*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Po weselu

I poszłam w końcu na to wesele, które było dla mnie tak problematyczne... Długo myślałam sobie, że już nie mogę się doczekać aż będzie "po", ale w ostatnich dniach te myśli zeszły na dalszy plan, bo akurat impreza, na którą nie miałam większej ochoty iść, była moim najmniejszym problemem.
A co ciekawe, zważywszy na okoliczności, nie dość, że nie było źle, to jeszcze było całkiem fajnie (tylko nie piszcie, że zawsze tak jest, bo wcale nie zawsze :P). Przede wszystkim jednak dlatego, że dzięki temu, że Franek czwartek miał wolny, w sobotę szedł do pracy udało mu się załatwić w piątek zamianę i pracował rano, a popołudniu pojechał razem ze mną i na ślub i na wesele :) Nie musiałam się więc martwić o dojazd ani o to, że zabraknie mi na wszystko czasu (zwłaszcza, ze fryzjerka wyrobiła się szybciej, niż zakładała).
Ślub był cywilny i trwał jakieś 10 minut. Przynajmniej miałam okazję zobaczyć, jak taki cywilny wygląda. Wesele też było trochę inne, niż wszystkie inne na jakich byłam w ciągu ostatnich dziewięciu lat (a było ich dwanaście, nie licząc naszego). O głębszych odczuciach ogólnych oraz ich przyczynach napiszę może przy innej okazji, natomiast jeśli chodzi o same wrażenia, to może nie wszystko mi się podobało, ale ogólnie uważam, że wesele było udane. 
Pierwszy raz na przykład spotkaliśmy się z tym (mimo, że o tym słyszałam, ale jeszcze nie miałam do czynienia), że na obiad podano wszystkim to samo danie w dodatku już rozłożone na talerzu. Na wszystkich weselach, na jakich byłam, zawsze było tak, że goście mieli do wyboru kilka rodzajów mięs i dodatków (surówek, a także np. ziemniaki, frytki, kluski itp.) - i odpowiadało mi to dużo bardziej. Tym razem na obiad były kopytka ze schabem w sosie grzybowymi z buraczkami. Danie było całkiem smaczne, ale mnie na przykład nie odpowiadały proporcje - dostałam trzy duże kawałki mięsa i trochę kopytek. Gdybym sama sobie nakładała na talerz, zdecydowanie wystarczył by mi jeden kawałek schabu, ale kopytek nałożyłabym sobie dużo więcej. Franuś ze mną na szczęście pohandlował i mimo, że też bardzo lubi kopytka, oddał mi trochę swoich za półtora kawałka mięsa.
Kiedy rozmawiałam z kolegą na temat tego, jaką będzie miał zupę, usłyszałam, ze rosół i flaki. Ale absolutnie nie przyszło mi do głowy, że to będą zupy do wyboru! Myślałam, że rosół będzie na obiad, a flaczki na przykład przed północą :) Poza tym zdziwiło mnie, ze nie było po obiedzie typowego deseru (że na przykład na stół wjechały ciasta i lody), tylko ciasta i owoce cały czas stały na stole obok (choć nie twierdzę, ze to było złe rozwiązanie)
Generalnie jednak, oboje z Frankiem stwierdziliśmy, że jedzenie było takie sobie...To znaczy, jak na wesele... Przystawki, które były cały czas na stole niespecjalnie przypadły nam do gustu, ciasta były nieco zbyt ciężkie, mój ukochany rosołek jednak bez smaku, a strogonow raczej smakował jak zupa gulaszowa (i jako ta zupa był całkiem do rzeczy) Na koniec stwierdziłam, że najbardziej smakował mi chleb ze smalcem z wiejskiego stołu! No i w sumie te kopytka :) Frankowi kopytka, tatar oraz kawałek płonącej szynki podanej przed północą z kaszą gryczaną i sosem (spróbowałam i potwierdzam, że smaczne, zresztą jako osoba, która jest bardzo wybredna jeśli chodzi o mięsa muszę obiektywnie stwierdzić, że mięsa ogólnie były całkiem niezłe - przede wszystkim bardzo delikatne, a to dla mnie zawsze najważniejsze - wystarczyłaby jedna żyłka i już bym nie przełknęła). Tak więc jak widzicie, nie było tak źle - ot po prostu w porównaniu do innych wesel na których byliśmy to wypadło pod tym względem najgorzej (dotychczas najgorzej było na weselu Mietków w Poznaniu, bo jedzenia było mało - nawet Mietek tak stwierdził i opowiadał później, że nauczony doświadczeniem, na naszym weselu z obawy przed tym, że później będzie głodny, na obiad nałożył sobie taką porcję, że później nie mógł zmieścić reszty; bo z kolei nasze wesele było jednym z najbardziej obfitych jeśli chodzi o ilość jedzenia - sami byliśmy tym zaskoczeni)
Za to oprawa muzyczna była bardzo fajna. Uważam, że panowie z zespołu naprawdę ładnie śpiewali i chyba tylko piosenka "Cudownych rodziców mam" brzmiała w ich wykonaniu gorzej niż oryginał. Franek był zaskoczony, że śpiewam razem z nimi ".. będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało...", bo przecież ja nie znoszę tej piosenki. I owszem, nie znoszę - ale jak się okazuje tylko w oryginale, bo zespół wykonał ją tak dobrze, że mi się spodobała :) Poza tym wodzirej był świetny. Podobało mi się też, jak w pewnym momencie panowie zamienili keyboardy na akordeony i wyszli na salę, aby razem z gośćmi pośpiewać przy stole piosenki biesiadne. Dotychczas tylko raz się z tym spotkałam i to tylko dlatego, że goście sami zaczęli śpiewać. Szkoda, że u nas na to nie było czasu :P
Oczepiny trwały długo (a bardzo lubię tę część wesela) i były bardzo sprawnie i ze smakiem zorganizowane. Mimo, że nie znałam praktycznie nikogo, przyjemnie mi się obserwowało wszystkie zabawy.
Poza tym klimat całego wesela był fajny i stąd właśnie mój wniosek, że było ono udane. Bo przecież liczy się to, jak czują się i jak zachowują się goście, a miałam wrażenie, że wszystkim humory dopisują. Tak więc nawet fakt, że jedzenie nie do końca nam przypasowało nie oznacza, że cała impreza była do bani, a to, co napisałam powyżej, jest tylko zwykłą opinią a nie narzekaniem i krytyką. Uważam, że nie wszystko musi się każdemu spodobać, ale nie oznacza to, że trzeba siedzieć cały czas ze skwaszoną miną i od razu negować całą resztę :)

Nie doczekałam się niestety tortu, bo kiedy tylko oczepiny się skończyły, pobiegliśmy do Pary Młodej się pożegnać. Było już po pierwszej, a Franek następnego dnia szedł do pracy, więc musiał się wyspać (zwłaszcza, że prawie od 24 godzin był na nogach).
To było pierwsze takie wesele, na którym nikogo oprócz jednej pary nie znaliśmy, ale w ogóle nie przeszkadzało nam to w tym, żeby się dobrze bawić. Wręcz przeciwnie - dużo tańczyliśmy, bo nie zależało nam na tym, żeby pogadać z dawno niewidzianym towarzystwem. Miałam bardzo silne poczucie tego, że jesteśmy tam razem i to było bardzo przyjemne wrażenie. Tańczyliśmy tylko ze sobą, rozmawialiśmy tylko ze sobą i z moją koleżanką i jej chłopakiem (to ci sami, z którymi od czasu do czasu się spotykaliśmy) i czasami z Panem Młodym, który parę razy na chwilę do nas podszedł. Ale nie czułam żadnego niedosytu właśnie dlatego, że miałam tę świadomość, że jestem tam z Frankiem, a przez to, że byliśmy tam jednak obcy, potrafiłam się od tego wszystkiego odciąć i miałam wrażenie chwilami, jakby to była nasza prywatna impreza, tylko z resztą nieszkodliwych ludzi dookoła :P Poza tym to było jedyne wesele, na którym nie wypiłam ani kropelki alkoholu (zaczynam się do tego przyzwyczajać :)) oraz na którym tak dużo zjadłam (no bo przecież nie twierdzę, że to jedzenie było niesmaczne, tylko po prostu nieco poniżej moich oczekiwań :), a jakoś tak miałam więcej czasu, żeby świadomie sięgać po to i owo do przegryzienia niż na innych weselach).
Myślę, że ten wieczór będę wspominać bardzo miło i ostatecznie cieszę się, że trafiliśmy na to wesele, chociaż oczywiście zupełnie inne wrażenia miałabym, gdyby nie to, że Franek był ze mną od samego początku.

Jeśli chodzi o inne kwestie, to byłam bardzo zadowolona z mojej fryzury i nawet Franek powiedział, ze tylko na naszym ślubie miałam ładniejszą :P Chociaż wydaje mi się, że już to kiedyś słyszałam, więc albo naprawdę każda moja fryzura jest lepsza od poprzedniej, albo Franek ma słabą pamięć :P Ale grunt, że ja się dobrze czułam z tym, co miałam na głowie:


A, no i przy okazji macie okazję zobaczyć moją sukienkę, o którą pytałyście :) Tak właśnie wyglądała. Podoba mi się, bo nie jest typowo weselna i spokojnie będę mogła ją ubierać na inne okazje.
Jest na mnie odrobinę za szeroka w biodrach, ale jedyny rozmiar jaki był to 38, a że wyglądałam w miarę dobrze (i Frankowi się bardzo podobała), stwierdziłam, że ją wezmę, bo przecież na pewno przez te trzy tygodnie się nieco poszerzę.
No, ale się nie poszerzyłam, więc tak naprawdę sukienka mogłaby być odrobinę bardziej dopasowana, ale właściwie nie widać tego tak bardzo, a czasami warto mieć w szafie coś trochę większego niż codzienny rozmiar :)
Kiedy patrzę na te zdjęcia, to w sumie wcale się nie dziwię, że ludzie nie przepuszczają mnie w kasie pierwszeństwa (na szczęście tego nie oczekuję, choć czasami by się przydało :P) pomimo tego, że to już prawie półmetek, bo końcówka dziewiętnastego tygodnia. Ogólnie się cieszę, że nie muszę na razie jeszcze wymieniać garderoby, ale czasami czuję się dziwnie, gdy ktoś dowiedziawszy się, że jestem w ciąży z uśmiechem zerka ukradkiem na mój brzuch, a później gdy dowiaduje się, że to piąty miesiąc patrzy na niego już całkiem otwarcie z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. 
No przecież po co miałabym ściemniać? :)


A do tych butów miałam jeszcze idealnie dobraną kolorystycznie torebkę (Franek :P) i beżowe bolerko.

środa, 20 sierpnia 2014

Nie tylko pieniądze są ważne...

...chociaż jestem zdania, że tak można mówić pod warunkiem, że jest się w jakiś sposób zabezpieczonym finansowo.
Wiem, że sytuacja może nie jest najgorsza. I właśnie nie chodzi o pieniądze - przynajmniej na razie, bo wiem, że jestem w miarę zabezpieczona. Dostanę odprawę, bonus od firmy i ekwiwalent za niewykorzystany urlop. Łącznie to będzie naprawdę bardzo duża suma, odpowiadająca mniej więcej mojemu wynagrodzeniu za osiem miesięcy (a przy przeprowadzce dostałam podwyżkę 100%). Poza tym jeśli wszystko pójdzie dobrze otrzymamy pieniądze za urodzenie dziecka z polis na życie, które mamy i to będzie kilka tysięcy.
Poza tym dzwoniłam dzisiaj do ZUSu - dowiedziałam się, że niezależnie od tego, czy jestem na zwolnieniu lekarskim przysługuje mi zasiłek w wysokości zasiłku macierzyńskiego, a później mogę ubiegać się o urlop macierzyński. Pytałam kilka razy i facet na infolinii zapewniał mnie, że jeśli przedstawię wymagane dokumenty (m.in świadectwo pracy, w którym będzie napisane, że firma została zlikwidowana), to nie muszę przedstawiać żadnego zwolnienia lekarskiego. Poza tym, jesli dobrze wszystko zrozumiałam, to będą świadczenia w wysokości 100%, czyli chyba będę otrzymywać przez ten czas normalne wynagrodzenie. To samo usłyszałam od mojej szefowej, ale ona jeszcze się będzie dokładnie o to dowiadywać u naszego prawnika a potem nawet w razie potrzeby da mi na niego namiary, żebym dopytała. A zamierzam wszystko dokładnie zbadać, bo wiadomo, że z tym całym ZUSem różnie bywa...

Więc nie chodzi o pieniądze. Nie boimy się tego, bo Franek też zarabia i chociaż z jego pensji nigdy nie dalibyśmy rady tu wyżyć, to mamy oszczędności i właśnie to wszystko, o czym wspomniałam. Moi rodzice też zadeklarowali, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to będą mogli nam opłacać mieszkanie lub opiekunkę do dziecka. Ale na razie z tej pomocy na pewno korzystać nie będziemy musieli. 
Cieszę się, że przynajmniej takie zmartwienie nam odchodzi, bo przecież pieniądze są bardzo ważne.

Ale chodzi po prostu o to, że zostałam bez pracy :( I będę musiała się z tym mierzyć przez kolejne kilkanaście miesięcy. Jestem przerażona tym, że wypadnę z rynku pracy i nie będę miała do czego wracać, boję się, jak pracodawcy będą patrzyć na moją przerwę :( Pomijam już nawet to, że tak dobrej pracy to nie znajdę nigdzie, ale ja po prostu mam autentyczne obawy, czy w ogóle będę w stanie coś znaleźć.
A przede wszystkim nie wyobrażam sobie siedzenia w domu aż do rozwiązania :( Wiem, że niewiele osób mnie zrozumie - zwłaszcza w dobie przechodzenia na zwolnienie lekarskie tylko dlatego, że jest się w ciąży. Ja nie miałam najmniejszego zamiaru iść na L4, chciałam pracować do samego końca - chyba, że z moim zdrowiem wydarzyłoby się faktycznie coś niedobrego. Nie chcę tu nikogo urazić i nie wnikam w niczyje decyzje, ale ja po prostu nie rozumiem, dlaczego tak wiele kobiet decyduje się na zwolnienie, jeśli nie ma ku temu wskazań medycznych. Dla mnie siedzenie przez cały dzień w domu jest czymś niewyobrażalnym. A teraz będę musiała się właśnie z czymś takim zmierzyć i naprawdę sama myśl o tym mnie całkowicie przygnębia :( Zawsze byłam zabiegana i zawsze potrafiłam świetnie zagospodarować cały swój dzień.Bardzo lubiłam swoją pracę i tak naprawdę kombinowałam, jak pogodzić narodziny z dziecka z tym, żeby nie wypaść z obiegu całkowicie i cieszyłam się, że w razie czego mogę pracować z domu.
Boję się, że bez pracy wpadnę w jakąś depresję :(

Poza tym jestem załamana tym, że znowu nam się nie udało! Znowu wydawało się, że upragniona stabilizacja jest w zasięgu ręki, pragnęliśmy tego, żeby w końcu móc żyć choć trochę spokojniej z "normalnymi" problemami, a nie wiecznym niepokojem o to, jak będzie wyglądało nasze życie za miesiąc. A tymczasem można powiedzieć, że znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Znowu nie wiemy co dalej z naszym życiem i nie możemy podjąć wielu decyzji.
Chodzi o brak poczucia bezpieczeństwa, który ciągle mi doskwiera.
Jest mi przykro ze względu na Franka. On jest ze mną całym sobą w tej sytuacji, ale jest mi przykro, że przeze mnie ma tyle zmartwień. Czuję się trochę jakbym go zawiodła. W ogóle jakbym zawiodła wszystkich.
Jest mi z tym wszystkim bardzo, bardzo źle. Tak bardzo, że nawet trudno mi to opisać. Pewnie wiele osób mnie nie zrozumie, ale pamiętajcie o tym, że cudze problemy zawsze wydają się mniejsze. A dla mnie brak pracy jest w tym momencie czymś, co mnie po prostu przerasta. Zwłaszcza, że od dłuższego już czasu ciągle borykamy się z jakimiś niepowodzeniami i przykrymi informacjami - o połowie z nich przecież nawet tu nie wspominałam...