powodu odciągnąć :) Nie dzieje się wtedy nic nadzwyczajnego i nawet trudno mi powiedzieć, dlaczego określam je mianem idealnych. Chodzi naprawdę o niuanse. Bo nie oznacza to, że na przykład Wiking przez cały dzień ani razu nie zapłacze albo, że nie zaliczamy żadnej wpadki jakiegokolwiek rodzaju. Dzień Idealny charakteryzuje się przede wszystkim tym,  że pod jego koniec oboje z Frankiem stwierdzamy, że jakby zawsze było tak jak dzisiaj, jakby Wikuś był zawsze taki jak dzisiaj, jakby zawsze się tak wszystko układało, to byłoby idealnie :)
Oprócz Dnia Idealnego występują jeszcze:
Dzień Dobry - to Dzień Idealny, podczas którego niestety jakąś wpadkę zaliczamy my (na przykład przegapimy moment, kiedy Wiking się czegoś domaga - nie położymy go w porę spać albo spóźnimy się z karmieniem i synek uderza w dziki wrzask), kiedy Wikinga dopada jakiś zły humor i nagle zaczyna bardzo marudzić, nie daje się w żaden sposób uspokoić i nic go nie bawi albo kiedy ma jakiś atak bólu. Ogólnie te dni są bardzo dobre, ale wolelibyśmy, żeby dany incydent się nie powtórzył :)
Dzień-Za-Dniem - tych dni jest najwięcej. To taki dzień, jak co dzień. Raczej dobry. Wszystko idzie nam mniej więcej zgodnie z planem, trzymamy się jako takiej rutyny. Od czasu do czasu zdarza się jakieś marudzenie albo nawet histeria, ale dość sprawnie jesteśmy w stanie to opanować. Jestem w stanie zazwyczaj zająć się swoimi sprawami, ale sporo czasu muszę też poświęcić dziecku - co jest jednak raczej zrozumiałe i naturalne :) Taki dzień mija zazwyczaj niezauważony i nie poświęcamy mu większej uwagi :) Czasami dopada mnie w takim dniu poczucie bezcelowości i znudzenia. Jeśli to uczucie jest szczególnie intensywne i przechodzi we frustrację, mamy już do czynienia innym dniem. Jest to mianowicie:
Dzień Słaby - może być słaby, bo dopadły mnie wspomniane przed momentem uczucia albo dlatego, że Wiking ma jakiś zły humor, albo po prostu się jakoś nie zgrywamy. W takie dni niektóre zwyczajne rzeczy mnie denerwują. Albo denerwują Wikinga. Bywa, że kiepsko nam się wszystko układa - np. Wiking nie może długo zasnąć albo jedzenie mu nie idzie, albo jest nieodkładalny, nie chce się bawić, nic go nie interesuje itp, itd. A czasami sporo histeryzuje, nawet w sytuacjach, które nie są histeriogenne.
Dzień-Skończ-Się - no taki dzień już chyba komentarza za bardzo nie wymaga :) Od czasu do czasu nam się zdarza, ale na całe szczęście niezbyt często  Nic wtedy nie idzie, wszystko jest do góry nogami, dużo ryczę, Wiking też. Ogólnie wszyscy jesteśmy nerwowi i marzymy o tym, żeby ten dzień się już nie powtórzył.

Życzyłabym sobie jak najwięcej Dni Idealnych, ale nie pogardzę sporą ilością Dni Dobrych, bo zbyt dużo tych Idealnych groziłoby ich spowszednieniem i stałyby się tymi Dniami-Za-Dniem :) Ale jeśli już o nich mowa, to i tak nie narzekam, że jest ich najwięcej, bo jak już wspomniałam, są raczej dobre :)

Nie no, zwariowałam, żeby na taki głupiutki temat taką notkę wysmarować :P