*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

czwartek, 7 stycznia 2016

Sto lat, Dzieciaku!



Kochany Wiktosiu!
Patrzę dziś na Ciebie i nie mogę uwierzyć, że minął rok, odkąd po raz pierwszy Cię zobaczyliśmy. Z jednej strony, trudno uwierzyć mi w to, że to maleństwo, które mi podano rok temu o 19:45, to jesteś Ty – ten sam, który teraz chodzi, niemal biega, po całym mieszkaniu, który śmieje się do rozpuku chowając się za zasłoną albo który potrafi głośno okazywać swoją złość, gdy coś idzie nie po jego myśli. Z drugiej jednak strony, trudno mi uwierzyć w to, że to dopiero rok, bo mam wrażenie, jakby to wszystko, co działo się przed Twoimi narodzinami, działo się w jakimś zupełnie innym, odległym o lata świetlne życiu. Tak bardzo wpasowałeś się już w życie naszej małej rodziny, że trudno mi sobie czasami przypomnieć, jak to było bez Ciebie.
Za to bardzo dokładnie pamiętam moment, kiedy pojawiłeś się na tym świecie. Czekaliśmy na niego prawie całą dobę, a ta konkretna chwila była krótka, jak mgnienie oka. Nagle się pojawiłeś, a ja byłam zaskoczona, a jednocześnie szczęśliwa, że to już. Nie jestem pewna, co wtedy powiedziałam, ani co zrobiłam, ale Twój tata mówi, że jeszcze nigdy mnie takiej nie widział i że to było coś niezwykłego, ta radość, którą zareagowałam na Twój widok. Nie jestem pewna, czy płakałeś, ale jeśli tak, to bardzo krótko… Pamiętam, że od razu zostałeś położony na moim brzuchu i leżeliśmy tak przez ponad dwie godziny. Nie spałeś. Zaglądałam w Twoją maleńką buźkę, a Ty patrzyłeś na mnie i na tatę. Ciekawe, co sobie wtedy myślałeś :)
Pierwsza noc z Tobą była niesamowita, bo na granicy jawy i snu. Byłam wykończona i zasnęłam niemal od razu, ale przebudzałam się kilka razy i wtedy dziwiłam się temu, że Ty już jesteś i leżysz w łóżeczku tuż obok. Prawie nie spałeś, bo ile razy na Ciebie spojrzałam, leżałeś z szeroko otwartymi oczami. Mówią, że poród jest mistycznym przeżyciem. Ja tak nie twierdzę, ale jeśli w tym całym procesie zawiera się jakiś mistycyzm, to ja doszukiwałabym się go właśnie w tych kilku godzinach po Twoim urodzeniu i w pierwszej wspólnej nocy.

Wiktorku, wiele się przez ten rok nauczyłeś, zrobiłeś niesamowite postępy i bardzo się zmieniłeś. Ale nie wiem, czy przypadkiem ja nie zmieniłam się nawet bardziej… Też się wiele nauczyłam – od Ciebie. Sprawiłeś, że poznałam siebie trochę lepiej. Przede wszystkim, dowiedziałam się, że jednak potrafię kochać takie maleństwo. Od pierwszej chwili byłeś dla mnie bardzo ważny, wiedziałam, że jestem za Ciebie odpowiedzialna i że chcę dla Ciebie wszystkiego, co najlepsze. Ale najpiękniejsze przyszło później, kiedy już kochałam Cię bardziej świadomie. Z każdym dniem odczuwam to bardziej. Codziennie dajesz nam dużo radości i rozczulasz nas swoim zachowaniem lub spojrzeniem.

Z okazji tych pierwszych urodzin, chciałabym życzyć Ci, żebyś zawsze w życiu był tak szczęśliwy, jak wtedy, kiedy uda Ci się wdrapać na wersalkę przy której stoi stół z laptopem! :) Mam nadzieję, że w swoim życiu będziesz tak samo wytrwały i konsekwentny w dążeniu do celów, jak teraz, kiedy każdego dnia próbujesz osiągnąć coś, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemożliwe do zdobycia. I oby sukcesy smakowały tak samo. Życzę Ci, żebyś był otaczany przez kochających Cię ludzi, którzy będą chcieli dla Ciebie jak najlepiej, ale którzy jednocześnie nie zepsują Cię, tylko nauczą Cię, jak radzić sobie również wtedy, kiedy nie wszystko dzieje się tak, jak byś chciał. Mam nadzieję, że na nas będziesz mógł liczyć w tej kwestii. Najczęściej słyszymy o Tobie od osób postronnych, że jesteś pogodny i bystry – skoro powtarza to tyle osób, niezależnie od siebie, coś w tym musi być. Życzę Ci więc, aby tak już pozostało. Niech pogoda ducha towarzyszy Ci codziennie, aby żadne trudne momenty nie były Ci straszne. A bystrość umysły niech pomaga Ci w pokonywaniu kolejnych życiowych etapów i w dążeniu do osiągnięcia spełnienia.
To są życzenia bardzo długofalowe, na wszystko jeszcze masz czas, ale chcę, żebyś wiedział, że już teraz myślę o tym, żeby wiodło Ci się zawsze jak najlepiej.
Dziś Twoje pierwsze urodziny. Rozwijaj się pięknie i chowaj zdrowo. Bądź naszą radością i pociechą w każdej chwili. Chcę, żebyś pamiętał, wiedział i przede wszystkim czuł, że jesteś dla nas bardzo ważny, że jesteś przez nas kochany i że jesteś nieodłączną częścią naszej rodziny.
Sto lat, kochany synku!