*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 4 listopada 2015

Są takie dni.

Są takie dni, kiedy nie pamiętam o tym, że jeszcze dwa tygodnie temu nie mogłam iść do łazienki bez kompana. Albo choćby bez płaczliwego akompaniamentu :) Kiedy nie myślę o tym, że wieczorne zasypianie może być loterią - i udać się w przeciągu minuty, a innym razem nici z blogowania, bo dziecko ani myśli spać, tylko woli bawić się piłeczką. Są dni, gdy nieistotne jest, że Wikuś jęczy, marudzi i domaga się noszenia. Oraz takie, kiedy w niepamięć idą pierwsze tygodnie i miesiące, gdy moje łzy były na porządku dziennym. Kiedy nieważne jest, że nie potrafiłam się odnaleźć w nowej sytuacji, że nie wiedziałam co robić z płaczącym dzieckiem. Albo nawet niepłaczącym, ale nieskorym do jakichkolwiek zabaw, z racji tego, że nie miało pojęcia, co się wokół niego dzieje.

Są takie dni, kiedy bombarduję Wikinga swoją miłością. Rzucam się na niego z pocałunkami i przytulankami. A on odwzajemnia się tym samym i ślini mi policzki i nos, głaszcze po twarzy, kładzie się na moich kolanach, obejmuje moje nogi, napiera z całej siły główką na mój brzuch. Albo nawet całym swoim ciałkiem. Są takie dni, gdy rozpływam się patrząc na mojego małego synka, oglądającego w skupieniu klocek albo stukającego zapamiętale plastikowym młotkiem w plastikowe pianinko. Kiedy rozczula mnie widok Wikinga jedzącego kawałek gruszki albo analizującego z powagą jakiś paproszek na podłodze. Gdy zachwycam się jego sprytem, kiedy kładzie się na podłodze i szuka pod fotelem piłeczki, która mu tam uciekła lub kiedy pamięta o tym, że przy schodzeniu z wersalki najpierw trzeba spuścić nóżki. Są takie dni, kiedy z ogromną czułością całuję jego karczek i pulchniutkie policzki. Kiedy śmiejemy się razem z niczego - on się śmieje, bo ja się śmieję, a ja się śmieję, bo śmieje się on. To dni, kiedy przytulam go do piersi, i przyglądam się jego dużym oczom i małemu noskowi. Dni, kiedy masuję stópki leżącego obok mnie Wikusia a on zasypia uspokojony moim dotykiem. 
Są takie dni, kiedy w całości zanurzona w miłości do tego małego człowieczka myślę sobie, że zaczynam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I takie, gdy odkrywam, czym jest radość z macierzyństwa, a co więcej, mam wrażenie, że od początku to wiedziałam. Kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że nawet ja potrafię stracić głowę dla swojego dziecka, choć zawsze obawiałam się, czy będę wiedziała, jak się kocha taką małą istotę. 
 Są takie dni... I jest ich więcej, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać. 

Pomyślałam więc sobie - dlaczego by o tym nie napisać? :)

wtorek, 3 listopada 2015

Listopadowe plany.

Trzeci tydzień już siedzimy w Miasteczku i jest nam tu bardzo wygodnie :) Pisałam wcześniej, że na pewno zostaniemy przynajmniej na dwa, nie wiedziałam, kiedy wrócimy, bo wiele zależało od grafiku Franka na listopad, którego wcześniej nie znaliśmy. Nie wiedzieliśmy więc, czy będzie mógł po nas przyjechać w ten weekend.
Okazało się, że nie może - ani w następny też nie. Teraz miał wolną tylko niedzielę, w następny weekend pracuje. No ale nie będziemy już jednak przesadzać i w najbliższą sobotę wujek nas zawiezie do Podwarszawia. Teoretycznie moglibyśmy tu jeszcze zostać, ale z różnych względów postanowiłam jednak wrócić. I tak będzie mi wystarczająco trudno po tych trzech tygodniach :) Ale tak poza tym, to potem Franek ma urlop i mamy tym razem inne plany niż przyjazd do Miasteczka.
Wobec tego nie będzie tak źle ;) W niedzielę jeszcze zostanie ze mną przez pół dnia wujek, potem wróci Franek. Następnie będę musiała sobie jakoś ogarnąć dwa dni, a od środy 11 listopada, Franek rozpocznie dwutygodniowy urlop. 
Pojedziemy do Poznania. Pewnie tam spędzimy bardzo intenstywne towarzysko dni :) Już teraz lekko licząc będziemy chcieli spotkać się przynajmniej z sześcioma osobami/parami :) A będzie na to niecały tydzień, bo na pewno na kolejną środę będę chciała już być z powrotem, żeby Wikuś mógł wreszcie pójść na zajęcia :) Zresztą raczej nie ma co dłużej w Poznaniu siedzieć, bo tam po prostu jest niewygodnie na takim małym metrażu z Wikingiem. Inna sprawa, że przy okazji ostatnich wizyt Franek szybko tracił cierpliwość do swojej mamy :P Ale może teraz będzie inaczej. 
W każdym razie i tak chcemy wrócić, bo podczas drugiej części frankowego urlopu będziemy próbowali wdrażać pewne plany w życie i musimy być w związku z tym w Podwarszawie. Może jeszcze potem gdzieś sobie wyskoczymy na dwa lub trzy dni, a jeśli nie, to będziemy sobie robić wycieczki, ale to wszystko wyjdzie w praniu. Zobaczymy - najważniejsze, żeby udało nam się ruszyć z miejsca jeśli chodzi o pewne przedsięwzięcia.
Urlop Franek ma mieć do 25go, potem chyba idzie tylko jeden albo dwa dni do pracy i znowu ma dwa wolne dni :P A później już się zacznie grudzień i grafiku jeszcze nie mamy, ale już w okolicach dwudziestego znowu będziemy razem, bo Franek wykorzysta swój urlop ojcowski. Pojedziemy na święta do Miasteczka a potem do Poznania. 
Po Nowym Roku wrócimy do Podwarszawia i.. Cóż, będzie nas czekała nowa rzeczywistość, choć na razie nie mamy pojęcia jaka ona będzie. Na ten moment pewne jest tylko to, że od ósmego stycznia Państwo przestanie mi płacić za "nicnierobienie" jakim jest pełnoetatowa opieka nad absorbującym maluchem i będę się bardzo niekomfortowo czuła jako osoba prawdziwie bezrobotna. Mam nadzieję, że jednak rok 2016 będzie miał dla nas jakąś miłą niespodziankę i nie potrwa to długo...

Niemniej jednak, ostatnie dwa miesiące tego roku zapowiadają się całkiem obiecująco, więc staram się jeszcze nie martwić na zapas, choć oczywiście coraz bardziej się on kurczy :) Ale ciii, są momenty w życiu, kiedy trzeba po prostu poczekać, nie myśleć i zbierać siły na później. Teraz jest ten czas.
Pomyślałam sobie też ostatnio, że kto wie, czy ostatnie półtora miesiąca przed moim przyjazdem do Miasteczka nie były również ostatnimi typowymi na moim urlopie macierzyńskim. Czas pokaże, ale jeśli tak, to przyznaję, że się nie zdążyłam nimi nacieszyć, bo o tym nie pomyślałam :) Teraz też niby jestem z Wikingiem sama przez większość czasu, ale w Miasteczku, więc jest trochę inaczej. Potem będziemy przez długi czas z Frankiem i może jeszcze tylko w grudniu będzie tak, jak wcześniej, chociaż oczywiście na pewno już tak jak wcześniej nie będzie, bo Wiking lubi sobie zmieniać swoje rytuały, a każdy dłuższy wyjazd powoduje małe przemeblowania i w konsekwencji zmiany w rutynie dnia codziennego.
Nie narzekam jednak. Na razie cieszę się ostatnimi dniami, jakie przyszło nam tu spędzić. Bardzo możliwe, że już więcej taki czas nie nadejdzie, kiedy sobie będę mogła trzy tygodnie bezkarnie posiedzieć w Miasteczku :)