*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 9 lipca 2009

Ale o co chodzi?

Nie rozumiem tego całego zamieszania wokół koncertu Madonny. Dla mnie to jakaś paranoja. Nosz naprawdę chyba sezon ogórkowy się zaczął, to i politycy, którzy na wakacje nie wyjechali nie mają czego się czepiać.
Fanka Madonny ze mnie żadna. Ot, znam jej piosenki, bo chyba się nie uchował taki, co by nie znał. Niektóre mi się podobają, inne nie. Na koncert zamiaru iść nie miałam. Ani też nie miałam nic przeciwko temu, żeby się takowy odbył. Nie czaję, co jest nie tak z piętnastym sierpnia? Ja rozumiem, jakby tak chciała wystąpić w Środę Popielcową. Albo Wielki Piątek. To są jednak dni, które polskiemu społeczeństwu kojarzą się z umartwianiem się, zadumą, pokutą. Ale 15 VIII? Toż jakie to ascetyczne święto? Obraza Matki Boskiej? No, ale jaka obraza? Przecież koncert nie odbywa się w kościele. Jestem wierząca i to nawet praktykująca regularnie, ale nie oburza mnie to. Przecież jak ktoś będzie chciał to i do kościoła zdąży przed koncertem, a co złego w tym, że sobie pójdzie potem poskakać na koncercie idolki? Ja nie rozumiem w jaki sposób koncert ten obraża MOJE uczucia religijne? Ok, może i Madonna jest artystką prowokującą, ale jest taka zawsze, czy to piętnastego sierpnia, czy pierwszego grudnia… Poza tym, jeśli ktoś się czuje urażony, to po prostu na ten koncert nie idzie. Nikt mu nie każe iść. No to dlaczego innym się zabrania? No to zostawmy to ich sumieniu. I dlaczego na przykład osoba niewierząca miałaby zrezygnować z koncertu? Wniosek z tego taki, że pewnie data koncertu akurat posłużyła przeciwnikom gwiazdy jako pretekst do rozpętania burzy medialnej. Będą teraz dyskutować, przekonywać, kłócić się… No i oczywiście modlić się w intencji odwołania koncertu.
Współczuję wszystkim fanom Madonny, którzy na pewno bardzo długo i niecierpliwie czekali na to wydarzenie. A teraz się robi na nich jakąś nagonkę. Niejeden ksiądz z ambony takiego fana (przysłowiowego) Kowalskiego wyzwie, a to może być dla niego szansa, żeby po prostu spełnić swoje marzenie…

wtorek, 7 lipca 2009

Zagadka

Przeczytałam ostatnio taką typowo babską książkę z serii „Literatura w spódnicy”. Takie mało wymagające czytadełko. Opowiada o lasce, z którą po dwóch latach związku zerwał  facet.  No i oczywiście bohaterka za wszelką cenę stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. Najlepiej nowym facetem. A jednocześnie cały czas wierzy, ze tamten jednak ją kocha i wróci. Skądś to znamy? Typowe, co? :) W każdym razie, dziewczyna umówiła się na kilka randek.Ale nic z nich nie wynikło. Raz koleś nie odpowiadał jej wizualnie i do tego trochę przynudzał. Innym razem niby wszystko ok a jednak czegoś brakowało… I w trakcie czytania pomyślałam sobie, że to bardzo prawdziwe.
Ja to już dawno nie byłam singielką :) a poza tym między jednym a drugim związkiem przerwę miałam tylko półroczną, ale pamiętam trochę jak to jest. Poza tym mam mnóstwo koleżanek bez facetów. I widzę jak jest. A jest dokładnie tak jak w książce.Potencjalnych partnerów wcale nie brakuje. Poszłam na imprezę i już poznałam trzech. Przez Internet kilku następnych. Tu jakiś znajomy koleżanki, kuzyn kolegi… Okazji niby mnóstwo. Parę spotkań. I nic. Nie klei się. No i na czym polega właściwie ta miłość? Od czego zależy to, że chłopak fajny, wizualnie nam odpowiada, szarmancki, inteligentny, ale jakoś chęci nie mamy, żeby traktować go inaczej niż jako dobrego kolegę… A z kolei innego prawie nie znamy, a wystarczy, ze raz spojrzymy w jego oczy i wpadłyśmy jak śliwka w kompot…
Przynajmniej u mnie zawsze tak było. Nigdy nie było tak, że spotykałam się z chłopakiem, rozmawiałam z nim i potem od słowa do słowa zostawaliśmy parą.Przeważnie było tak, że poznaliśmy się, zwykle spędziliśmy trochę czasu razem –i to nawet nie sami, tylko w gronie znajomych, a następnego dnia już byliśmy razem… Szybko? Może, ale potem byliśmy ze sobą bardzo długo, więc po co odwlekać to, co nieuniknione.
Ja wierzę, że zadziałało to „coś”. Oczywiście nikt nie wie co to jest.Może chemia po prostu, jak to się często mówi. Może feromony. Zagadkowa sprawa.Nie wiem co sprawia, że akurat z Frankiem jest mi dobrze. Co sprawiło, że podwóch latach mijania się obojętnie na osiedlu nagle spotkaliśmy się ipoczuliśmy, że to jest to? Przecież nie chodziło tylko o to, że oboje jesteśmywolni. Tak naprawdę nikt nie pomyślałby, że moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę,że będziemy do siebie pasować. A jednak.  Może to prawda z tymi połówkami jabłka. Ale ta teoria mnie jednak nie do końca przekonuje, bo wierzę, że można kochać tak samo szczerze kilka razy w życiu. Może ta miłość jest inna, ale tak samo szczera. Chyba najbardziej przemawia do mnie teoria magnetyzmu serc. I podobnie jak Fredro wierzę w bliźniacze dusze (ale nie w miłość od pierwszego wejrzenia). Musi istnieć coś takiego, co sprawia, że między dwiema osobami zaczyna iskrzyć. Co wywołuje motyle w brzuchu i miękkie kolana. A później, powoduje, że nawet bez tych motyli chce się spędzić z tą drugą osobą życie. Przecież zwykle to nie rozsądek o tym decyduje. W ogóle myślę, że gdyby rozum się zaczął za dużo wtrącać, nie byłoby połowy związków.  No chyba, że ktoś mi racjonalnie wytłumaczy o co chodzi w miłości, wtedy rozumowi zwracam honor :)