*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 28 maja 2010

O nie mojej (jeszcze?) rodzinie…

Jak już wspominałam ostatnio, wydaje się, że dla Franka pozytywna reakcja jego rodziców była swego rodzaju katalizatorem. Planował rozmowę z nimi i czekał na odpowiednią okazję. A to oni wykazali się inicjatywą i w zasadzie można powiedzieć, że to, co się dzieje ostatnio jest ich zasługą.

Do rozmowy doszło przypadkiem, i to w mojej obecności – rozmawialiśmy o tym, że… u siebie w mieszkaniu nie mam kanału TVP2 :) A skończyło się na dyskusjach o kredycie mieszkaniowym. Dowiedzieliśmy się, że Franka rodzice już dawno rozmawiali o naszej przyszłości i zastanawiali się jakie mamy plany, ale czekali na ruch z naszej strony i na naszą deklarację. Franka obawy okazały się bezpodstawne, bo jego rodzice nam bardzo kibicują i w razie potrzeby są gotowi nam pomóc. Jak wiecie, program pomocowy zaczęli wdrażać już następnego dnia, bo znaleźli nam mieszkanie na wynajem na niesamowicie korzystnych warunkach. 

Bardzo mi się podoba, że oni niczego nie narzucają. W trakcie rozmowy padła również propozycja, że w razie czego na jakiś czas mogłabym zamieszkać u nich, ale od razu powiedziałam, że sobie tego nie wyobrażam, bo nie czułabym się u siebie, nie miałabym swojego kąta a przede wszystkim zbyt długo już mieszkam sama… Zrozumieli bez problemu i nie zarzucili mi niewdzięczności. Nawet dodali od siebie, że młodzi muszą mieszkać sami… Kiedy znaleźli to mieszkanie, spotkali się ze mną i powiedzieli, że to ja mam zadecydować, czy chcę tam mieszkać z Frankiem – oni nie szukali mieszkania dla swojego syna, ale podkreślili, że jeśli chcę się jeszcze zastanowić, mogę zamieszkać tam na razie sama (co bardzo oburzyło Franka ;)) i nawet dodali, że w razie gdyby wspólne mieszkanie nam nie wyszło, to on ma do czego wracać, a ja sobie tam mogę zostać. To daje mi duży komfort psychiczny, że nie uzależniają mnie od siebie.

Pojechali razem z nami oglądać mieszkanie. Byli pełni entuzjazmu, ale jednocześnie dostrzegali moje obawy. Pani Mama (czyt. mama Franka ;)) w pewnym momencie przytuliła mnie i powiedziała, żebym się nie martwiła, bo na pewno się przyzwyczaję – że poukładam sobie tam wszystko po swojemu i że jak będę chciała, to mam do niej zadzwonić i ona się wybierze ze mną na jakieś zakupy „wyposażeniowe”. Pan Tata obiecał Frankowi pomoc w „męskich” robotach. Są bardzo życzliwi i jednocześnie dyskretni w swojej pomocy.
Ulica na którym będziemy teraz mieszkać sąsiaduje z ulicą, na której mieszka ciocia i wujek Franka oraz jego kuzynostwo. Poszliśmy więc po oględzinach do nich z wizytą. Wszyscy mnie tam bardzo wspierali. Pani Ciocia wzięła mnie na rozmowę. Powiedziała, że rozumie wszystkie moje obawy i wie, że ja jestem wrażliwa i dlatego tak to przeżywam. Bardzo mnie wspierała, a potem zawołała Panią Mamę, nalała nam wina domowej roboty i powiedziała, że za chwilę wszystko będzie lepiej wyglądało. Normalnie nas spiła :P Nie wiem czy to wino, czy może wszystkie miłe słowa, które usłyszałam od rodziny Franka miały takie działanie, w każdym razie naprawdę zrobiło mi się lepiej :)

O rodzinie Franka mogłabym pisać bardzo wiele i pewnie jeszcze nie raz napiszę. Naprawdę zasługują na to, żeby poświęcić im trochę uwagi, bo są dla mnie zawsze bardzo życzliwi, podkreślają, że bardzo mnie lubią (Pani Ciocia wręcz uwielbia ;)) i traktują mnie już od dawna jak członka swojej rodziny. Wychowałam się w przekonaniu, że rodzina jest najważniejsza i jest wartością samą w sobie. Bardzo cieszę się, że tak samo został wychowany Franek.

środa, 26 maja 2010

Dylematy wcale nie małolaty :)

Sporo pisałam o tym, że moje dylematy dotyczyły nie tylko sfery moralnej. No i tak rzeczywiście jest… 
W pierwszym momencie, kiedy usłyszałam o tym mieszkaniu, bardzo się ucieszyłam. Ale po chwili zaczęłam rozmyślać i… bardzo się przestraszyłam.
Mimo, że od czasu do czasu potrzebuję większych zmian w swoim życiu, to generalnie za bardzo ich nie lubię. Jestem typem osoby, która lubi, jak się dużo dzieje, ale przede wszystkim ceni sobie stabilizację. Ostatecznie potrafię się do tych zmian przekonać, ale na początku zawsze się narozmyślam i wyleję mnóstwo łez.

Najbardziej szkoda mi lokalizacji :) Są osoby, które podczas studiów co roku zmieniają mieszkanie. Ja i Dorota znalazłyśmy mieszkanie dla siebie pierwszego dnia poszukiwań i zostałyśmy tam przez pięć lat (ja sześć) – było blisko do centrum i na nasze uczelnie, kilka sklepów, pasaż handlowy, basen, fitness, kilka linii tramwajowych, park – no idealnie wręcz. Na tym osiedlu właśnie poznałam Franka, a od prawie roku Dorota mieszka tylko dwa bloki dalej, więc nadal spotykamy się regularnie. A tu klops… Mam to nagle zmieniać? 
Nowe mieszkanie też jest blisko centrum, ale jakoś tak.. dziko :) W pierwszej chwili miałam argument, że będę miała dalej do pracy i gorszy dojazd, ale moja teoria została obalona :) Okazało się, że tam, gdzie dojeżdżam samochodem będę miała jeszcze bliżej. A do tej drugiej pracy mogę dojeżdżać na trzy sposoby – czasowo wychodzi tak samo, tylko dwa są z przesiadką. Ale gdybym tak jechała autobusem, to przystanek mam pod domem i wysiadam jedno skrzyżowanie przed miejscem pracy… Tylko Franek będzie miał dalej, ale jemu to nie przeszkadza. 

No tak, ale teraz do Doroty i Juski będę już miała tramwajem aż dziesięć minut :( Dobrze, że chociaż przystanek jest bezpośrednio spod ich blokiem. Ale to nie to samo – już nie będę mogła wstąpić po drodze, nie będziemy tak często chodzić razem na aerobik albo do sklepu, nie będzie wspólnego oglądanie „Na Wspólnej” i You can dance i nie będzie raczej picia szampana wieczorami, bo zawsze będę musiała pomyśleć o powrocie do domu… Chyba, że Franek będzie jeździł do swoich kolegów, ja do dziewczyn a potem razem będziemy wracać :) No cóż… ja wiem, że trzeba odciąć tę pępowinę między mną i dziewczynami…ale… Ehhh…
No i do parku będę miała trochę dalej. Ok, tam jest drugi, ale do tego już się przyzwyczaiłam :) No i mogłabym tak wymieniać i wymieniać…

Bardzo możliwe że, to są tylko wymówki. Bo głównym problemem jest to, że żal mi życia studenckiego! Co prawda od kiedy pracuję, to już nie jest takie typowo studenckie życie, ale odkąd skończyłam 19 lat jestem samodzielna i niezależna (od czterech lat również finansowo). Dla wielu osób zamieszkanie z ukochaną osobą oznacza możliwość wyfrunięcia z domu rodzinnego, spod opieki rodziców i pozwala na usamodzielnienie się. U mnie jest trochę tak, że z domu wyfrunęłam już dawno, a teraz z zupełnie niezależności będę musiała trochę zrezygnować – teraz już będziemy razem o wszystkim decydować i będę musiała się liczyć z Frankiem. 
Oczywiście, że musiałam się liczyć z moimi współlokatorkami, ale: 
nie musiałam im się spowiadać z tego, dokąd wychodzę i kiedy wrócę (z przyzwoitości i tak zwykle to robiłam, ale jeśli na przykład przyszłam trzy godziny później, nie musiałam się z tego tłumaczyć). 
Robiłam co chciałam i jeśli nie chciałam, nie musiałam nikogo w swoich planach uwzględniać. 
Mogłam myśleć tylko o sobie – nie jadam kolacji, to i nigdy nie było u mnie wieczorem nic do jedzenia :), byłam głodna – szłam do sklepu, nie chciało mi się robić obiadu – jadłam makaron z jajkiem albo kalafiora. 
Nie byłam za nikogo odpowiedzialna, nie musiałam się o nikogo troszczyć. Wiem, że to egoistyczna postawa i przyznaję, że nie zawsze taka pożądana, często już wcale nie chciałam być taka niezależna. Ale w momencie, kiedy wiem, że taka niezależność już nie wróci, nagle zaczyna mi się robić jej szkoda :) No słuchajcie, jak ja teraz mam iść na imprezę i bawić się do ósmej rano, kiedy wiem, że w domu Franek na mnie czeka? :) 

Po prostu wiem, że kończy się jakiś etap w moim życiu. Wiem, że prędzej, czy później trzeba dorosnąć i prawdopodobnie nadszedł ten czas na mnie. Jestem rozdarta – z jednej strony bardzo się cieszę, bo pragnęłam takich zmian. Z drugiej strony przeraża mnie to. Jakiś czas temu marzyłam sobie, jak będę urządzać wnętrze naszego wspólnego mieszkania (choćby nawet nie własnego), opowiadałam o tym Frankowi… Teraz przeraża mnie to, że muszę się zdecydować, czy w oknach chcę żaluzje, rolety, czy może zasłonki i to jeszcze podjąć decyzję dotyczącą ich koloru. Prawie płaczę, bo nie podoba mi się dywan w dużym pokoju i trzeba będzie go zmienić, a Franek głaszcze mnie tylko po głowie (na razie :P potem może straci cierpliwość ;)) i przypomina, że przecież to było moim marzeniem, żebyśmy razem sprzątali i wyposażali wspólny kąt.
Ja wiem, że większość z Was zupełnie inaczej podeszłaby do tych spraw. Wręcz euforycznie. A ja chyba jestem typowym stoikiem, który żeby osiągnąć szczęście musi zachować powagę i równowagę duchową. (Tylko wściekam się zupełnie nie po stoicku :P) Cieszę się tak bardziej w środku… Na zewnątrz analizuję. Moje zachowanie na pewno wydaje Wam się dziwne, ale ja chyba po prostu mam bardzo niezależną osobowość i dlatego tak mi żal dotychczasowego życia. Ale z drugiej strony myślę, że każdy czasami odczuwa taki żal – kiedy kończy się szkołę, studia, zmienia się pracę, mieszkanie – najczęściej człowiek cieszy się z tego, że czeka go coś nowego i nie może się doczekać, ale z drugiej strony czuje sentyment do tego, co się kończy i jest mu żal tego rozdziału w życiu.
Mnie się wydaje, że jeszcze przyjdzie czas na to, żebym mogła cieszyć się na całego z nowej sytuacji. Może teraz jest dla mnie czas na opłakanie tego, co odchodzi i oswojenie się z nowym.