*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 14 kwietnia 2015

Po drugie: Nigdy nie mów nigdy, bo tylko krowa nie zmienia poglądów.

Uwaga, dzisiaj będzie wyznanie! Poprzedzone jednak długą refleksją, która mi się w związku z nim nasunęła...
Konsekwencja jest dla mnie w życiu bardzo ważna. Ja sama jestem bardzo konsekwentna, zarówno jeśli chodzi o wszelkie zobowiązania, których się podejmuję, jak i o to co mówię i myślę. Moje czyny są poparciem dla tego, co mówię, moje słowa odzwierciedleniem moich myśli. Kiedy coś powiem lub kiedy coś postanowię, trzymam się tego. Jestem też konsekwentna w swoich poglądach i zasadach, których się trzymam. U innych również bardzo sobie cenię tę cechę i denerwuje mnie brak konsekwencji w tym co robią lub mówią. Denerwuje, ale często muszę z tym żyć i czasami wręcz akceptować, bo w przeciwnym razie raczej nie wyszłabym za mąż za Franka, który wzorem jeśli chodzi o bycie konsekwentnym (zwłaszcza w czynach, bo niestety słomiany zapał często miewa) nie jest.

Jednak konsekwencja, konsekwencją, ale również tutaj należy zachować umiar, żeby się nie zafiksować na czymś tylko dlatego, że będziemy się obawiać tego, że ktoś zarzuci nam niekonsekwencję :) Poza tym człowiek przecież się zmienia, jest kształtowany przez kolejne zdobyte doświadczenia, sytuacje, z którymi się mierzy, emocje, które przeżywa. To wszystko sprawia, że spojrzenie na daną sprawę, czy nawet poglądy mogą ulegać zmianie. A nawet powiem więcej - uważam, że czasami powinny, bo wydaje mi się, że w pewnych przypadkach trzymanie się kurczowo jednej myśli, czy poglądu, bez względu na wszystko to już ani konsekwencja, ani konserwatyzm a po prostu skostniałość.
Człowiek musi ewoluować i czasami ta ewolucja polega na modyfikacji poglądów. Celowo mówię o ewolucji, a nie rewolucji, bo pewnie rzadko się zdarza, żeby ktoś zmienił zdanie radykalnie (choć pewnie bywa i tak, wszystko zależy od sprawy). Poza tym, przypuszczam, że rzeczy najbardziej podstawowe, takie, które są filarami, na których dany człowiek opiera swoje życie się aż tak bardzo nie zmieniają.

Mnie samej zdarzyło się już kilka razy zmienić zdanie na jakiś dość istotny temat. Trudno mi powiedzieć z czego to wynikało - pewnie po części z jakiejś mądrości życiowej, którą z czasem nabyłam (głównie chodzi mi o sprawy, na które miałam inny pogląd jako nastolatka na przykład), po części z różnych sytuacji, które mnie w życiu spotkały, a także ze względu na ludzi i ich poglądy, które czasami mnie przekonywały, a innym razem wręcz przeciwnie. Czasami nawet kiedy wracam do starych notek zauważam, że moja opinia na jakiś temat uległa trochę zmianie. Albo przypominam sobie na przykład jakieś Wasze notki, z którymi się nie do końca zgadzałam, a teraz to, co w nich pisałyście jest mi bliższe. W tym przypadku zdarzało się też tak, że czytając daną notkę nie do końca zrozumiałam, co autorka miała na myśli i dopiero po czasie docierała do mnie myśl przewodnia i stwierdzałam, że w gruncie rzeczy moja opinia jest taka sama.
Różnie bywa, ale nie wstydzę się tego, że czasami mi się odmienia. Nie mam problemu z tym, żeby się przyznać do błędu, a że inne zdanie przecież niekoniecznie jest błędem, to tym bardziej nie boję się po czasie stwierdzić, że mi się odmieniło. Wiem, że nie jestem przy tym jak chorągiewka na wietrze, więc moja konsekwencja na tym szczególnie nie cierpi :)

Przyznać muszę, że macierzyństwo stwarza pole do popisu jeśli chodzi o zmianę poglądów :) Nie jest to jakaś zmiana radykalna, ale jednak zauważyłam u siebie, że sporo jest rzeczy, o których kiedyś myślałam inaczej. Wynika to przede wszystkim z tego, że jako "nie-matka" z wielu rzeczy kompletnie nie zdawałam sobie sprawy ani nie zwracałam na nie uwagi. W innych przypadkach po prostu brakowało mi doświadczenia a także wyobraźni - lub też pewne rzeczy wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. A poza tym sama siebie też trochę zaskoczyłam, bo o niektóre zachowania i emocje, o jakiś specyficzny rodzaj wrażliwości, ogromne pokłady cierpliwości i poczucie tak silnej odpowiedzialności za drugiego człowieka nigdy bym siebie nie podejrzewała. Nie chodzi o to, że teraz pozjadałam wszystkie rozumy albo doświadczyłam prawdy objawionej i w ogóle jestem lepszym człowiekiem ;) Po prostu niektóre doświadczenia ostatnich trzech miesięcy trochę zweryfikowały mój sposób myślenia o pewnych sprawach, chociaż nie oznacza to, że nagle przewartościowałam wszystko w swoim życiu i zmieniłam listę priorytetów. 
W zasadzie te fundamentalne sprawy pozostały bez zmian, chodzi raczej o drobiazgi. Jak na przykład o to, że jednak ból porodowy może powodować, że chce się krzyczeć, że nie da się zbyt długo słuchać płaczu własnego dziecka, że chce się ryczeć, kiedy ono płacze z bólu (szczepienia mnie nie ruszają, ale jak laborantka w przychodni nie potrafiła się wkłuć w żyłę, żeby pobrać krew Wikingowi, który wrzeszczał i piszczał wniebogłosy, to gardło miałam ściśnięte tak, że nie mogłam go nawet pocieszyć a po powrocie do domu faktycznie wybuchnęłam płaczem z żalu za tą małą pokłutą w kilku miejscach rączką) że wygodniej jednak, kiedy dziecko śpi ze mną w łóżku, że smoczek to nie samo zło, że niemowlę potrafi być słodkie i że faktycznie jest coś uroczego w tych małych stópkach.  

Ale jest jedna istotna sprawa, co do której zmieniłam zdanie i oto poczynię teraz wyznanie na łamach tego bloga :) Pamiętacie zapewne moje wrześniowe rozczarowanie opisane tutaj, a także fragment notki grudniowej, w której pisałam, że już nie ubolewam tak bardzo nad tym, że Tasiemiec nie jest Tasiemką, choć nie cieszę się z tego szczególnie.
No więc słuchajcie, znaczy się, czytajcie - co tam dziewczynki! Jakie dziewczynki w ogóle? Wcale nie chciałam mieć żadnej córeczki! Pal licho jakieś warkoczyki i sukienki. Jednak jestem kameleonem, który może się wykazać szczytem braku konsekwencji, bo naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego, ale cieszę się, że Wiking jest chłopcem! :) Nie wyobrażam sobie w ogóle innej opcji. No, jak ja w ogóle mogłam się martwić tym, że będę miała synka? Jak ja mogłam chcieć, żeby Wikuś był dziewczynką? Przecież ten chłopczyk jest taki fajny i słodki :) I ubranka też ma fajne. Wyobraźcie sobie, że doszło nawet do tego, że kiedy patrzę na inne dzieci, szczególnie takie do pół roku, to bardziej interesują mnie chłopcy (mam wrażenie, że dotychczas mogli dla mnie nie istnieć) wydają mi się nawet ładniejsi (ale żeby nie było, że jestem zupełnie nieobiektywna - dziewczynki, które wcześniej uważałam za śliczne i mądre, nadal takie pozostały, tylko postrzeganie tych "nowych" mi się zmieniło :P; chociaż szwagierka mojej siostry urodziła dwa tygodnie po mnie naprawdę ładną córeczkę). No proszę, co to się może z człowiekiem stać!
Nawet nie jestem pewna, czy ja faktycznie nadal marzę o dziewczynce... Na chwilę obecną absolutnie nie wchodzi w grę posiadanie drugiego dziecka - to jakaś totalna abstrakcja, więc chyba moje postrzeganie kwestii chcenia lub niechcenia córeczki jest nieco przytępione :) 

Niewątpliwie jednak wykazałam się tutaj skrajną niekonsekwencją :) Cóż, jak widać, bywa i tak. Na szczęście w życiu zazwyczaj jestem daleka od tego, żeby zarzekać się, że nigdy, nic, nikomu... Albo przeciwnie - że zawsze... Wiem, że w życiu różnie bywa i wiele zależy od sytuacji, choć to już temat na inny raz. Ale dzięki tej niechęci do zarzekania się, jest mi przynajmniej łatwiej przyznać się do tego, że jednak zdanie zmieniłam. Ale mimo wszystko chyba wolę być kameleonem, niż krową :P 

sobota, 11 kwietnia 2015

Znowu o tym Wikingu :)

Czekałam jak na zbawienie na ten dzień, kiedy Wiking skończy trzy miesiące. Doczekałam się i... oczywiście nic się nie wydarzyło :) Wiking nie wstał nagle i nie powiedział "cześć mamo, idę kupić coś na obiad" :D Ale tak naprawdę, mimo, że wiele słyszałam i czytałam o tym przełomie trzeciego miesiąca, o kamieniach milowych itp, im bliżej było tego dnia, tym mniejszą wagę do niego przywiązywałam, bo przecież wiedziałam, że nic nie wydarzy się z dnia na dzień. Poza tym pamiętam o tym, że Wikuś urodził się o dwa tygodnie za wcześnie, więc może tak naprawdę te trzy miesiące stukną mu dopiero za 10 dni ;)

Ale być może jest to jakaś symboliczna, mentalna granica. Pewnie obiektywnie będę mogła ocenić to dopiero za jakiś czas. Tak naprawdę liczę tylko na jedno - że faktycznie po trzecim miesiącu skończą się u Wikusia problemy z układem pokarmowym. Nie miewa co prawda raczej kolek, ale wzdęcia i bóle brzuszka już niestety tak (chociaż - odpukać! - od dwóch tygodni nie miały miejsca). Większy problem ma z refluksem, ale tego to się pewnie tak szybko nie pozbędziemy. Zobaczymy, jak to będzie teraz wyglądało.

Ale prawdą jest, że Mały jest teraz już bardziej kontaktowy. Uśmiecha się - i robi to w określonych sytuacjach, a także reaguje na to, kiedy ktoś się uśmiecha do niego, bo wcześniej to były raczej przypadkowe uśmiechy. Najbardziej lubi, kiedy trzymamy go pod pachami i stawiamy go w pionie tak, że nóżkami opiera się na podłożu albo naszym brzuchu i może sobie spacerować - wtedy uśmiech jest gwarantowany! Co ciekawe, to jest podobno umiejętność, którą dziecko nabywa dopiero w okolicach piątego miesiąca - ostatnio w Klubie Kangura jedna mama mająca dziecko urodzone 5 stycznia była zdziwiona tym, jaki Wiking jest już sztywny w porównaniu do jej "giętkiego" synka. Bo rzeczywiście Wikuś ma bardzo silne nogi i mocno trzyma główkę. Za to zapomniał jak podnosić główkę i siebie na ramionach - miesiąc temu pisałam, że jeszcze tego nie umie i dokładnie następnego dnia, uniósł się ładnie na przedramionach. Ale ostatnio jakoś mu się odechciało i kiedy kładę go na brzuszku, to prędzej podnosi tyłek robiąc coś jakby mostek (z jednej strony opiera się na stópkach,z drugiej na buzi). 

Na szczęście moje obawy się nie sprawdziły i odkąd jesteśmy znowu w domu, Wikuś przestał być takim nieodkładalnym dzieckiem :) Albo więc to naprawdę był jakiś skok rozwojowy, albo mamy kumate dziecko i po prostu jak widział, że jest dużo chętnych do noszenia go (mój tato i mój wujek wręcz przebierali nogami i co chwilę pytali, czy mają go ponosić :)), to tego chciał, a teraz wspaniałomyślnie odpuścił rodzicom. A tutaj siedzi sobie w bujaczku, leży na macie (dzisiaj leżał tam ponad godzinę podczas gdy ja sobie oglądałam TVN Player i szydełkowałam) albo leży w łóżeczku. Oczywiście bez przesady, jego cierpliwość ma swoje granice, ale nie jest najgorzej.
Tylko trochę ostatnio zdarza mu się histeryzować kiedy wychodzimy na spacer. Nie mam pojęcia, co mu się stało ani co jest tego powodem. Odkąd pierwszy raz wyszliśmy na spacer dokładnie trzy tygodnie po urodzeniu, nie opuściliśmy ani jednego spacerowego dnia. Bez względu na pogodę spacerowaliśmy - raz krócej, raz dłużej, średnio 30 minut. Dzieciak prawie zawsze krzyczał przy ubieraniu i prawie zawsze uciszał się włożony do wózka - najpóźniej w windzie. Później spał dwie, trzy godziny. 
Potem zaczął się uspokajać dopiero w momencie wyjścia na zewnątrz, ale teraz to nie jest gwarancją i zdarza mu się, że jeszcze przez jakiś czas płacze. To bywa niestety bardzo stresujące - zwłaszcza kiedy akurat jadę na zajęcia albo z nich wracam. No i z tym spaniem też już nie ma pewności, bo zazwyczaj zasypia na tym spacerze prędzej czy później (no bo dzisiaj na przykład nie płakał), ale budzi się kiedy wracamy - najpóźniej w momencie przekroczenia progu mieszkania :) Ale to akurat pewnie dlatego, że przedpołudniową drzemkę ucina sobie dość długą i potem już mu się nie chce tak spać. 
Cóż, tego na pewno Wikuś mnie nauczył - nie należy się przyzwyczajać do żadnych jego przyzwyczajeń, bo w każdej chwili może je zmienić :)

Ogólnie mam wrażenie, że Wiking jest trochę spokojniejszy. Ale z drugiej strony myślę sobie, że może to nie on się zmienił, tylko moje postrzeganie jego i jego zachowań. Trochę się już oswoiłam z nową sytuacją życiową, poznałam swoje dziecko, nauczyłam się go trochę. To wszystko na pewno też ma znaczenie. Może właśnie na tym polega magia tego przełomu trzeciego miesiąca? ;)
Właściwie to chyba muszę skrobnąć notkę na temat tego, jak to jest być margolką-matką.  No niestety, wygląda na to, że trudno nie być monotematyczną w takich okolicznościach. To, że piszę tak dużo o naszym dziecku wynika po prostu z tego, że - spójrzmy prawdzie w oczy - moje życie ostatnio musi się kręcić głównie wokół niego. Nie ma innej opcji, bo ten Maluch sobie sam nie poradzi. Siłą rzeczy więc i tematy na blogu wiążą się ściśle z nim oraz z macierzyństwem. Liczę na to, że z biegiem czasu trochę to wszystko spowszednieje i stopniowo zaczną się tu pojawiać również inne notki - to będzie znak, że i u mnie w życiu dzieje się więcej :P Ale póki co i tak wydaje mi się, że nie jest ze mną tak najgorzej - to znaczy, jeżdżę na te spotkania, nadal tutaj piszę, nadal czytam książki, jestem w miarę na bieżąco z moimi ulubionymi serialami, mieszkanie jako tako (z pomocą Franka) ogarniam, towarzysko też całkiem nie umarłam (i na przykład we wtorek wieczorem spotykam się z ludźmi z dawnej pracy). Więc chyba nie jestem aż taką zafiksowaną matką... Mam przynajmniej taką nadzieję... :)