*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 27 stycznia 2009

Dlaczego do Londynu?

Bo muszę gdzieś wyjechać. Potrzebuję malutkich wakacji. Oderwania się od rzeczywistości. Muszę mieć na co czekać… I muszę jechać po buty hi hi. Mam zamiar lecieć tylko na parę dni. A właściwie mamy zamiar, bo Franek powiedział, że mnie samej nie puści.
Nawiązując do jednego z komentarzy, ja również nie wyobrażam sobie wyjechać na dłużej. A właściwie nie muszę sobie wyobrażać, bo wiem jak to jest. Ponad dwa lata temu byłam w Hiszpanii. Dostałam stypendium i wyjechałam tam na studia, mieszkałam w Cordobie przez pół roku. Może kiedyś przyjdzie czas i napiszę trochę więcej o tamtym okresie. Ale tak w skrócie – to było niesamowite doświadczenie. Bardzo dużo mi to dało. Nauczyłam się bardzo dużo. O języku nawet nie wspominam, ale nauczyłam się życia. I dowiedziałam się dużo o sobie. I, nawiasem mówiąc, dowiedziałamsię dużo o koleżance, z którą wyjechałam, ale niestety to nie były miłe odkrycia. Przeżyłam tam wiele pięknych chwil, ale te najpiękniejsze były wtedy,kiedy Franek przyleciał do mnie na święta i Sylwestra. Bo tak naprawdę ten okres to był czas ogromnej tęsknoty za domem, rodziną, Frankiem, Polską…Niestety czułam się tam samotna i mimo, że miałam znajomych, nie potrafiłam się do końca odnaleźć w zagranicznej rzeczywistości. Odkryłam, że jestem Polką.Polką w domu, nie na emigracji. Mieszkanie za granicą jest nie dla mnie. Ale nie żałuję, ze wyjechałam, bo pod pewnymi względami tamten okres był również piękny. Jeden z najlepszych w moim życiu.
W każdym razie podróżować lubię bardzo. I krótkotrwałe wyjazdy za granicę jak najbardziej mnie pociągają. W zeszłym roku pod koniec lutego zrobiliśmy sobie z Frankiem małe tournee po Hiszpanii. Dziesięć dni zwiedzania. Zaczęliśmy od Madrytu, przez Toledo, popołudnie Hiszpanii – odwiedzenie starych kątów w Cordobie, Sevilla, Cadiz… Było wspaniale. Tak naprawdę w zeszłym roku po świętach żyliśmy tylko tym wyjazdem…I w tym roku brakowało mi czegoś… Chciałam na coś czekać. Marzy nam się jeszcze zwiedzenie Salamanki i Barcelony, ale niestety na razie nie stać nas na taki wyjazd jak w zeszłym roku. Ale wtedy przypomniałam sobie, że koleżanka zapraszała mnie do siebie do Londynu, gdzie studiuje. Londyn jest bliżej,łatwiej się tam dostać… Pomyślałam, że to dobry pomysł wyskoczyć na weekend. A z tymi butami też nie żartuję :) Byłam w Anglii dwa razy – jak miałam 16 i 18 lat. Mieszkałam tam w Hastings i Brighton, ale mieliśmy też wycieczkę do Londynu. I za każdym razem kupiłam sobie tam parę oryginalnych Martensów. Najwygodniejsze buty świata :) Moje granatowe Martensiki mają już prawie sześć lat, więc czas je wymienić :P A tak przy okazji, z Hiszpanii zawsze przywożę sobie papcie :D
Wczoraj dostałam od koleżanki z Londynu potwierdzenie,napisała, że na nas czeka. Pozostaje mi tylko bukować bilety. Dzisiaj pogadamyz Frankiem i zastanowimy się, czy zrobimy to przez Internet, czy przejedziemy się na Ławicę…

niedziela, 25 stycznia 2009

Coś dla ciała. I dla ducha też.

W czwartek wieczorem poczułam się zmęczona. Z jednej strony wiedziałam, że mam dużo nauki, ale uczyłam się codziennie i tego dnia wróciłam z hiszpańskiego i już mi się nic nie chciało. I niestety tak mi się utrzymywało przez cały weekend. Dzisiaj wieczorem też miałam zamiar się pouczyć, ale skończyło się na Reddsie i teraz mi błogo, a uczyć się nie chce. Trudno. To jest chyba tak zwane zmęczenie materiału. A na niedzielę mam esej do napisania, mam dopiero niecałą połowę:( No nic intelektualnie się niespecjalnie rozwinęłam ostatnio. Zatroszczyłam się za to o ciało. Zaliczyłam wczoraj wizytę u kosmetyczki i fryzjera. A dzisiaj miała być długa kąpiel w olejkach i takich tam, ale nie było mi dane. Od rana nie było wody na połowie osiedla. Rura pękła. Przeczekałam do 14 i w końcu poszłam do Franka pod prysznic i na obiad, bo przecież bez wody to nawet nie mogłam obiadu zrobić. I dla ducha też trochę było. Przeczytałam dwie książki. A od jutra trzeba się wziąć do roboty. Na niedzielę esej, a potem na 15 lutego następne koło i znowu prezentacja. Na pewno ostatnia w tym roku. I prawdopodobnie ostatnia na tych studiach. Już bliżej niż dalej :) 
 I tak weekend minął na niczym. Ja to jednak nie mogę mieć całych dni wolnych. Nic wtedy nie robię. A jak wracam z pracy o 16, a na 19 już lecę na hiszpański to nagle w te trzy godziny zrobię dużo więcej niż w taką sobotę. Chyba idę spać, bo naprawdę mi błogo po tych piwkach:)
Ps. A za dwa miesiące lecę do Londynu.