*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Andrzejki 2005, czyli Margolka czaruje

Mieliśmy w tym roku z Mietkiem i Mietkową iść na Andrzejki. Ale umawialiśmy się dawno i od tamtej pory dużo się zmieniło. Ostatecznie sobotniemu wyjściu nie sprzyjała nasza sytuacja finansowa i nastroje. Ale nie ubolewam nad tym. Szczerze, to po prostu nie chciało mi się wychodzić. Ani robić powtórki z zeszłorocznych Andrzejek :P Ale zebrało mi się na wspominki.
Najlepsze Andrzejki na jakich kiedykolwiek byłam miały miejsce cztery lata temu. Spotkałyśmy się wtedy z dziewczynami z mojej ówczesnej grupy na studiach i było po prostu genialnie. To były takie prawdziwe Andrzejki z wróżeniem i czarowaniem :)) Zaczęły się już z samego rana, kiedy to z Pitufiną i Alą jeździłyśmy po całym mieście w poszukiwaniu akcesoriów potrzebnych na wieczorne czarowanie. Nie było problemem zakupienie iluśtam centymetrów czerwonej i zielonej wstążeczki. Żadnych kłopotów nie miałyśmy też z winem, orzechami, świeczkami czy nawet małymi różyczkami. Dało nawet radę pozbierać kilka gałązek wierzbowych. Ale wyobraźcie sobie, że przez pół dnia poszukiwałyśmy obłego kamienia. A właściwie czterech :) Dla każdej po jednym. Taki właśnie obły kamień był niezbędny do jednego z hokus-pokusów jakie odprawiałyśmy. W końcu znalazłyśmy takowe gdzieś nad rzeką. Do dziś nie zapomnę bólu skostniałych rąk, kiedy brodziłyśmy przy rzeczce. Bo listopad 2005 nie był taki łągodniutki jak tegoroczny i przymrozki były całkiem konkretne.
Kiedy już miałyśmy cały ten niezbędnik czarownic wzięłyśmy się za szykowanie sabatu. Wiecie kanapki, chipsy i te sprawy. No i winko. Tu się pojawił pierwszy problem, bo korkociągu na stanie nie było. Zaczęły się więc pielgrzymki po sąsiadach. Bo jakoś przy pierwszym winie nie wpadłyśmy na to, żeby otworzyć od razu pozostałe butelki :) Dzięki temu przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się kto mieszka dookoła :)
Zaczęłyśmy zwyczajnie – od dużego serca i wbijania w nie szpilek, żeby poznać imię naszego przyszłego męża. Trochę śmiechu przy tym było, jako że Ala pisała chyba z dwudziestu Rafałów,bo takowy jej się akurat podobał a Pitufina tyleż samo Łukaszów. No i mi się ten nieszczęsny Łukasz trafił, ale że żadnego Łukasza wtedy nie znałam, zaszachraiłam trochę i obwieściłam wszem i wobec, że ukłułam Szymona, z którym w owym czasie kręciłam ;)
Potem było już bardziej magicznie. Zaklinałyśmy los. Te obłe kamyki miały nam posłużyć jako talizmany, ale najpierw trzeba było je zaczarować.
Zapaliłyśmy czerwone świeczki na cztery strony świata a pomiędzy nimi na kierunkach południowo-wschodnich itd zielone. Każda z nas po kolei wchodziła do koła i trzymała w jednej ręce ten kamień, drugą natomiast miała zapalać po kolei każdą ze świec i zjadając orzecha włoskiego zamoczonego w czerwonym winie, wypowiedzieć życzenie… Życzeń miało być osiem. W tle płynęła nastrojowa muzyka. Nigdy nie zapomnę tego magicznego klimatu. I powiem Wam, że czasami mam wrażenie, że naprawdę od tamtego wieczoru wiele w moim życiu zmieniło się na lepsze. Choć nie wiem czy to kwestia czarów czy po prostu podejścia :), ale mój obły kamień mam do dziś.
Później zaczęła się prawdziwa zabawa, tańce, hulanki swawole. Byłyśmy już pod wpływem procentów, więc było naprawdę wesoło. A około północy przyszedł czas na kolejne czary. Tym razem musiałyśmy poświęcić nasze włosy, bo każda z nas wiązała pukiel swoich kudłów wstążeczką do kwiatu róży. Później poszłyśmy nad Wartę. Połowę róży trzeba było wrzucić za siebie wypowiadając zaklęcie. Nie pamiętam jakie – coś tam o Wenus na pewno było ;) Drugą połowę zakopałyśmy w ziemi, (tak jak pamiętnego kaktusa :)) a muszę Wam powiedzieć, że to nie lada wyczyn, bo ziemia była zamarznięta :)
Potem wróciłyśmy do domu i zabrałyśmy się za ostatnie czarowanie. Tym razem splatałyśmy wstążeczkę z gałązkami wierzbowymi a następnie trzeba było to przyczepić do świczki, na której wyryte było imię ukochanego. Wcale to nie było łatwe i dobre pół godziny się z tym mocowałyśmy ;) Ela wymiękła. A potem najlepsze - z zapalonymi świeczkami wyszłyśmy na balkon i znowu wypowiadając jakieś życzenia i zaklęcia zwracałyśmy się z nimi w stronę księżyca. To musiał być przekomiczny widok o trzeciej w nocy :P A wierzcie mi, ze parę osób nas widziało. Imprezę zwieńczyłyśmy tradycyjnym laniem wosku.
Po wszystkim odprowadziłyśmy Alę a po drodze każdego napotkanego chłopaka pytałyśmy o imię, bo a nóż, któryś był nam przeznaczony ;) Ale jakoś dziwnie trafiałyśmy na samych Bonifacych, Maurycych i Ksawerych. Hmm, czyżby ktoś sobie z nas jaja robił ?:) W każdym razie Ala się ewakuowała a my wróciłyśmy z powrotem do mnie, gdzie padłyśmy jak kawki.
Na drugi dzień oczom naszym ukazał się najprawdziwszy krajobraz po burzy. Pokój autentycznie wyglądał jak po przejściu huraganu – na samym środku dwie miski z wodą i woskiem. Dookoła pełno liści, gałęzi i płatków róż (które to Dorota znajdowała jeszcze przez jakiś czas w swoim łóźku;)). Na stole poprzewracane kubeczki, rozlane winko a na talerzach resztki chipsów w zastygniętym wosku. Tego się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć :) Ale szkód nie było.
Andrzejki okupiłyśmy lekkim kacem i przeziębieniem, które za pewne było skutkiem brodzenia w rzece, nocnych eskapad, tudzież wystawania na balkonie i wycia do księżyca. Trochę trzeba było się wykosztować na te wszystkie akcesoria a z Pitufiną umówiłysmy się, że nigdy się nie przyznamy ile zapłaciłyśmy za 20 cm czerwonej wstążki w jakiejś ekskluzywnej kwiaciarni ;) Ale wspomnienia z imprezy – bezcenne. Do dziś wspominamy tamte Andrzejki z sentymentem jako najlepsze w historii. Taki wieczór się już nie powtórzy. Ale za to wczoraj były u mnie Dorota i Evita i chociaż Andrzeja dopiero dzisiaj już wczoraj zajęłyśmy się wróżeniem i laniem wosku, lub jak to mi się powiedziało ”waniem losku” ;)

czwartek, 26 listopada 2009

Muszę się nauczyć…

…samotności. Brzmi strasznie. Ale tak, muszę się jej nauczyć.
Nie mówię o tej samotności bolesnej, której nikt nie lubi i nie chciałby doświadczyć. Kiedy nie ma do kogo ust otworzyć i wydaje nam się, że jesteśmy sami na świecie. Takiej samotności nie chciałabym się ani nauczyć ani nawet nigdy doświadczyć.
Nie chodzi mi też o taką samotność, której każdy człowiek czasami potrzebuje. Musi zostać sam na sam ze swoimi myślami. Ja też czasem mam taką potrzebę. Kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami lubiłam wracać ze szkoły do domu, w którym jeszcze nikogo nie było i zająć się swoimi sprawami. Potem wracała mama i zaczynał się codzienny kierat – sprzątanie, odrabianie lekcji, drobne kłótnie… A po szkole miałam czas na swoje sekrety. Kiedy zamieszkałam z dziewczynami także czasami odczuwałam ulgę, kiedy klucz w zamku przekręcił się dwa razy a nie raz, bo wtedy wiedziałam, że nikogo nie ma. Mogłam obejrzeć sobie jakieś głupoty w telewizji, pogadać przez telefon. Posiedzieć w samotności. Tak. Potrzebowałam czasami takiej samotności. Ale ona była chwilowym luksusem, bez którego mogłam się też obejść.
A teraz muszę nauczyć się samotności, która towarzyszy każdemu codziennie, choć może nawet jest nie zauważalna. Ale ja ją dostrzegam, bo mi doskwiera. A wiem, że im dalej w dorosłość, tym będzie jej więcej. Już teraz jest mi trudno, kiedy mieszkam tylko z Elą, która większość dnia spędza zamknięta w swoim pokoju – no taki już ma styl życia. Albo kiedy w ogóle jej nie ma, bo ona przeważnie przyjeżdża na tydzień/dwa a potem następne dwa lub trzy jej nie ma. A ja jestem sama. Wracam z pracy do pustego mieszkania i zasypiam w samotności (już i tak jest lepiej, bo pewnie pamiętacie, że to był mój największy problem po wyprowadzce Doroty :)). Nie lubię być sama, nie potrafię. Zawsze to wiedziałam, ale najbardziej uzmysłowiłam to sobie w ostatnich dniach, kiedy rozmyślałam, jak może wyglądać moje życie bez Franka. Ale nawet pomijając jego, czasami są sytuacje, kiedy jest się samemu. Trzeba sobie w samotności radzić z mniejszymi i większymi problemami. Mama też mi uświadomiła (znowu mama, ale sobie ostatnimi poczytacie o jej mądrościach :P), że w życiu różnie bywa i nie można tak rozpaczać jak przez jakiś czas się jest samemu. Wiem o tym. I naprawdę muszę się tego nauczyć. Do tej pory uciekałam od tego jak mogłam. Zawsze starałam się załatwić sobie  towarzystwo. Ale muszę to zmienić.
Ostatnio w całej tej sprawie z Frankiem trzymałam się całkiem nieźle. Pewnie, było mi smutno i nie wiedziałam co robić. Ale ogólnie się nie posypałam. Aż do momentu kiedy w niedzielę wieczorem wróciłam do Poznania. Zaczęłam się łamać. Nie mogłam znieść tej samotności. Nie mogłam spać… Ale przecież, tu przytoczę mądrość mamy Franka – nie będę zawsze uciekać do mamy kiedy będę miała jakiś problem. Jakby nie było, 400 km w obie strony to trochę za daleko, żeby obrócić w jeden dzień.
Nie może tak być, że jestem uzależniona od obecności innej osoby. Muszę czasami sobie radzić sama. Lubię siebie i swoje towarzystwo, więc nie wiem w czym tkwi problem, że zawsze potrzebuję jeszcze kogoś. Po prostu zawsze wtedy przychodzą mi do głowy głupie myśli. Nawet jeśli będę mogła w każdej chwili do kogoś zadzwonić i porozmawiać, to fizycznie będę sama. A tego nie potrafię znieść, co jest bardzo niedobre. Muszę to zmienić, bo inaczej kiedyś normalnie zwariuję  :)albo wpadnę w depresję.
Tak więc zaczynam odwyk. Od ludzi. Od jutra nie wychodzę z domu :P A tak na serio, już przedsięwzięłam pewne kroki w kierunku zmiany tego mojego defektu :) Na razie mi wychodzi. Następnym razem zdradzę w czym rzecz. A teraz mówię wszystkim ładnie: dobranoc.