*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 28 października 2008

Uwaga, negatywne emocje...

Trzeci tydzień męczę się z tą jeb… książką „The office of the scarlet letter”, która potrzebna mi jest do tej prezentacji na seminarium za dwa tygodnie. To, że szlag mnie trafia to mało powiedziane. On mnie już trafił ze trzy razy przynajmniej!!!! Kuźwa! Ta książka to, powiedzmy, analiza powieści „Szkarłatna litera”. Ale jak czytam co ten gościu wypisuje, to mam wrażenie, że czytaliśmy inne książki. Facet sobie wyciąga jakąś tezę z kosmosu i ją udowadnia. Tak jakbym ja na przykład wymyśliła sobie, że jak Parrault pisał Czerwonego Kapturka to był przeziębiony. I napiszę książkę, w której będę to udowadniać o!
Tak więc jak widzicie wysyłam negatywne emocje, dlatego lepiej, żebym nie pisała na razie :P Ale jak jutro będę mniej ekhm, nerwowa powiedzmy, to może wrzucę parę zdjęć, które udało nam się z Frankiem zrobić podczas tego niedzielnego spacerku :)

niedziela, 26 października 2008

I po sobocie.

Weekend zaczął mi się wczoraj o godzinie 17:12 kiedy to radośnie pomachałam na pożegnanie moim kolegom z pracy i za nic mając ich zazdrosne spojrzenia (oni jeszcze mieli przed sobą przynajmniej cztery godziny pracy) wsiadłam w moją świnkę (tak nazwaliśmy z Frankiem moje autko po tym jak zgodnie stwierdziliśmy, że przód twingo wygląda jak świński ryjek:P) i pokonawszy już wszystkie sygnalizatory drogowe (za każdym razem czerwone!) wreszcie zaparkowałam na osiedlowym parkingu. Pouczyłam się z godzinkę a potem poszłam na aerobik. A po aerobiku prosto do Franusia, bo to u niego spędziłam dzisiaj noc. Przed snem obejrzeliśmy sobie jeszcze jak na grzeczne dzieci przystało dobranockę – Toy Story :) To jego ulubiona bajka (o ile facet dwudziestopięcioletni może mieć ulubione bajki) a ja też ją lubię, bo kiedy ją oglądam przypomina mi się jak oglądaliśmy ją razem po raz pierwszy – byliśmy razem około miesiąca i właśnie się obudziliśmy po pierwszej spędzonej razem nocy (jakkolwiek by to nie zabrzmiało:)) 
Rano nareszcie, jak na prawdziwą sobotę przystało, obudziłam się dopiero po ósmej a nie jak przeważnie o siódmej. Frankowi dałam jeszcze pospać i zajęłam się czytaniem książki, która miałam nadzieję pomoże mi trochę w wyborze tematu pracy magisterskiej. Nadzieja okazała się złudna. Z tego powodu musiałam wybrać się do biblioteki ponownie.Wypożyczyłam trzy kolejne, każda z innej beczki – trochę Emmersona, trochę postmodernizmu i „time and narrative” Spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam, bo nie wpadłam na to (oj głupia ty), żeby książek amerykańskiego autora szukać na półkach z literaturą brytyjską. Kiedy wyszłam zastałam Franka z miną pieska, który zobaczył, że jego pan wreszcie się pojawił na horyzoncie. Hihi teraz to pojechałam :PP Nie wiem jaką minę mają takie pieski, bo ja mojego tak nie zostawiam – pół miasta by się zleciało, żeby zobaczyć czemu on tak szczeka. W każdym razie wreszcie opuściliśmy uniwerek i wybraliśmy się na spacer. Cudowny był to spacerek, bo pogoda naprawdę śliczna. Było mniej więcej tak:
 
Przeszliśmy chyba pół miasta. Uwielbiam takie spacery. Franek trochę jęczał na początku, ale potem skapitulował a nawet mu się spodobało. Na szesnastą dotarliśmy do domu i nasze drogi się rozeszły – on do kolegów a ja do książek. Franuś pojechał na mecz, ale było mi to nawet na rękę, bo cały czas wisi nade mną ta prezentacja, więc wróciłam i od razu siadłam do książki. Dzień uważam za bardzo udany i czuję się usatysfakcjonowana, bo nie dość, że zaliczyłam spacerek, relaksik i różne inne przyjemne rzeczy, to udało mi się wykonać plan na dziś i przeczytać wszystko, co sobie na dziś zaplanowałam. I teraz mogę z czystym sumieniem położyć się spać.
Założenia na jutro: dłuuuga kąpiel, niedzielna msza, spacerek nad jezioro maltańskie, kolejny rozdział tej męczącej książki, tłumaczenie na zajęcia z translacji, trochę hiszpańskiego, Superniania (a co :P), Teraz albo nigdy, gasimy światło i spać :) Mam nadzieję, że mi się uda. A szanse są duże zważywszy na fakt, że przecież godzinkę dłuższą noc mamy dzisiaj :) Dobranoc.