*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Trzeci tydzień męczę się z tą jeb… książką „The office of
the scarlet letter”, która potrzebna mi jest do tej prezentacji na
seminarium za dwa tygodnie. To, że szlag mnie trafia to mało
powiedziane. On mnie już trafił ze trzy razy przynajmniej!!!! Kuźwa! Ta
książka to, powiedzmy, analiza powieści „Szkarłatna litera”. Ale jak
czytam co ten gościu wypisuje, to mam wrażenie, że czytaliśmy inne
książki. Facet sobie wyciąga jakąś tezę z kosmosu i ją udowadnia. Tak
jakbym ja na przykład wymyśliła sobie, że jak Parrault pisał Czerwonego
Kapturka to był przeziębiony. I napiszę książkę, w której będę to
udowadniać o!
Tak więc jak widzicie wysyłam negatywne emocje, dlatego lepiej, żebym nie pisała na razie
Ale jak jutro będę mniej ekhm, nerwowa powiedzmy, to może wrzucę parę
zdjęć, które udało nam się z Frankiem zrobić podczas tego niedzielnego
spacerku
Weekend
zaczął mi się wczoraj o godzinie 17:12 kiedy to radośnie pomachałam na
pożegnanie moim kolegom z pracy i za nic mając ich zazdrosne spojrzenia
(oni jeszcze mieli przed sobą przynajmniej cztery godziny pracy)
wsiadłam w moją świnkę (tak nazwaliśmy z Frankiem moje autko po tym jak
zgodnie stwierdziliśmy, że przód twingo wygląda jak świński ryjek:P) i
pokonawszy już wszystkie sygnalizatory drogowe (za każdym razem
czerwone!) wreszcie zaparkowałam na osiedlowym parkingu. Pouczyłam się z
godzinkę a potem poszłam na aerobik. A po aerobiku prosto do Franusia,
bo to u niego spędziłam dzisiaj noc. Przed snem obejrzeliśmy sobie
jeszcze jak na grzeczne dzieci przystało dobranockę – Toy Story
To jego ulubiona bajka (o ile facet dwudziestopięcioletni może mieć
ulubione bajki) a ja też ją lubię, bo kiedy ją oglądam przypomina mi się
jak oglądaliśmy ją razem po raz pierwszy – byliśmy razem około miesiąca
i właśnie się obudziliśmy po pierwszej spędzonej razem nocy (jakkolwiek
by to nie zabrzmiało:))
Rano nareszcie, jak na prawdziwą sobotę
przystało, obudziłam się dopiero po ósmej a nie jak przeważnie o
siódmej. Frankowi dałam jeszcze pospać i zajęłam się czytaniem książki,
która miałam nadzieję pomoże mi trochę w wyborze tematu pracy
magisterskiej. Nadzieja okazała się złudna. Z tego powodu musiałam
wybrać się do biblioteki ponownie.Wypożyczyłam trzy kolejne, każda z
innej beczki – trochę Emmersona, trochę postmodernizmu i „time and
narrative” Spędziłam tam trochę więcej czasu niż planowałam, bo nie
wpadłam na to (oj głupia ty), żeby książek amerykańskiego autora szukać
na półkach z literaturą brytyjską. Kiedy wyszłam zastałam Franka z miną
pieska, który zobaczył, że jego pan wreszcie się pojawił na horyzoncie.
Hihi teraz to pojechałam :PP Nie wiem jaką minę mają takie pieski, bo ja
mojego tak nie zostawiam – pół miasta by się zleciało, żeby zobaczyć
czemu on tak szczeka. W każdym razie wreszcie opuściliśmy uniwerek i
wybraliśmy się na spacer. Cudowny był to spacerek, bo pogoda naprawdę
śliczna. Było mniej więcej tak:

Przeszliśmy
chyba pół miasta. Uwielbiam takie spacery. Franek trochę jęczał na
początku, ale potem skapitulował a nawet mu się spodobało. Na szesnastą
dotarliśmy do domu i nasze drogi się rozeszły – on do kolegów a ja do
książek. Franuś pojechał na mecz, ale było mi to nawet na rękę, bo cały
czas wisi nade mną ta prezentacja, więc wróciłam i od razu siadłam do
książki. Dzień uważam za bardzo udany i czuję się usatysfakcjonowana, bo
nie dość, że zaliczyłam spacerek, relaksik i różne inne przyjemne
rzeczy, to udało mi się wykonać plan na dziś i przeczytać wszystko, co
sobie na dziś zaplanowałam. I teraz mogę z czystym sumieniem położyć się
spać.
Założenia
na jutro: dłuuuga kąpiel, niedzielna msza, spacerek nad jezioro
maltańskie, kolejny rozdział tej męczącej książki, tłumaczenie na
zajęcia z translacji, trochę hiszpańskiego, Superniania (a co :P), Teraz
albo nigdy, gasimy światło i spać
Mam nadzieję, że mi się uda. A szanse są duże zważywszy na fakt, że przecież godzinkę dłuższą noc mamy dzisiaj
Dobranoc.