*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Nie
wiem jak to się stało… Jak to się stało, że dzisiaj jest już
poniedziałek?? I jak to się stało, że ostatnią notkę pisałam tydzień
temu?? Wydawało mi się, że może przedwczoraj…
Czas naprawdę, że się tak brzydko wyrażę zapier…. . Wybaczcie, ale on naprawdę nie płynie, leci, ani nawet nie zapieprza
No i jestem już po urlopie. Już siedzę przy swoim biurku w pracy. I
wyobraźcie sobie, że jest dopiero 13.30 a ja już się prawie ze wszystkim
ogarnęłam. Co prawda za jakieś pół godziny R. przywiezie mi z ksera
dokumenty, które będę musiała „obrobić”, więc jakieś dwie, trzy godziny
mi to zajmie, ale i tak jestem ze wszystkim na bieżąco
Wróciliśmy
z Frankiem do Poznania wczoraj wieczorem. Jeszcze się nawet rozpakować
nie zdążyłam. Rano ciężko mi się wstawało, a i tak postanowiłam sobie,
że budzika nie nastawiam i przyjadę do pracy jak mi wypadnie
Przyjechałam po dziewiątej dopiero. A
i tak było ciężko. Jak ja się znowu przyzwyczaję do wstawania przed
siódmą ?? No dobra, jakoś to będzie. Ale ogólnie jestem dzisiaj nawet
pozytywnie nastawiona, bo bałam się, że będę dzisiaj w robocie do
wieczora, a wygląda na to, że jednak uda mi się wyjść po siedemnastej.
Franek kończy godzinę później, może uda nam się pójść do kina?? Mam co
prawda w domu trochę robótek, ale… – nie zając…
O
tym jak spędziliśmy ten tydzień napiszę następnym razem. I może jakieś
zdjęcia uda się nawet dorzucić. Ale tak ogólnie to przyjechałam wczoraj i
oczywiście nabawiłam się syndromu przedszkolaka
Wspominałam już kiedyś o nim prawda? No i mam trochę doła, że tak sama
siedzę w tym mieszkaniu. Co prawda Franek jak nie pracuje, to siedzi u
mnie, ale i tak mam syndrom. Niech już ta Dorota wraca. Była w Poznaniu w
sobotę, bo wyjeżdżała stąd na następną kolonię. Przyjechałam a tu na
moim łóżku liścik, w którym Dorota pisze, że ma straszny syndrom
przedszkolaka i że do kogo innego ma o tym napisać, jak nie do mnie,
skoro tylko ja wiem jak to jest
No tak, my dwie tylko takie jesteśmy żeby w wieku 23 lat jeszcze
przedszkolaka łapać. To już chyba dożywotnio będzie hehe. No nic, pora
kończyć na razie. I do następnej notki. Myślę, że tym razem będzie
wkrótce. Ale jeszcze słówko podsumowujące – jakby nie było – wypoczęłam i
trochę świeżej energii mam w sobie. A więc witajcie ponownie
Idę teraz Was poodwiedzać zanim szef przyjedzie.
Wczoraj
było bardzo rodzinnie. Pojechaliśmy do tego Krakowa i można powiedzieć,
że wyprawa się udała. Jechaliśmy w czwórkę – ja, moja siostra i
rodzice, jak za dawnych czasów – kiedyś często nam się zdarzały takie
wyprawy na zakupy, albo do kina do Wrocławia, czy Opola. Potem poszłam
na studia, więc zdarzało się to rzadko, a potem już prawie wcale nie
było okazji. A wczoraj było naprawdę fajnie, trochę się pośmialiśmy
wszyscy, pogadaliśmy, pokłóciliśmy się – jak to w rodzinie
Na początku lało strasznie, ale i tak trzeba było trochę u mojej
siostry w mieszkaniu ogarnąć, więc nawet się dobrze złożyło. Tata
składał stolik, siostra się rozpakowywała, mama majstrowała przy
firankach, a ja…. a ja się absolutnie i totalnie leniłam
Za bardzo nie było nic dla mnie do roboty, ale nie ubolewałam, bo jak mało kto, nie potrafię się nudzić
Obowiązkowo noszę ze sobą książkę, więc oni się tam krzątali, a ja
sobie czytałam. Mama się nawet śmiała trochę, że jej mnie szkoda, że
przejechałam się do Krakowa, żeby książkę poczytać
Mnie to odpowiadało… Ale potem pojechaliśmy do centrum, połaziliśmy
trochę po starym rynku i Wawelu. Wróciliśmy dość późno i jeszcze tylko
trzeba było naszego pieska odebrać z „przedszkola”, czyli z mieszkania
mojego dziadka i wujka
Naprawdę miło było.A
jutro przyjeżdża Franek. Nie komentuję tego, bo przechodzę jakąś
huśtawkę emocjonalną i raz szlag mnie trafia jak w ogóle o nim myślę, a
potem mi przechodzi i jest w miarę ok. U niego zresztą to samo, bo
dzwoni i mówi do mnie „cześć śnieżynko, klusaku, ryba” itd, a potem
dzwoni i tylko na mnie warczy. Więc no more comments. Wraca z pracy o 2 i
o 6 ma pociąg. Jak nie zaśpi to o 10 odbieram go z dworca.I mamy
problem co dalej… Wspominałam, że chcieliśmy z moim wujkiem do Zakopca
pojechać. Ale zależało to od pogody. Wczoraj stwierdziliśmy że pogoda
nie wykazuje chęci poprawienia się. Ale wpadłam na pomysł, że może w
takim razie zrobimy sobie wycieczkę do Krakowa znowu – połazimy po
mieście, po kopcach i jeszcze do Wieliczki skoczymy. I nie trzeba będzie
za nocleg płacić… A dzisiaj oglądałam pogodę i zanosi się jednak na
poprawę. I mam dylemat, co tu robić?? Do Zakopanego chcę jechać, bo się
strasznie nastawiłam, że na Zawrat się przejdziemy. Teraz napaliłam się
na Kraków. Poza tym chcę jeszcze trochę w domu posiedzieć, a jak byłoby
bardzo ciepło, to Franek chciał nad morze skoczyć… No i jak tego dokonać
w siedem dni?? No cóż, skoro potrafiliśmy jeszcze pół roku temu w ciągu
pięciu dni przejechać pół Hiszpanii, zwiedzić Madryt, Toledo, Sewillę,
Cordobę, Cadiz i parę dyskotek to co to dla nas przejechać się z
Zakopanego do Gdańska hehe…