*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Z Margolkowej szuflady III.

Dokładnie jedenaście lat temu oddałam po raz pierwszy moje serce… A zaczęło się trzy dni wcześniej… Odkopałam swoje dawne zapiski i niniejszym wyrywkowo je tu zamieszczę. Śmiać się można, ale proszę zachować jednak wyrozumiałość, gdyż pisaninka miała miejsce, gdy nie miałam jeszcze nawet piętnastu lat :) Do mentalnej dojrzałości jeszcze mi sporo brakowało ;)) czwartek, 6 stycznia 2000
Znalazłam sobie nowy obiekt westchnień! Jest to ktoś, kto mi się podoba, ale nie myślę o  nim na poważnie, ale nie lubię nie mieć do kogo wzdychać! A ten ktoś to Krzysiek. Wiem, że nigdy o nim nie wspominałam, ale to właśnie dlatego, że nie myślałam o nim na poważnie. Mieszka na tym samym podwórku co Marta i kiedyś jak z nią siedziałam to do nas podszedł i zaczął ze mną gadać, chociaż się nie znaliśmy. A jakiś rok temu byłam w kawiarence z Beatą i Anką i grałyśmy w karty a on z kolegą do nas dołączyli i usiadł koło mnie. I wydawało mi się, że mnie podrywa. Przystojny jest, ale zawsze podobał mi się ktoś inny. Ale dzisiaj…
Poszłam z Anką do kościoła. Usiadłyśmy na chórze, a on siedział naprzeciwko. Zerkałam na niego czasami, ale nie widziałam, żeby się na mnie patrzył, tylko czasami „ale to na pewno dlatego, że siedzę naprzeciwko niego – gdzie niby ma się patrzeć?” – myślałam sobie. A kiedy było „przekażcie sobie znak pokoju”, to na mnie patrzył, no to skinęłam głową i przekazałam mu ten znak pokoju. On mi też i zaczęłam się śmiać, a on do mnie. Potem do końca mszy się do siebie śmialiśmy. Dzisiaj wieczorem kręciłam się trochę pod jego oknami, ale go nie było. A poza tym powiedziałam Olce, żeby się tak dyskretnie wypytała swojego chłopaka o Krzyśka, bo oni mieszkają w tej samej klatce i się kolegują.

niedziela, 9 stycznia 2000
Dzisiaj był VIII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Byłam wolontariuszką i zbierałam pieniądze do puszki. Było naprawdę fajnie, tylko miałam trochę zły humor. Kasę zbierałam z Anką – ona też  była wolontariuszką. Łaziłyśmy po Miasteczku od 9:00, wkurzałam się trochę z tego powodu, że nie widziałam nigdzie Krzyśka, a była już 19:00. (…) Spotkałyśmy Kubę, szlajałyśmy się trochę z nim i było fajnie (na mieści były różne atrakcje), ale Anka musiała iść do domu, Kuba też, więc zostałam sama. Spotkałam Agatę i Monikę. Agacie podoba się Krecik, więc jak go zobaczyłyśmy, to stanęłyśmy niedaleko, a tu patrzę, idzie Krzysiek  z kolegą! Pociągnęłam dziewczyny za nimi. Na początku szłyśmy wolno, bo Agata nie chciała oddalać się od Krecika, ale potem przyspieszyłyśmy i wyprzedziłyśmy chłopaków. Jak się mijaliśmy, to powiedzieliśmy sobie z Krzyśkiem „cześć”. Szłyśmy przed nimi, aż w pewnym momencie wydawało mi się, że chłopaki nas wołają. Odwróciłam się i powiedziałam do Krzyśka

- Wydawało mi się, czy coś do nas mówiłeś?
- No, pytałem się, czy macie jeszcze serduszka?
- Oddałam już swoją puszkę do sztabu razem z serduszkami. Mam tylko swoje.
- To oddaj mi.
- Ok, jeśli chcesz używane…” – odkleiłam serduszko ze swojej kurtki i przykleiłam jemu. A on na to:
- O, właśnie poczułem, jak zaczęło bić.
Zrobiło mi się głupio i chyba byłam czerwona (dobrze, że było ciemno), więc szybko pociągnęłam dziewczyny i poszłyśmy na rynek. Krzyśka już do końca wieczoru nie widziałam. O 20:00 wróciłam do domu, bo muszę uczyć się do kartkówki z chemii, ale nie mam głowy do tego, cały czas myślę o Krzyśku… Zobaczymy co z tego będzie (i z chemią i z Krzyśkiem…)

Z kartkówki z chemii dostałam w końcu piątkę, natomiast ta chemia między nami  rozkręciła się na całego :) Pamiętacie może moje zapiski z roku 1996 (i tu)? I Marcina (i tu:)? Kiedy kończyłam o nim opowieść, napisałam, że nie był on moją pierwszą miłością i wspomniałam też wtedy o Krzyśku. Bo to właśnie Krzysiek był moją pierwszą prawdziwą miłością i był dla mnie najważniejszą osobą przez spory kawałek mojego nastoletniego życia. To z nim przeżyłam pierwszy pocałunek, od niego usłyszałam pierwsze wyznania miłości, to on był chłopakiem, z którym po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji intymnej. I to przez niego po raz pierwszy miałam złamane serce… To o nim nie mogłam zapomnieć przez kilka ładnych lat.
A wszystko zaczęło się dokładnie 9 stycznia 2000 roku..

czwartek, 6 stycznia 2011

O oczekiwaniach i nadziejach.

Rok temu czułam, że rok 2010 będzie dobry. Byłam pełna nadziei i optymizmu. Poza tym wiedziałam, że szykuje się parę przełomowych wydarzeń. Wszystko się sprawdziło. Rok był udany i aż żal mi, że się skończył. Przez chwilę myślałam źle o tym nadchodzącym roku 2011… No bo cóż niby takiego dobrego dla mnie mógłby on przynieść? Na szczęście opuściły mnie już te obawy i nowy rok przywitałam z radością. Nie mam co prawda tym razem tak intensywnych przeczuć jak rok temu, ale wierzę, że jednak ten rok też będzie dobry.

Oczywiście w roku 2011 pokładam również pewne nadzieje – chciałabym napisać i obronić pracę dyplomową, miło by było także znaleźć nową pracę – ale tylko lepszą od tej, którą mam, w której mogłabym poczuć się bardziej spełniona i która zaspokoiłaby moje ambicje. Chciałabym też bardzo, aby Franek zdał jeszcze jeden egzamin, który go czeka i żeby przedłużono mu umowę w Zielonej Firmie. A jeśli chodzi o nas… no cóż, fajnie by było, żeby się Franek wreszcie na coś zdecydował :) Niech przestanie gadać, a zacznie działać po prostu :) Marzy mi się też coroczny wyjazd za granicę – wszystko jedno gdzie. Oraz urlop – najlepiej znowu w Tatrach. Ale weekend nad morzem też byłby przyjemny :) Byleby z Frankiem…

A tak poza tym? Niech ten rok będzie przede wszystkim spokojny, ale nie nudny. Radosny i pełen przyjemnych wydarzeń – tych bardziej i mniej spodziewanych. I oby wszyscy byli zdrowi… Generalnie, tak jak napisałam, wystarczyłoby mi, żeby ten 2011 był tak samo dobry, jak rok miniony. A przede wszystkim niech się między Nami dobrze układa, a wtedy wiem, że wiele innych rzeczy też pójdzie dobrze.
Rok zaczął się bardzo dobrze, mam nadzieję, że to zwiastun tego, co będzie przez kolejne trzysta dni z kawałkiem :)

W tym roku w Noc Sylwestrową zabawiliśmy się w jajeczną wróżbę :) Zaopatrzyliśmy się w jajka niespodzianki i po północy sprawdziliśmy, co też jest nam pisane :P Ale przyznam szczerze, że mamy problem z interpretacją :))
Ja miałam dwa dinozaury Compsognathusy, a Franek suczkę-sportsmenkę, czyli Gabi Gadkę :)

   Ma ktoś jakiś pomysł? :))
Jak Franek zobaczył moje dinozaury, to stwierdził, że to wróży ślub (!?) Nie wiem, co on ma z tym ślubem :P Ja myślę, że te dinozaury to trochę my – dość nerwowe są, a my przecież też tacy jesteśmy :) Tylko nadal nie wiem, co to miałoby znaczyć jeśli chodzi o przyszłość :P Natomiast jeśli chodzi o Gabi, Franka interpretacja była taka, że to musi być jakaś moja koleżanka, która studiuje na AWF (Dorota :)) Dopowiedziałam, że skoro ślub, to może będzie druhną :P A po przeczytaniu, że Gabi Gadka ciągle trajkocze pomyślałam, że to jednak może ja :P Kondycję w końcu też mam całkiem w porządku – w końcu chodzę kilka razy w tygodniu na aerobik :P Jednak wniosków konkretnych brak. Zobaczymy za rok, czy będzie dało się jakoś te figurki zinterpretować :))
Postanowienia chyba sobie odpuszczę. Nudzi mnie to :P Co roku coś postanawiam, kiedy udaje mi się to zrealizować, mam problem, żeby wymyślić znowu coś innego, jeśli natomiast wymyślę coś trudnego do realizacji, to z kolei powtarzam się na kolejny rok :) Nie chcę więc nic tutaj jasno określać, postaram się po prostu żyć tak, jak dotychczas, bo jestem z  mojego trybu życia w miarę zadowolona :) I książek chciałabym więcej czytać, ale cóż, doba się nie rozciągnie, coś kosztem czegoś, a i tak nie jest tak źle z moim czytaniem – gorzej z blogiem o książkach :))

O właśnie, zapomniałam o jeszcze jednej rzeczy – na Nowy Rok życzyłabym sobie elastycznego czasu :) Wiem, że jak się sprężę, to w końcu wszystko uda mi się ogarnąć. I wierzę, że ten ostatni pośpiech w jakim żyję, to tylko przejściowy kryzys :)