*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 12 stycznia 2010

Odmieniony

Ktoś mi w tych górach Franka podmienił. Ale nie narzekam, bo ten egzemplarz mi się bardziej podoba :) Wiedziałam, że to rozstanie nam dobrze zrobi. Ja też trochę zmieniłam swoje podejście do niego i do naszego związku. A Franek? Przyjechał „odmieniony’ – jak sam stwierdził. Powiedział, że miał tam dużo czasu na myślenie. Ale nie chce mi zdradzić, co sobie wymyślił poza tym, że jestem dla niego ważna.
W sobotę przyjechał po mnie na zajęcia. Potem spędziliśmy razem całe popołudnie i jeszcze mi się do domu wprosił na wieczór i na noc. Potem jeszcze na dwie kolejne, dopiero dzisiaj się go pozbyłam ;) Niech się nie przyzwyczaja, okres próbny się jeszcze nie skończył :) Strasznie miły jest, przytula, mówi czułe słówka – to zupełnie niepodobne do niego. A najdziwniejsze jest to, że nie wpada w gniew w sytuacjach, w których bym się tego po nim spodziewała. Nie wiem, może ma dobre dni ;) Strasznie jest uczynny, pomaga mi we wszystkim, nawet nieproszony, a poza tym parę razy pozwoliłam go sobie perfidnie przetestować, żeby sprawdzić jak bardzo będzie cierpliwy i o dziwo szybciej mi się znudziło niż jemu ;)
A tak serio, to cieszę się, że się tak zachowuje, bo powoli powraca ten dawny Franek – ten sprzed jesieni jeszcze. I mam nadzieję, że nie zapeszę tą dzisiejszą notką, bo zawsze jak go pochwalę, to coś się potem dzieje ;) Oby nie tym razem. W każdym razie na chwilę obecną układa się dobrze i mam nadzieję, że tak będzie nadal. Chociaż nie powiem – jeszcze jestem nieufna, ale to chyba zrozumiałe. Zobaczymy jak to się dalej ułoży.
Ktokolwiek zabrał tamtego Franka, może go sobie zatrzymać, ja wolę obecnego :) Fajny jest.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jaka pyszna sanna ;)

Jestem naprawdę nieprzyzwyczajona do tego, że nie muszę siedzieć nad magisterką. Nawet kiedy miałam ją już napisaną, to siadałam, żeby coś tam dopisać, zmienić, poprawić. A w sobotę oddałam poprawione wersje i z powrotem dostałam zakończenie, w którym było tylko kilka błędów, w tym żadnych merytorycznych – tylko jakieś przecinki, apostrofy i takie tam. Od razu poprawiłam i odesłałam całość mailem. No i nie mam nad czym pracować, czekam na zwrot – dopiero za dwa tygodnie prawdopodobnie. Dziwnie mi ;))
Ale najśmieszniejsze jest to, że nie mam tytułu pracy :P Cały czas mam tylko „tentative title”, czyli coś na zasadzie roboczego. Trochę niezgrabnie brzmi po angielsku i nie podoba się ani mnie ani promotorowi :) Mam nadzieję, że do obrony na coś wpadnę :)
Ale skoro już zostałam obdarzona tą większą dawką wolnego czasu, postanowiłam to wykorzystać. Miałam wczoraj niedzielę z prawdziwego zdarzenia – nie pamiętam kiedy ostatni raz tak sobie leniuchowałam :) Aktywnie leniuchowałam, dodam.
Takiej zimy w Poznaniu to ja nie widziałam odkąd tu mieszkam, czyli od prawie sześciu lat. Ale to nic, bo Franek mieszka tu dwadześcia sześć lat i też nie pamięta :) Pamiętam jak kiedyś na weekendy jeździłam do domu i przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy tak w połowie drogi zauważałam śnieg leżący na polach a potem kiedy przyjeżdżałam do całkowicie białego Miasteczka. Albo jak robiłam zdjęcia komórką, żeby Frankowi prawdziwą zimę pokazać :P W Poznaniu śnieg właściwie nie leżał, przynajmniej nie w częściach miasta, po których ja się poruszałam. Mrozy owszem, zdarzały się, ale zima w Poznaniu przeważnie była szara bura i mokra :) A tu nagle w tym roku śnieg. No to trzeba było to wykorzystać. Otóż wybraliśmy się na sanki :P
Mało brakowało a Franek by się wykręcił, ale przekonałam go tym, że zdążyłam już powiedzieć Dorocie, że się wybieramy a ona tylko przyklasnęła. Nie miał już nic do gadania. Co prawda okazało się, że sanki nie mają linki, ale Dorota przyniosła coś a’la skakankę i po problemie. I tak oto trzy stare konie (jak to moja mama określiła) wybrały się na górki nad Wartą. Zabawa była genialna. Przewróciliśmy się chyba ze sto razy :) Królował w tym Franek, bo po prostu ma za długie kończyny, szkoda że nie widziałyście jak fruwały mu w powietrzu :) Dorota najadła się śniegu. Za to ja kilka razy zjechałam sobie na brzuchu (bez sanek :P) po zboczu górki. Włożyłam buty, których nie szkoda mi było zniszczyć. Nie przewidziałam tylko tego, że są tak śliskie, że nie będę mogla wejść z powrotem :)Robiłam jeden krok do przodu po czym zjeżdżałam z powrotem na brzuchu i kolanach. Franek z Dorotą ryczeli ze śmiechu. Dorota chciała mi podać rękę, ale skończyło się tym, że i ona zjechała na dół :) Ostatecznie nie pozostało mi nic innego jak włazić na czworakach.
Słuchajcie, dawno się tak dobrze nie bawiłam. Było mnóstwo frajdy, śmiechu, a przy okazji i spaliśliśmy trochę kalorii, bo nieźle się namęczyliśmy przy bieganiu tam i z powrotem. Żałuję, ze nie mieliśy aparatu. Wróciliśmy przemoczeni i szczęśliwi :) Trochę się tylko boję, czy nie przeziębiłam pęcherza, ale nawet jeśli to było warto ;)
Wieczorem natomiast jeszcze wyskoczyliśmy na miasto zobaczyć „światełko do nieba”.  Przemarzliśmy wczoraj równo :) Ale to takie zdrowe przemarznięcie było (no ok, czy zdrowe, to się pewnie dopiero okaże;)) i przyznać muszę, że warto było skorzystać z tych uroków zimy ;) No dobra, to już sobie na sankach pojeździłam, poślizgałam się a teraz zimo możesz sobie iść :) Ale słyszałam, że coś Ci się nie spieszy…