*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
I
w ogóle nastrój mi się skaszanił. Ehhh… Ciemne chmury się na razie nade
mną zebrały. A właściwie to nawet nie, ale ja sama je tak jakby
formuję.
I wszystko przez to, że ja nie umiem się nie martwić na zapas
A tak bym chciała posiadać tę umiejętność. Chciałabym tak olać sprawę,
na którą i tak nie mam większego wpływu. Ale nie potrafię. I tak będę
się teraz martwić przez dwa miesiące. Wkurza mnie to strasznie w moim
charakterze.
I
jeszcze mnie wkurza, ze taka panikara ze mnie. Nosz fak! Straszna
jestem. Wczoraj niby taka pierdołka mała a ja już spanikowałam.
Wepchnęłam coś nie do tej dziury co trzeba i już prawie w ryk i do
Franka dzwonię, żeby przyszedł, w końcu 100 metrów ma do mnie. Potem
nadal prawie-w-ryku dzwonię do mamy – chociaż 200 km ode mnie i i tak
nie pomoże. No sama nie wiem po co zadzwoniłam. Ale ja do mamy dzwonię
zawsze
Obojętnie czy coś złego, czy dobrego. Przecież mówiłam, że
mamincóreczka jestem A potem do wujka – mimo, że 210 km ode mnie. Wujek
tylko kazał mi się uspokoić i nie panikować. No to zadzwoniłam do Juski –
300 metrów ode mnie. Też mi kazała nie panikować. Nie chciałam, żeby
przyszła, a ona i tak przyszła. To znaczy najpierw przyszedł Franek, ale
nie pozwoliłam mu nic ruszać. Jusce też nie chciałam pozwolić, ale sama
sobie pozwoliła. Na spokojnie, bez paniki, delikatnie – naprawiła. I
panika była niepotrzebna. Ale ja już musiałam pół Polski obdzwonić.
I
normalnie niby potrafię zachować zdrowy rozsądek i zimną krew. Ale to
zależy od sytuacji. Bo niestety często panikuję strasznie. I muszę wtedy
po ludziach podzwonić, mimo, ze później wydaje się to zupełnie zbędne.
Ale ja tego potrzebuję choćby po to, żeby zobaczyć, że inni są spokojni
No i mi się udziela.
I wiem, że nic nie rozumiecie z tej notki, ale nie będę się tutaj kompromitować pisząc wprost o co chodziło
Natomiast sprawa, o którą się martwię na zapas jest nieco poważniejsza
i dotyczy Frankowej umowy o pracę, bo teraz ma tylko na 3 miesiące na
okres próbny.
I w ogóle bez sensu ta notka jest. Nie podoba mi się. Może będzie sensowniej później, jak uda mi się odgonić te chmury…
Mieszkam w Poznaniu
szósty rok. Przy okazji drugiego lub trzeciego Wielkiego Postu
spędzonego w tym mieście dowiedziałam się, że w przeddzień Niedzieli
Palmowej na poznańskiej Cytadeli odbywa się Misterium Męki Pańskiej. Nie
wiedziałam za bardzo na czym to polega – myślałam, że może to coś w
rodzaju drogi krzyżowej. Ale nigdy nie mogłam tego sprawdzić, bo tak się
składało, że co roku w ten dzień miałam naprawdę dużo pracy i musiałam
się intensywnie przygotowywać do jakichś testów lub egzaminów – najpierw
na poniedziałek lub wtorek, a w ciągu ostatnich dwóch lat na niedzielę.
No i nareszcie w tym roku się doczekałam.
Wybraliśmy
się dziś na Cytadelę i muszę przyznać, że Misterium zrobiło na mnie
wrażenie. Okazało się, że nie jest to droga krzyżowa, a widowisko
przedstawiające znane nam z Biblii
ostatnie wydarzenia przed ukrzyżowaniem Chrystusa. Bardzo mi się
podobało. Forma przekazu była interesująca i inna od wszystkich, które
wcześniej widziałam – a zawsze bardzo lubiłam oglądać opowieści biblijne
w telewizji. Jednak tam odczuwało się to inaczej – przebrani aktorzy,
scenografia, doskonała akustyka… Fakt, że „scena” była daleko, ale można
było dodatkowo oglądać wszystko na telebimie. Ludzi było mnóstwo –
mimo, że aura wcale nie sprzyjała. Było zimno, a przez pierwsze
dwadzieścia minut intensywnie padało. Ale, że staliśmy przytuleni z
Frankiem, to nawet nie przemarzłam na kość
I uważam, że naprawdę było warto. A w przyszłym roku, jak okoliczności będą sprzyjały, pójdę jeszcze raz.
Zastanawiałam
się dzisiaj przez chwilę, jak to jest, że wszyscy wierzący i
praktykujący znają tę historię na pamięć. A jednak co roku przeżywają to
od nowa i mają szansę zdobyć się na nowe refleksje. To jest coś, co się
nie nudzi. Historia ostatnich dni życia Jezusa, jak i wiele innych
opowieści z Biblii, może zostać przedstawiona na tysiące różnych
sposobów, a jednak zawsze chodzi o to samo. Aranżacja może być inna,
przekaz pozostaje niezmieniony. Choć prawda jest taka, że nie wszyscy go
dobrze odczytują. Ale to już sprawa każdego z nas. Ja tu nikogo
nawracać nie będę
Ta notka to nie żadna propaganda
Misterium Męki Pańskie nie jest co prawda zwykłym przedstawieniem, ale
jednak może być tak potraktowane przez osoby niewierzące. I sądzę, że
one również mogą poczuć niezwykłą atmosferę widowiska – choć może nie ma
ona dla nich wymiaru duchowego. Jest to jednak coś, co warto zobaczyć.
Przyznać muszę, że chociaż było zimno i nogi nieco bolały od prawie
dwugodzinnego stania w jednym miejscu, nie nudziłam się i ani przez
chwilę nie miałam myśli, żeby nie zostać do końca.
Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej polecam stronę
http://www.misterium.com.pl/
, jest tam opis widowiska i krótki filmik.
Euforia wywołana nieograniczoną ilością (zasłużonego myślę) wolnego czasu nadal trwa
A jak sobie myślę, co robiłam dokładnie tydzień temu to już w ogóle chce mi się skakać z radości
Normalnie mam wizję przed oczami, jak siedzę na łóżku obłożona notatkami, niemal pamiętam na której stronie byłam
Ahhhh
Jak cudownie, że już po. Ale zaobserwowałam jedną bardzo istotną rzecz – czas wcale teraz wolniej nie płynie
Nadal jeszcze mi dziwnie, jak tak nic nie muszę po powrocie z pracy,
ale mam mnóstwo pomysłów na zagospodarowanie wolnego czasu. Oto kilka z
nich:
* Czeka na mnie cały stosik książek, które nareszcie mogę czytać i czytać i czytać
*
Kilka książek w tym roku już przeczytałam, a zrecenzowałam dopiero
jedną, więc muszę się znowu zabrać za regularne prowadzenie mojego
drugiego bloga
* Staram się odpisać na wszystkie zaległe maile, już z większością się „rozprawiłam”
Jak ja nie lubię mieć zaległości w kontaktach z innymi
*
Otóż, tego pewnie o mnie jeszcze nie wiecie, ale uwielbiam wszelkiego
rodzaju robótki ręczne – haftowanie, szydełkowanie, robienie na drutach
oraz plecenie bransoletek z muliny; mój zestaw robótkowy leżał kilka lat
na szafie w Miasteczku. Przywiozłam go sobie. Na pierwszy ogień poszło
szydełkowanie.
*
No więc szydełkuję sobie, jednocześnie oglądając w internecie różne
zaległe seriale, takie jak „Desperate Housewives” czy „Twin Peaks”.
Oglądam rzecz jasna w oryginale
Przy okazji ćwiczę język. Szukam jeszcze czegoś fajnego po hiszpańsku, ale z tym jest większy problem.
*
Właśnie – hiszpański ostatnio poszedł w odstawkę, więc teraz nareszcie
będę mogła pouczyć się jakichś słówek. Ja naprawdę to lubię
* Muszę zrobić wreszcie porządek w moich piosenkach
Przesłuchać wszystko co mam na kasetach, płytach i dysku i jakoś to posegregować.
* Sam dysk też muszę uporządkować.
* Mam jakieś stare puzzle do ułożenia
* Nareszcie będę miała czas chodzić na długie spacery nad Wartę albo wokół Malty. Pogoda sprzyja
* Będę mogła również skontrolować Franka jak sobie radzi w nowej pracy
Jeszcze nie miałam okazji się z nim przejechać.
* Aa no i dawno nie grałam w The Sims
O realizacji tych wszystkich planów marzyłam sobie podczas pisania pracy a potem podczas nauki. Doczekałam się
I wierzcie mi, że to i tak nie wszystko, co sobie wynalazłam do roboty. Ja się nigdy nie umiałam nudzić
Tyle o planach na najbliższą przyszłość. O tych długoterminowych to
się jeszcze pomyśli. Na razie akcja pod tytułem „RELAKS” trwa
DOPISEK:Hmm,widzę,
że pojawiły się głosy wątpiące w możliwość realizacji tych planów :))
Zastanawiam się, dlaczego, czyżbym sprawiała wrażenie osoby ze słomianym
zapałem?
A tymczasem większość z wyżej wymienionych planów już zaczęłam realizować
Raczej nie należę do osób, które dużo mówią a nic nie robią
Kilka z Was pytało mnie, jak to było z tą obroną, więc postanowiłam wrzucić tu relację – tak dla potomności
Poziom
mojego zdenerwowania osiągnął apogeum w czwartek wieczorem. Na
szczęście potem już tylko spadał i myślałam tylko o tym, kiedy będę już
po
Wchodziliśmy alfabetycznie i tym razem moje nazwisko się przydało, bo byłam pierwsza na odstrzał
Kiedy
usłyszałam pierwsze pytanie pomyślałam: „nie jest źle, to umiem”. Co
prawda nie miało ono nic wspólnego z tematem mojej pracy, ale dotyczyło
transcendentalistów, a ci byli tak nawiedzeni, że niemożliwością jest,
żeby ktoś siedzący w literaturze amerykańskiej nic o nich nie wiedział
Trochę chaotyczna była moja wypowiedź, bo nie wiedziałam od czego
zacząć, ale jakoś poszło i w dodatku trochę się uspokoiłam. Zrelaksowana
to może nie byłam, ale myśli przynajmniej miałam dość uporządkowane i
byłam w stanie zapanować nad językiem, coby nie powiedzieć, że „he,
which”, tylko „he, who” :)) Bałam się trochę strony językowej właśnie,
ale rozkręciłam się i mimo, że ostatnio więcej po hiszpańsku
rozmawiałam, niż po angielsku, jakoś poszło.
Drugie
pytanie nieco mnie zaskoczyło i w pierwszej chwili pomyślałam:
„szzzfak, nie zdążyłam tego przerobić, trzeba lać wodę…” Na szczęście
powieść „The Awakening” czytałam dość dokładnie na studiach
licencjackich i zapamiętałam nawet imiona bohaterów
Poza tym to pytanie akurat miało trochę związek z moją pracą i miałam
porównać postawę bohaterki tej powieści z Hester ze „Szkarłatnej
litery”, o której pisałam. Snuć własne wnioski to ja umiem jak nikt
Przy
pytaniu od recenzenta moją myślą było: „cholera! gdzieś to czytałam!
jak to szło?” Otóż, zapytał mnie o definicję jednego z gatunków
literackich, ale nie byle jaką definicję, tylko zawartą we wstępie do
jednej z powieści pewnego autora. A ja z zasady wstępów nie czytam, więc
byłby zonk
Ale Opatrzność zdaje się nade mną czuwała, gdyż kiedy uczyłam się o
tym gatunku, to gdzieś tam był cytat z tego wstępu i przeleciałam po nim
wzrokiem. Słuchajcie, nie wiem jakim cudem, ale wygrzebałam z
zakamarków pamięci sens tego fragmentu! Na początku nie byłam pewna, czy
dobrze mówię, ale jak zobaczyłam, że kiwają głowami, to się rozkręciłam
A
potem kazali mi wyjść. Kiedy wróciłam odczytano werdykt. Piątka za
egzamin, piątka za pracę no i jak się to zebrało „zusammen do kupy” z
moją średnią za studia to wyszła piątka jak byk na dyplom
I jeszcze się muszę teraz pochwalić, ze okazało się, ze moja praca jako jedyna w całej grupie została oceniona na piątkę
Wiem, muszę popracować nad skromnością, ale to od następnego razu
Jestem z siebie niesamowicie dumna
A przede wszystkim uważam, że naprawdę na tę piątkę zasłużyłam, bo
mimo, że nie wykułam wszystkiego na blachę, to okazało się, ze potrafię
odpowiedzieć na pytania rzeczowo no i, co ważniejsze, mam pojęcie o
literaturze amerykańskiej bardziej niż blade, a chyba o to chodzi :)) I
jestem jeszcze z jednego powodu z siebie zadowolona – kiedy skończyłam
dziennie studia licencjackie większość osób odradzała mi zaoczną
magisterkę. Mówili, że mi się odechcę albo oleję naukę. A ja dałam radę.
Mimo, że wracałam z pracy nawet około 19 (tak było jeszcze kiedy nie
miałam samochodu), przychodziłam do domu i siadałam do nauki. Przez
ponad dwa lata popołudniami się uczyłam, a weekendy miałam zajęte przez
zjazdy. Ostatnie siedem miesięcy było wyjątkowo intensywne, ale to już
wiecie
W każdym razie ze wszystkim sobie poradziłam – i z pracą, i z
hiszpańskim, i z anglistyką, i jeszcze miałam czas na aerobik,
koleżanki i Franka
Mogę chyba być z siebie dumna nie?
Więc wybaczcie mi ten hymn pochwalny na cześć Margolki, ale raz na jakiś czas można być dla siebie miłym prawda?
Trudno uwierzyć, że to już koniec… Tyle czasu byłam zaangażowana w tą magisterkę a teraz jest po wszystkim. Skończyłam studia
Fajnie to brzmi. Ale stara jestem
Dziwnie mi teraz, bo w końcu to dopiero pierwsze dni „po”. No i mam
wyrzuty sumienia, że nic nie robię! Wyobrażacie sobie? Mam wrażenie,
jakbym powinna robić coś pożytecznego, a nie lenić się
Czy to już jest pracoholizm?
Mam mnóstwo pomysłów na to, jak wykorzystać ten wolny czas i skończy się na tym, że wcale go tak dużo nie będzie
Ale to już temat na następną notkę
Ps. A w ogóle to ciekawa sprawa jaką moc
ma ten tytuł. Franek już piąty dzień zwraca się do mnie per „pani
magister” to samo w pracy – i szef i koledzy
I nawet Dorota na smsa, czy idzie ze mną na aerobik, odpisała mi „tak pani magister”