*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Obietnica.



Już kilka razy Franek zostawał z Wikingiem sam w domu na dłużej. Kilka razy rano i ze dwa razy późnym popołudniem i wieczorem. Tylko raz było to spowodowane moim wyjściem w celu towarzysko-rozrywkowym, w innych wypadkach miałam po prostu jakieś badania lub kontrolne wizyty u lekarzy. Na wczorajszy dzień miałam zaplanowane już od miesiąca testy alergiczne. Już nie pamiętam dokładnie, czy tak mnie poinformowano, czy ja sobie tak to obliczyłam, w każdym razie powiedziałam Frankowi, że trwa to około dwóch godzin. Dodawszy do tego czas na dojazd i powrót, miało mnie nie być cztery.
Kiedy wychodziłam około ósmej, Wiking był już bardzo marudny. Wiadomo było dlaczego – po prostu był już śpiący, bo tego dnia obudził się już przed szóstą (włożyłam go do łóżeczka i podczas gdy my z Frankiem jeszcze dosypialiśmy, Wikuś bawił się tam w najlepsze przez godzinę). Niestety od ubiegłego piątku znowu pojawiły się mniejsze lub większe problemy z drzemkami. Chyba po prostu Wiking wszedł w tę fazę, kiedy dziecko jest zmęczone a jednocześnie boi się zasnąć, bo coś go ominie i broni się przed tym snem :) (chociaż dzisiaj akurat po prostu zamknął oczy, więc mam nadzieję, że to było chwilowe) Ostatecznie zasypia, ale często jest to poprzedzone głośnym płaczem i złością. No i właśnie wczoraj, kiedy wychodziłam, zostawiałam chłopaków w dość niepewnej sytuacji…  Nie spodziewałam się jednak, że za godzinę Franek zadzwoni, że w ogóle sobie nie potrafi z Wikingiem poradzić, bo ten cały czas się drze, zabawianie pomaga na krótko i tylko na rękach się uspokaja. A zasnąć nie chce. Trochę mnie to zestresowało, ale powiedziałam Frankowi, że rozumiem, bo przecież na co dzień to ja sobie muszę radzić z takimi sytuacjami i wiem, jak to jest. 
Na całego jednak zdenerwowałam się po kolejnym telefonie, bo Franek był już zrezygnowany, zniecierpliwiony i zwyczajnie wkurzony. Też byłam zła, bo wyglądało na to, że Franek ma dość, że twierdzi, że sobie nie poradzi i w zasadzie najlepiej, gdybym rzuciła wszystko i przyjechała. Z jednej strony pomyślałam sobie, że to dobrze, że Franek odczuł na własnej skórze, jak to jest, bo zawsze mi się wydawało, że kiedy miałam jakiś trudniejszy dzień z Wikingiem, który  nie chciał współpracować, to mnie nie rozumiał. Z drugiej byłam zła, że tak szybko wpada w irytację – dotychczas kiedy zostawali sami wszystko zawsze szło sprawnie i bez większych problemów. A dzisiaj pojawiło się małe utrudnienie i Franek już mówi, że ma dość…  Wiem, że cierpliwość nie jest najmocniejszą stroną mojego męża, ale przecież przy dziecku inaczej niż cierpliwie się nie da (co ciekawe w pierwszym miesiącu życia Wikinga, to mnie właśnie na cierpliwości nie zbywało i Franek opanowywał sytuację) 

Kiedy zadzwoniłam dosłownie pięć minut później, Franek jakby nigdy nic powiedział mi, że Wiking śpi a on idzie się teraz golić i żebym mu nie zabierała cennego czasu. Po irytacji i zrezygnowaniu nie było nawet śladu! Szybko mu przeszło :) Ale trochę to rozumiem, bo ja czasami też tak mam, że już wszystko mnie dobija, mam wrażenie, że nie wytrzymam ani sekundy dłużej i że nie zniosę ani jednej takiej sytuacji, a kiedy źródło mojej frustracji znika, zupełnie zapominam o tych emocjach i sama sobie się dziwię, że tak się zdenerwowałam jakimś drobiazgiem :)

W każdym razie sytuacja została opanowana i mogłam już bez dalszego stresu poddać się dalszym badaniom. Tymczasem okazało się, że wszystko poszło dużo sprawniej niż się spodziewałam i już po czterdziestu pięciu minutach byłam wolna… Biłam się przez chwilę z myślami, co robić, po czym postanowiłam znaleźć jakieś przyjemne miejsce na słoneczku, usiąść sobie, wyciągnąć drugie śniadanie i skonsumować je przy lekturze książki, którą – jakże by inaczej – zabrałam ze sobą. Tak też zrobiłam, choć przez sporą część czasu musiałam zagłuszać wyrzuty sumienia, które kazały mi lecieć na przystanek, łapać pierwszy lepszy autobus i biec do domu, żeby odciążyć biednego Franka. Ale tak naprawdę najbardziej dokuczała mi świadomość, że nie powiedziałam prawdy – że nie zadzwoniłam od razu, żeby powiedzieć, że już po wszystkim, tylko bezczelnie poszłam delektować się wolnym czasem otrzymanym w gratisie ;) Przez kilka dobrych minut naprawdę żałowałam, że nie umiem kłamać, bo przecież to nawet kłamstwo nie było a ja miałam wrażenie, że wyrzuty sumienia zeżrą mnie od środka :) W końcu po godzinie zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się co i jak. Wszystko było w porządku. Wiking obudził się już po pół godzinie, ale grzecznie się bawił i był w dobrym nastroju. Ostatecznie wróciłam do domu tak, jak było to zaplanowane.

Wytrzymałam do wieczora, kiedy to przyznałam się Frankowi, że tak naprawdę nie przez cały czas byłam w przychodni lecz sporą jego część spędziłam na ławeczkach (kilka ich było :)) pogrążona w lekturze. Ku mojemu zaskoczeniu (chociaż właściwie racjonalna część mojej osobowości chyba to przewidywała) Franek tylko wzruszył ramionami i stwierdził – no i co? Nie miał mi tego za złe, nie uważał też, że go okłamałam. Powiedział też, że tak naprawdę wcale nie był zły, tylko po prostu miał już moment słabości, kiedy Wiking płakał, a on nie umiał sobie z tym poradzić i było mu zwyczajnie żal dziecka. Ale tak naprawdę to był fajny czas.
Efektem tych rozmów była obietnica. A może po prostu umowa? Umówiliśmy się po prostu z Frankiem, że mniej więcej raz na dwa tygodnie, kiedy będzie miał wolny dzień, ja będę miała wychodne. I to nie z jakichś praktycznych powodów typu lekarz, zakupy tudzież inna sprawa do załatwienia. Będę mogła sobie wyjść z domu żeby pospacerować, przejechać się na rowerze, czy poczytać książkę na parkowej ławce. Mniej więcej na dwie –trzy godziny. Tyle mi spokojnie wystarczy. Franek powiedział, że to nie jest dla niego żaden problem, że nie mogę siedzieć cały czas zamknięta w czterech ścianach (taktownie przemilczałam, że w gruncie rzeczy zazwyczaj tak nie jest, ale wiadomo o co chodzi…), a on sobie na pewno poradzi. I że musi sobie radzić, nawet w takich trudniejszych momentach jak wczorajszy incydent.
No to zobaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce, ale jestem pełna optymizmu. Zresztą jak przyjdzie co do czego, nie dam się zbyć ;)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Kalendarium Wikinga

Czy ja wspominałam, że Wiking po mamusi jest przekorny? Ano nie raz :P No i mamy potwierdzenie - uparł się i powiedział, że nie da nam tej satysfakcji i na dzisiejszym ważeniu nie będzie 6,5 kg. Jest 6495 g :D
Mam zagwozdkę jeśli chodzi o długość... Ten pomiar u takich dzieci w ogóle jest mało precyzyjny, a u nas to jeszcze było tak, że Wiking był mierzony w różnych przychodniach (choć zawsze w wyproście) plus pomiary, których dokonywaliśmy w domu. I nie wiem teraz czego się trzymać. Mi w domu wychodzi około 68cm. Tak też wypadałoby sądząc po tempie jego wzrostu, wg pomiaru w jednej z przychodni, do których już nie chodzimy. Ale w naszej przychodni wychodzi 64 cm (centymetr jest na stałe umocowany na przewijaku) - na własne oczy widziałam. Dwa miesiące temu wychodziło 62 i myślałam, że to błąd, ale może jednak nie. Więc w sumie to nie wiem, ile Wiking mierzy :) W każdym razie część ubranek ma w rozmiarze 62 a część 68. Może i rzeczywiście jest taki malutki :) Wcale mnie to nie martwi.
Pani doktor nie bardzo wie, co z nim zrobić, bo z jednej strony przybiera w normie, (a w ostatnim czasie nawet sporo, bo 400 gramów w 2 miesiące to dużo jak na niego)- z drugiej ledwo się mieści w siatce centylowej, bądź nawet z niej wypada... Ostatecznie, kiedy zobaczyła, że nie umie usiedzieć w miejscu i że ja też do potężnych nie należę, stwierdziła, że chyba taka jego uroda i na razie nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Obserwujemy po prostu. Będziemy chodzić co 4-6 tygodni do ważenia (to już moje postanowienie), bo ze szczepieniami mamy spokój na najbliższe pół roku.

A tymczasem Wiking żyje sobie już na tym świecie siedem miesięcy. Z perspektywy tego, czego nauczył się w tym okresie, było to bardzo długich siedem miesięcy. Czasami usiłuję sobie przypomnieć, kiedy Wikingowi udało się coś po raz pierwszy i bywa, że przychodzi mi to z trudem. Dlatego też postanowiłam zebrać w jedno te mniej lub bardziej przełomowe momenty w jego rozwoju - tak ku potomności ;) Żebym kiedyś mogła opowiedzieć o tym samemu Wikingowi lub zwyczajnie komuś, kto o to zapyta :) Zwłaszcza, że niektóre umiejętności Wikuś posiadł dość szybko - za miesiąc/dwa wszystko się wyrówna, ale teraz z pewnych rzeczy mogę być dumna i dlatego właśnie chciałabym to utrwalić :)

WAŻNE - miesiące i tygodnie, które podaję, są tymi, które się rozpoczęły. 
Kiedy się mówi o wieku tak małego dziecka, nietrudno o nieporozumienia, bo jedna osoba mówi o tym, że dziecko przewracało się na brzuszek mając trzy miesiące, a druga, że w czwartym miesiącu. Chodzi o to samo, a wydaje się, że drugie dziecko zaczęło później :) Więc jeśli ja piszę na przykład, że Wiking w 5 miesiącu (21 tygodniu) zaczyna pełzać, to znaczy, że miał wtedy skończone 4 miesiące (a 20 tygodni). To tak gwoli ścisłości :)

1. miesiąc życia
Wiking od samego początku był bardzo silny i niemal od początku mocno trzymał główkę! Prawdę mówiąc nie pamiętam, kiedy tej główki faktycznie nie trzymał, bo od pierwszych dni profilaktycznie ją jednak podtrzymywaliśmy, ale np. kiedy myliśmy mu pupę pod kranem albo kąpaliśmy go, to ze zdumieniem stwierdzaliśmy, że zadziera ją do góry :)
3. tydzień - trzyma główkę na zdjęciu - więc to już jakiś dowód :P
4. tydzień - po raz pierwszy naprawdę uważnie rozgląda się po pokoju, przygląda się "zabawkom" które mu narysowałam i wycięłam

2. miesiąc życia (skończony 1)
5. tydzień - Wiking reaguje na dźwięk grzechotki
6. tydzień - wodzi wzrokiem za zabawką, pojawia się coś na kształt pierwszego uśmiechu
7. tydzień - leżąc na brzuszku po raz pierwszy podnosi główkę i przekręca ją z prawej strony na lewą; dłonie nie są już zaciśnięte w piąstki, zaczynają chwytać
8. tydzień - wydaje z siebie pierwsze dźwięki (nie licząc płaczu rzecz jasna :P)

3. miesiąc życia (skończone 2)
9. tydzień - jesteśmy już pewni - to nie grymas, tylko uśmiech! w dodatku jako reakcja na konkretny bodziec :); Wiking podnosi się w leżeniu na brzuszku na przedramionach oraz przypadkowo przewraca się z brzuszka na plecy

4. miesiąc życia (skończone 3)
12. tydzień - niezgrabnie chwyta w rączkę podaną mu zabawkę w odpowiednim kształcie postawiony w pozycji pionowej np. na naszych kolanach, prostuje nóżki
13. tydzień - pierwszy głośny śmiech! od tej pory można już go do niego prowokować; zaczyna przyjmować pozycję do pełzania
17. tydzień - Wiking po raz pierwszy zupełnie samodzielnie przekręca się z pleców na brzuszek oraz wkłada zabawkę do buzi

5. miesiąc życia (skończone 4)
18. tydzień  - po raz pierwszy sam chwyta zabawkę, którą mu podajemy, lub która wisi w zasięgu jego wzroku; przewraca się z pleców na brzuszek i z powrotem na plecy, zdecydowanie krzyczy aaaa, eeeeee, podczas zabawy najczęściej słychać u,u,u,u
19. tydzień - staje się prawdziwym wiercipiętą! zwłaszcza w nocy - od tej pory we śnie przekręca się na brzuszek i nie chce spać w inny sposób, "wędruje" po łóżku; podnosi się na ramionach
20. tydzień - Wiking dostaje po raz pierwszy do zjedzenia pokarm z łyżeczki - najpierw kaszkę, później pierwsze warzywa;
21 tydzień. - zaczyna pełzać i przyjmować pozycję do raczkowania

6. miesiąc życia (skończone 5)
22. tydzień - chyba po raz pierwszy słyszymy z ust Wikinga dźwięk inny niż samogłoska, coś w rodzaju ebwuuuu, od tej pory ciągle tak buczy;
25. tydzień - Wiking swobodnie przemieszcza się, żeby dosięgnąć zabawki leżącej w oddali

7. miesiąc życia (skończone 6)
27. tydzień - odkrywa, że dzięki czołganiu się można się przemieszczać nie tylko po pokoju, ale i po całym mieszkaniu
28. tydzień - Wiking siada i siedzi samodzielnie!, tego samego dnia samodzielnie wstaje, chwytając się za szczebelki łóżeczka; od tego tygodnia swobodnie raczkuje i na wszystko próbuje się wspinać
29. tydzień - bez większego problemu wstaje przy wszystkich meblach lub przy ścianie
30. tydzień - nauczył się uginać nóżki przy upadaniu, dzięki czemu upada na pupę a nie na głowę :); wymachuje rączką, w której trzyma zabawkę, bądź "wali nią" o stolik na przykład :)

8. miesiąc życia (skończone 7)
31. tydzień - teraz już nie tylko ebwuuuu, ale również aba, awa, ała a nawet bababa i bała!, od czasu do czasu mruczy jak mały samochodzik 
32. tydzień - mam już pewność, że Wiking zauważa, ze wychodzę z pokoju, zagląda za mną i głośno się śmieje, gdy wracam, teraz można się już z nim w ten sposób bawić :)


To na razie tyle :) Będę uzupełniać. Żałuję, że nie wpadłam na pomysł, żeby sobie na bieżąco te postępy notować. Teraz musiałam się trochę do tego przyłożyć - czytałam archiwum, przeglądałam zdjęcia i filmiki, kojarzyłam fakty i zdarzenia, żeby jak najbardziej precyzyjnie określić co kiedy miało miejsce. Kiedy tak się nad tym wszystkim zastanawiałam, to musiałam obiektywnie stwierdzić, że zdecydowanie bardziej skupiałam się na ruchu i postępach w tym kierunku. Jakoś mniej na rozwoju mowy. Tylko kilka momentów pamiętam dokładnie, takich najbardziej znamiennych. Może to dlatego, że ruch łatwiej zauważyć, a może dlatego, że na tym bardziej mi zależało, choć jak tak o tym teraz myślę, to przecież też mi zależy, żeby się z młodym szybko dogadać ;)