*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 1 listopada 2015

Nieistniejące historie.

Tak, jak obiecałam, dzisiaj o tym, co mi się w tej głowie wykluło, kiedy tak rozmyślałam o tym przypadkowym spotkaniu z Marcinem :) Dodam jeszcze, że cała ta sytuacja zbiegła się z tym, że przeczytałam ostatnio pewną książkę, której tytuł podam na końcu i to tylko spotęgowało moje refleksje. 
Wygląda na to, że mam ostatnio bardzo nostalgiczno-refleksyjny czas :) Ale jak przeglądam swoje stare notki, to widzę, że raz na jakiś czas mnie dopada coś takiego :) Generalnie rzecz biorąc to nawet lubię ten stan :) Dzisiaj co prawda dzień skłaniający do refleksji na inny temat, ale o tym, że lubię Wszystkich Świętych pisałam już wielokrotnie, dzisiaj więc będzie inaczej. 
Co ciekawe, kiedy dziewięć lat temu mieszkałam w Hiszpanii, 1 listopada nie był tam dniem tak szczególnym. Za to oczywiście dzień wcześniej odbyła się impreza z okazji Halooween. Muszę przyznać, że świetnie się wtedy bawiłam (choć bynajmniej nie dlatego, że to akurat taka a nie inna okazja była :)), wróciłam nad ranem. Niestety obudziłam się z raczej bolącą głową :) I tak się zdarzyło, że właśnie wtedy na portalu społecznościowym odezwał się do mnie Marcin i zapytał co słychać :) Można więc powiedzieć, że ta notka akurat dziś, to nie do końca taki przypadek ;)

Kiedy tak rozmawiałam z tym Marcinem i myślałam o tym, że ja już zapomniałam, jaki z niego fajny chłopak zawsze był :) I pogadać można było, i pożartować, i wsparciem posłużył. Jeśli chodzi o naukę, to nie był prymusem, ale jakoś zawsze miałam wrażenie, że oceny zupełnie nie oddają tego, jak bardzo jest inteligentny. Nie poszedł na studia, zaczął pracę w tych swoich śrubkach i kabelkach (wiedziałam, że zawsze miał do tego dryg ;)). Okazało się, że nadrabia teraz, bo postanowił teraz zaserwować sobie tytuł magistra. Szczerze podziwiam, że mu się chce :P
W każdym razie, od paru lat tak było, że jeśli z jakiegoś powodu w mojej głowie pojawiała się myśl o Marcinie, to nie potrafiłam również uniknąć tej myśli, co by było gdybym mu wtedy kosza nie dała. Zastanawiam się nawet czasami, czy dobrze zrobiłam. Albo nad tym, czy gdyby to jego wyznanie pojawiło się trochę później - nie wiem rok, dwa, to czy odpowiedziałabym coś innego.

I nie chodzi mi o to, że mnie jest teraz źle w życiu. Nawet pomimo tego, że doskwiera mi to i owo, tak naprawdę nie zamieniłabym go na żadne inne, niczego raczej nie żałuję. Nie zawsze układa mi się we wszystkich dziedzinach rewelacyjnie, ale przecież z kolei był czas, kiedy czułam się absolutnie spełniona i liczę na to, że mimo wszystko to jeszcze wróci (a nawet w takich okresach zdarzało mi się o Marcinie w taki sposób pomyśleć). Więc to nie jest takie gdybanie na zasadzie żalu za straconą okazją. Ja tak tego nie rozpatruję.
Ale są dwa przypadki - jedyne dwa przypadki, kiedy zastanawiam się, czy było możliwe, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, że moim życiowym partnerem byłby ktoś inny niż Franek. Co ciekawe, żaden z tych dwóch przypadków nie był moją miłością. O dwóch chłopakach, z którymi byłam w związku i do których naprawdę coś czułam, i po których długo leczyłam złamane serce, nigdy nie myślę w ten sposób. A o Marcinie tak, bo jest właśnie jednym z tych dwóch przypadków... O drugim może kiedyś jeszcze napiszę. 

Myślę sobie, że te myśli przychodzą mi do głowy, dlatego, że to były historie nieistniejące. Gdyby z Marcinem łączyło mnie cokolwiek więcej niż swego rodzaju przyjaźń oraz zauroczenie, pewnie bym o tym teraz nie myślała, bo wiedziałabym, że były powody, dla których nam nie wyszło. A tymczasem sytuacja jest taka, że ewentualna miłość nie miała tutaj żadnej szansy się rozwinąć :)
Rozmyślam o tym również dlatego, że wiem, że to w dużej mierze moja wina, bo to ja nie dałam jej szansy. Stąd pytania w mojej głowie, czy gdyby to wszystko wydarzyło się trochę później, postąpiłabym inaczej. Rzecz w tym, że kiedyś byłam chyba niepoprawną romantyczką, kierowałam się zawsze sercem. Dopiero później zrobiłam się bardziej racjonalna. A tak racjonalnie rzecz ujmując, taki Marcin byłby bardzo dobrym materiałem na męża. Chyba. 
No właśnie - bo tak naprawdę przecież wcale tego nie wiem. Wiem, że świetnie nam się razem rozmawiało, że dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, że mogłam na Marcina liczyć wtedy, kiedy wcale nie musiał być obok mnie. Wiem, że jest inteligentny i że świetnie radzi sobie z młotkiem i śrubokrętem. Ale przecież to nie wszystko. Wcale nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek by coś między nami naprawdę zaiskrzyło (albo przynajmniej z mojej strony, bo poza tym smsem nigdy nie miałam okazji porozmawiać z Marcinem na temat tego, co on właściwie czuł i na ile poważne z jego strony to było) i czy to nie byłby ostatecznie związek z rozsądku i bez miłości... Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem, bo nigdy nie poznamy tego, co nam się nie zdarzyło.

Niemniej jednak wiem, że Franka znałam raptem parę godzin zanim zdecydowałam się na to, żeby z nim być. Nie wiedziałam o nim praktycznie nic, ale wystarczyło to, że była między nami chemia. W tym wyborze też nie byłam wcale racjonalna, postanowiłam po prostu poczekać, co się wydarzy. A wydarzyło się tyle, że doprowadziło nas to do tego, że jesteśmy po ślubie, mamy dziecko i mieszkamy w Warszawie. Absolutnie nieprzewidywalny rozwój wypadków dla mnie sprzed lat. Franek jest ze mną, jest rzeczywisty, nie zastanawiam się za wiele nad tym, jak do tego doszło (chyba mam to już za sobą :)). Wręcz nie wyobrażam sobie, że miałoby go nie być - ani nie chciałabym, żeby go nie było.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że mimo wszystko miałam swoje, bardzo ważne powody, dla których podjęłam wtedy taką decyzję, która z kolei oczywiście zaważyła na moim dalszym życiu.Odrzucając Marcina dokonałam pewnego wyboru i wtedy wiedziałam, że jest on dobry. I dzisiaj też tak myślę - wiem, że ja po prostu nic do niego nie czułam. Pomimo tych refleksji, które są tematem tej notki, nie mam do siebie żalu i nie myślę o tym, że powinnam była, ani nawet, że mogłam postąpić inaczej... To, że mimo wszystko się nad tym zastanawiam wynika chyba tylko z tego, że ja po prostu tak bardzo tego Marcina lubiłam i szkoda mi trochę tego, że kontakt nam się urwał :)
Lubię się czasami pozastanawiać nad tym, jak by to było, gdyby to on był na miejscu Franka. I prawdę mówiąc nie umiem sobie tego wyobrazić :) 

Ta notka nie ma drugiego dna, bo jakże mogłabym chcieć zamienić moje obecne życie z mężem, którego kocham, na ewentualne życie z fajnym chłopakiem, którego być może, aczkolwiek niekoniecznie bym pokochała :) Wiem, że tak po prostu miało być, bo z jakiegoś powodu, to właśnie Franka wybrałam. Z jakiegoś powodu nie chciałam nawet próbować być z Marcinem. I tak sobie teraz myślę... Jeśli jest we mnie jakiś rodzaj żalu, to nie o to, że nic między nami nigdy nie było, a o to, że ja do niego nigdy nic nie czułam (umówmy się, bieganie siedmiolatki za rówieśnikiem po to, żeby cmoknąć go w policzek, to jeszcze nie uczucie :D). Takie wyrzucanie sobie - taki fajny chłopak, a Ty nic, serce z kamienia! :P Może jednak? Może trzeba było to sprawdzić...?
Nie, myślę, że nie trzeba było, bo znając siebie, wiem, że miłość by nie przyszła (u mnie zawsze albo była chemia od początku, albo nie było jej wcale ). I może tylko stworzyłabym niepotrzebnie jakąś historię. A tak pozostaje ona cały czas nieistniejąca...

Nigdy nie poznamy tego, co się nam nie zdarzyło, a całe życie pełne jest nieistniejących historii*. Skąd się w ogóle we mnie biorą tego rodzaju przemyślenia? Przede wszystkim dlatego, że taką mam naturę i lubię sobie czasami pogdybać, a także lubię się pochylić nad jakimiś wydarzeniami z przeszłości i rozkładać je na czynniki pierwsze. Lubię rozmyślać nad nieistniejącymi historiami. Ale również dlatego, że tylko jedno życie jest możliwe, drugie trzeba sobie wyobrazić. I ja czasami lubię to robić, choć średnio mi to wychodzi (a i tak zawsze wychodzi, że to pierwsze życie jest lepsze :)), powiedzmy, że dla rozrywki ;))

*zdania pogrubione w tekście są luźnym cytatem z książki Anity Shreve Druga Miłość. Opowiada ona historię kilku osób w średnim wieku, które spotykają się po dwudziestu kilku latach i zastanawiają się nad straconymi okazjami oraz tym, jak im się życie ułożyło lub jak mogło się ułożyć. Ci to dopiero mają dylematy :) Moje refleksje na temat Marcina to pikuś :)

piątek, 30 października 2015

Z cyklu "faceci mojego życia": Marcin-kolega :)*

"Marcin-kolega", bo kiedyś w tym cyklu pisałam już o innym Marcinie, więc żeby się nie pomyliło... :)
Wspominałam ostatnio, że podczas spaceru w Miasteczku spotkałam takiego duszka przeszłości... Dlaczego nie ducha? Bo to takie sympatyczne spotkanie było, a z osobą tą wiążą się raczej tylko miłe wspomnienia :) Ale zawsze kiedy o niej myślę, to do głowy przychodzi mi cała masa refleksji i rozważań, co by było gdyby.

Spotkałam Marcina - mojego kolegę z klasy ze szkoły podstawowej. Z Marcinem to było tak, że od razu w pierwszej klasie małej margolce wpadł w oko (oj tak, ja byłam bardzo kochliwa, zawsze musiałam mieć jakiś obiekt westchnień, a pierwszego narzeczonego miałam w przedszkolu, o!). Przez chwilę uganiałam się za nim, żeby dać mu buzi w policzek. I tak nam mijały przerwy, ja go goniłam, a on uciekał i mieliśmy uciechę :) Oj tak, pamiętam, że Marcin był moją fantazją w tamtym czasie :)) Wysyłałam mu walentynki i zawsze chciałam być obok niego. On oczywiście o tym wiedział i przyjmował moje zaloty z pokorą :D Nie wyśmiewał się ani nic z tych rzeczy, ale też nie sprawiał wrażenia zainteresowanego. Pewnie jeszcze nie dojrzał do poważnego związku wtedy :P

Prawdę mówiąc nie wiem nawet kiedy mi przeszło. To znaczy kiedy mi przeszło to zakochanie (choć myślę, że jakbym poczytała swój pamiętnik z tamtego czasu, to bym wiedziała), bo Marcin moim bardzo dobrym kolegą został już do końca podstawówki. Mieliśmy swoją paczkę, do której oboje należeliśmy i zawsze trzymaliśmy się razem. Marcin po prostu zawsze był obok :) Była z niego złota rączka, więc nigdy nie zapomnę, jak na ZPT robiliśmy jakiś schemat z kabelkami i połączeniami elektrycznymi i trzeba było zrobić tak, żeby żaróweczki świeciły (do dziś to dla mnie czarna magia) i Marcin mi to zrobił, bo ja kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Podziwiałam go, że on tak wie co z czym trzeba połączyć - przecież mieliśmy raptem 12 lat. Z kolei gdy mieliśmy 13, też na ZPT mieliśmy gotowanie i pamiętam, że wraz z Marcinem i jeszcze dwiema osobami byliśmy w grupie, w której robiliśmy obiad - zrobiliśmy mielone z ziemniakami i surówką :) Pamiętam również jakieś wycieczki, zabawy, rozmowy na przerwach - zawsze z Marcinem, (mam nawet zdjęcia, które to dokumentują). I kilkoma innymi osobami oczywiście, ale chodzi o to, że nie było okresu, żebyśmy się przestali kolegować. Nawet na komersie (tak się u nas nazywał "bal" na zakończenie podstawówki) siedzieliśmy przy stoliku razem i nieoficjalnie poszliśmy tam jako para. W sensie nie para zakochanych, tylko jako osoby sobie towarzyszące :)

Później nasze drogi się rozeszły, bo poszliśmy do innych szkół średnich, ale spotykaliśmy się od czasu do czasu. Organizowaliśmy jakieś spotkania w większej grupie na przykład. To był też czas kiedy miałam różne perypetie sercowe z powodu jednego chłopaka (zresztą pisałam tu parę razy o Krzyśku). Przechodziłam też przez swego rodzaju bunt - ale nie przeciw rodzicom, tylko raczej właśnie z powodu złamanego serca. Różne rzeczy wyprawiałam i jak tam patrzę na to z perspektywy czasu, to dziwię się, że Marcin jakoś zawsze był obok mnie w taki dyskretny sposób. Na przykład byłam na jakiejś imprezie i o mało nie zrobiłam jakiejś głupoty. Nie pamiętam nawet co to było, ale pamiętam, że byłam o włos, ale wtedy właśnie Marcin wziął mnie za rękę i wyciągnął z tamtej dyskoteki. Był dla mnie niczym anioł stróż - zawsze pojawiał się wtedy, kiedy trzeba było odprowadzić mnie do domu, dopilnować, żebym nie zrobiła niczego głupiego... Nawet kiedy raz Roki mi uciekł (jak był jeszcze małym szczeniakiem) i pobiegłam za nim przerażona, że się zgubił, przyprowadził go kto? No Marcin oczywiście...
Później mieliśmy jakieś dwa lata przerwy i spotkaliśmy się znowu na jakimś spotkaniu klasowym w okrojonym składzie. Poszliśmy na piwo i wtedy znowu przyszedł mi do głowy jakiś głupi pomysł (ja miałam wiecznie głupie pomysły, naprawdę :P) i znowu to Marcin wybił mi go z głowy. A właściwie nawet nie wybił - właśnie na tym to polegało, że on po prostu jakoś tak to robił, że ja o tym pomyśle zapominałam :)) Od tamtej pory zaczęliśmy się trochę częściej spotykać nawet tylko we dwójkę. Jakiś film na komputerze, oglądanie akwarium (Marcin miał rybki), wyjście do wspólnego kolegi - jakoś tak wyszło, że spędzaliśmy razem czas. Dobrze się czułam w jego towarzystwie.
A potem nagle, ni stąd ni zowąd dostałam od niego smsa, w którym wyznawał, że jest we mnie zakochany i chyba zawsze był, odkąd pamięta. Zdębiałam zupełnie i nie wiedziałam co powiedzieć.  O tym już kiedyś tu na blogu pisałam, więc odsyłam Was do tej notki, w której piszę jeszcze o kartkach walentynkowych, których nadawcę dopiero po latach odkryłam :) W każdym razie zgodnie z prawdą napisałam, że nie pozbierałam się jeszcze po zerwaniu z chłopakiem, który był dla mnie bardzo ważny i trudno mi myśleć o kolejnym związku. Rzeczywiście tak było. Niestety trochę nam się ta znajomość posypała, jak to zwykle w takich wypadkach bywa. Marcin się nie obraził ani nic z tych rzeczy, ale przez chwilę nasze relacje się siłą rzeczy ochłodziły. Jakby nie było zraniłam jego dumę, a i ja sama nie chciałam się z nim spotykać tak, jak do tej pory, bo czułam się niezręcznie traktując go tylko jako bardzo dobrego kolegę. Później wymienialiśmy się jeszcze ciepłymi smsami, więc wiedziałam, że jest ok. Ale kontakt urwał nam się na dobre, kiedy wyjechałam na studia. Od tamtej pory tylko raz na jakiś czas wysłaliśmy sobie znajomość na jakimś portalu społecznościowym. Potem on zaczął pracować w tej samej firmie co moja mama, więc od czasu do czasu przekazywała mi pozdrowienia od niego. Wiedziałam, że związał się w końcu z pewną dziewczyną z Miasteczka.
Ostatni raz rozmawiałam z nim chyba osiem lat temu. Przyjechałam kiedyś na weekend z Poznania i szłam z dworca kolejowego, on jechał samochodem, zatrzymał się i odwiózł mnie do domu. Przez jakiś czas rozmawialiśmy jeszcze w samochodzie...
A potem nie rozmawialiśmy aż do ubiegłego tygodnia. Marcin zawołał mnie a w jego głosie słychać było autentyczną radość z tego spotkania. Ja też się ucieszyłam :) Bardzo. Nie mogliśmy się nagadać. Ja z Wikingiem w wózku, on właśnie był w ferworze przedślubnych przygotowań, bowiem nazajutrz właśnie brał ślub :) Poruszyliśmy chyba wszystkie możliwe tematy, a moglibyśmy jeszcze tak długo, niestety musieliśmy się rozstać i każde z nas musiało wrócić do swojego życia.

Marcin zapewne szybko o tym spotkaniu zapomniał, bo jego myśli zaprzątały ważniejsze sprawy i najpiękniejszy dzień w jego życiu :) Wiecie, że przyszło mi nawet do głowy, żeby przejść się na ślub, ale za późno o tym pomyślałam i nie miałam niestety nic odpowiedniego do ubrania przy sobie (brali ślub w kościele w Przymieście, a ja wtedy tam byłam przecież i wujkowi sprzedałam Wikusia). I niech sobie teraz żyją długo i szczęśliwie, naprawdę życzę Marcinowi szczęścia :) 
Niemniej jednak przyznaję, że we mnie to spotkanie poruszyło jakąś sentymentalną nutę. Zaczęłam wspominać, kojarzyć pewne fakty, analizować różne sytuacje. To skłoniło mnie do snucia wspomnianych wcześniej refleksji pod tytułem "co by było gdyby..." :) Nic strasznego, żadne tam myśli rewolucyjne, ot, po prostu przy okazji takich spotkań tego rodzaju myśli same mi do głowy przychodzą :) Ale podzielę się już z Wami nimi jak tylko Wiking znowu pójdzie spać, bo teraz muszę już kończyć :)