*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 25 sierpnia 2009

Wreszcie Zakopane.

Zastanawiałam się jaką notkę dzisiaj wrzucić, bo miała być taka słodko-gorzka, ale potem pomyślałam, że muszę wreszcie zrelazjonować te nasze wakacje, bo zaraz Boże Narodzenie będzie i nikt już nie będzie pamiętał, że w ogóle gdzieś byliśmy:) Namęczyłam się strasznie z tą relacją. Zdjęcia nie chciały wchodzić, a w ogóle to jakieś takie zniekształcone powychodziły. Trudno, tak już musi być:) Enjoy.
Po pierwszym urlopie spędzonym na nadmorskim leniuchowaniu, przyszedł czas na wypoczynek aktywny. W Tatry chcieliśmy już wyjechać w zeszłym roku, ale pogoda była zbyt niepewna. W tym roku miało być ładnie, ale niestety i tak pogoda pokrzyżowała nam plany. Wyjechaliśmy razem z moim wujkiem, który przeszedł chyba wszystkie szczyty tatrzańskie. Ja większą wyprawę zaliczyłam dwa lata temu, ale Franek Tatry znał tylko z Gubałówki i Kasprowego, więc ciekawi byliśmy jak mu się spodoba.
We wtorek mieliśmy przejść od Doliny Chochołowskiej na Grzesia a stamtąd przejść grzbietem Rakonia na Wołowiec. Przed ósmą już byliśmy na szlaku:
Ups… Jeszcze raz :) Przed ósmą byliśmy na szlaku:
Było dość chłodno, ale niebo było dość jasne, więc łudziliśmy się, że wszystko się wyklaruje. Niestety na szlak prowadzący na Grzesia wchodziliśmy już ubrani w peleryny. A na szczycie lało tak, że nie spędziliśmy tam nawet pięciu minut, tak zacinało. Poza tym widoków nie było żadnych. Ruszyliśmy dalej, ale okazało się, że szlak jest nie do przejścia, takie błoto. Było za ślisko. Nie było innego wyjścia jak wrócić, bo w takiej ulewie nic dobrego  z wycieczki by nie wyszło. I tak byliśmy przemoczeni do suchej nitki, w butach nam chlupało i było średnio przyjemnie. Byłam dość mocno rozczarowana, ale tak to bywa w górach.
Słaby widok z Grzesia:
Następnego dnia pogoda była zdecydowanie ładniejsza. Mijając Wodogrzmoty Mickiewicza skręciliśmy w Dolinę Roztoki.  Doszliśmy pod Siklawę a potem do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Stamtąd poszliśmy przez Świstówkę nad Morskie Oko.  Wróciliśmy po dziesięciu godzinach.
Widoki z Doliny Roztoki: :)
A w dole Dolina Pięciu Stawów. Chociaż jak dla mnie powinna się nazywać Doliną Czterech Stawów i Kałuży ;) Widok ze Świstówki.
A tu w dole Morskie Oko, powyżej Czarny Staw a po lewej Rysy w chmurach.


  
Granaty, moje marzenie ;)
    
Wspinamy się na Świstówkę:
  
Gdzieś po drodze:)

Wodospad Siklawa:
    
    A tu już schodzimy:
Pod koniec dnia pogoda znowu zaczęła się nieco psuć…
A tu już widok znad Morskiego Oka:
I jeszcze ostatni rzut okiem. Tu byliśmy: :)
Po dwóch dniach takich wypraw w czwartek bolały nas już wszystkie mięśnie. A przede wszystkim stopy. Oczywiście nie obyło się bez małych pęcherzy, więc potem to już tylko mieliśmy lajtowe spacerki. Generalnie wyjazd nam się udał. Może wycieczki w góry nie do końca, ale jeszcze wszystko przed nami. Przekonaliśmy się, że Frankowi góry również nie straszne a przede wszystkim podłapał bakcyla, więc może w przyszłym roku znowu wyruszymy na szlak. Ja co prawda mam ochotę na te bardziej niebezpieczne szlaki, ale chcę zdobyć wszystko stopniowo. Żeby nie przeszarżować. Ale mam nadzieję, że się doczekam wreszcie Koziego Wierchu na przykład. O Orlej Perci jeszcze na razie nie wspominam, moja mama chyba by na zawał zeszła ;)
A notka słodko-gorzka być może jutro. Chociaż u mnie ostatnio nic nie jest pewne…

niedziela, 23 sierpnia 2009

Parę słów.

Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie i miłe słowa. Świadomość, że jest parę osób, które się interesują tym co u mnie słychać podnosi na duchu.W „realnym” świecie również najbliżsi pocieszali mnie jak mogli. Zawsze kiedy dzieje się u mnie coś ważnego, informuję o tym kilka osób -Franka, mamę i wujka (brata mamy, który jest dla mnie prawie jak drugi tato). No i Dorotę jeszcze. Tym razem też tak było. Zadzwoniłam, mimo że było już bardzo późno. Musiałam się wyżalić i już.
Jest trochę lepiej. Po kilku dniach wszystko blednie. Zbladła również ta porażka, chociaż nadal jeszcze kilka razy dziennie czuję jak gorycz zalewa moje serce. Nie potrafię się do końca pogodzić z tą porażką.
Wiem, że pewnie brzmi to zbyt dramatycznie. Może dla niektórych sprawa jest niewarta tylu nerwów i łez. Ale dla mnie jest to poważna rzecz. Czuję się trochę oszukana i jest mi bardzo przykro. Na niektórych porażki działają mobilizująco. Na mnie wręcz przeciwnie. Odechciewa mi się wszystkiego, kiedy widzę, że moje wysiłki idą na marne. Kolejną kwestią jest to, że cały ten egzamin poważnie podkopał moją wiarę w siebie i we własne umiejętności. I jeszcze jedno. Wiem, że wiele osób jest bardzo zaskoczonych, może nawet bardziej niż ja, moją porażką. I to jest również bardzo przykre, bo czuję się, jakbym zawiodła te osoby, chociaż wiem, że one w żaden sposób mnie nie obwiniają.
To tyle w tym temacie. Wiem, że nic na to nie poradzę i pewnie powoli zatrze się nawet to gorzkie uczucie porażki. Na razie jeszcze we mnie siedzi, jak taki wyrzut sumienia gdzieś w kąciku i wyłazi w momencie, kiedy zaczynam się śmiać, żeby mi przypomnieć, że do śmiechu nie powinno mi być. Muszę się wreszcie otrzepać…
Jeszcze raz dziękuję bardzo za komentarze. Mam nadzieję, że wreszcie jutro uda mi się zamieścić tę relację z Zakopanego:) Chociaż nie wiem, czy szlag mnie wcześniej nie trafi, bo na tym nowym komputerze trochę mi się trudno piszę i tę notkę trzy razy zaczynałam :)
Ps. Pomyślałam sobie nawet, że pokarało mnie tym egzaminem za ten mój dobry humor z początku sierpnia. Przesadziłam. W życiu jednak się trzeba kierować zasadą złotego środka… :)