*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 21 kwietnia 2010

Sny to jedna z największych zagadek – naukowych i nie tylko. Nie można o nich powiedzieć w zasadzie nic pewnego.

Jeśli o mnie chodzi, wierzę, że sny nie biorą się one znikąd. Nie przemawia do mnie idea snów proroczych – uważam, ze nawet jeśli przyśni nam się coś, co ma potem miejsce w rzeczywistości, to albo zadziałało to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, albo sen był po prostu odzwierciedleniem naszych myśli, nadziei lub obaw i już wcześniej przeczuwaliśmy, że coś takiego się stanie. 
Czasami zdarzają się sny głupie i zupełnie bez sensu. Myślę, że wtedy sny są efektem porządków jakie robimy sobie na osobistym twardym dysku podczas nocnego odpoczynku, polegających na wymiataniu wszystkich niepotrzebnych myśli i informacji i łączeniu ich czasami zupełnie absurdalnie. I nie ma sensu przypisywanie im żadnego znaczenia :) 

W ogóle interpretacja snów to tajemnicza sprawa :) Myślę, że głównie chodzi o to, żeby potrafić odnieść sen do naszego życia. Trzeba go potraktować jako symbol, a jak wiadomo symbole mogą  mieć różne znaczenie – taki sam sen pewnie dla dwóch różnych osób znaczy co innego. W każdym razie ja zawsze robię to tak, żeby interpretacja wyszła dla mnie korzystna :) Generalnie, sny traktuję z przymrużeniem oka, ale czasami lubię się nad nimi zastanowić – zwłaszcza  kiedy śni mi się coś charakterystycznego lub jakiś sen powtarza się w różnej formie.

Jakiś czas temu często śniło mi się kilka razy, że rodzę dziewczynkę. Przeczytałam, że oznacza to odciążenie organizmu, oczyszczenie, uwolnienie się od zmartwień i kłopotów, nowe, korzystne możliwości oraz zapowiedź nowego nastawienia wobec życia. Wyobraźcie sobie, że te sny miałam na kilka dni przed obroną pracy magisterskiej… Moja podświadomość zadziałała wzorowo wysyłając mi takie sny, bo po prostu wiedziałam, że po tym wydarzeniu zmieni się jakoś moje życie, skończy się pewien etap no i uwolnię się od ciężaru jakim było myślenie o pracy magisterskiej i obronie.  Problemem jest urodzenie dziewczynki, bo podobno taki sen oznacza jakieś kłopoty i bolesne doświadczenia, ale ja zinterpretowałam to po swojemu – chociaż w ogóle nie myślę jeszcze o dzieciach, chciałabym zdecydowanie bardziej mieć dziewczynkę, niż chłopca, i w tym śnie bardzo się cieszyłam z płci dziecka. Więc uznałam to za dobry znak i swego rodzaju zapowiedź spełnienia marzeń. Jak wiecie, obrona poszła mi świetnie, dokładnie tak, jak tego chciałam :)

A dzisiaj śnił mi się samolot. A konkretnie mój lot do Irlandii. Oczywiście ma to ścisły związek z tym, że od kilku dni nic innego nie robię, tylko słucham wiadomości i co pięć minut sprawdzam stronę internetową Ławicy i mojego przewoźnika… Śniło mi się, że czekałam do ostatniej chwili na wiadomość, czy lot się odbędzie. W końcu okazało się, że tak. Miałam 30 minut na stawienie się do odprawy. A ja, kurka wodna, nie byłam jeszcze spakowana!! No i spóźniłam się o minutę :( Wbiegłam na płytę lotniska (takie rzeczy to tylko w snach:)) dosłownie parę sekund po tym jak samolot zaczął kołować. Ogarnęło mnie ogromne uczucie rozczarowania, że już było tak blisko, a jednak nie poleciałam – i to z mojej winy. Na szczęście zaraz się obudziłam.
Sen uznałam jednak za dobry znak… Część lotów z Ławicy już się dzisiaj odbywa, od jutra po południu mój przewoźnik ma również przywrócić połączenia. Prognozy mówią o tym, że na razie wulkan będzie „rzucał” lawą a nie pyłem a od jutra niebo nad Europą ma być względnie czyste… Oby… Bylebym tam poleciała, potem niech sobie wybucha co chce, jak nie będę miała jak wrócić, to już problem mojego szefa :P W każdym razie sen potraktuję jako proroctwo w tym wymiarze, że nie mogę się pakować na ostatnią chwilę :)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Dylematy osiołka

Dzisiaj będzie o dylematach osiołka :) Czyli o wyższości samochodu nad pociągiem bądźjej braku :) Wiele osób, kiedy słyszy, że zastanawiam się, czy jechać do domu samochodem, czy pociągiem, puka się wymownie w czoło. Bo wydawałoby się,że w ogóle nie powinno się porównywać tych dwóch środków transportu –zwłaszcza, że wszyscy wiedzą na jakim poziomie jest nasza kolej. Ale ja uważam,że wybór nie zawsze jest taki oczywisty.
Samochód kupiłam jedynie ze względu na to, że dwa razy w tygodniu jeżdżę do biura pod Poznaniem. Kiedy nie miałam auta, musiałam jechać z przesiadkami i do tego jeszcze iść całkiem spory kawałek piechotą. Przy dobrym wietrze trwało to około godziny w jedną stronę. Przemęczyłam się niecały rok i zdecydowałam się na kupno samochodu. Teraz jadę do pracy dokładnie 12 minut. W pozostałe dni tygodnia, pracuję w Poznaniu i wtedy wolę tramwaj, bo wsiadam na przystanku niedaleko domu, niczym się nie przejmuję przez kolejne 20 minut i jeszcze sobie książkę poczytam. Jest taniej a żadne korki i złe warunki pogodowe mi nie straszne.
Pociągiem jeździłam do domu przez cztery lata. Nie lubiłam połączeń z przesiadką, czasami miałam problem z ciężkim bagażem, innym razem musiałam się mocno zwalniać z zajęć czy z pracy, żeby zdążyć na ostatni pociąg, ale nigdy specjalnie nie psioczyłam na fakt, że nie mam samochodu. Za to od kiedy miałam auto, często sobie myślałam, że miło byłoby pojechać pociągiem. I tu dochodzimy do mojego dylematu piątkowego.
Zaletą podróży samochodem jest to, że nie jest się od nikogo i niczego uzależnionym – sama decyduję o tym, kiedy wyjadę i nie muszę się dostosowywać do żadnego rozkładu. Poza tym mogę zabrać ze sobą tyle rzeczy, ile się zmieści, a nie, ile uniosę :)
Z drugiej strony jednak, samochód prowadzę minimum przez trzy godziny i są to trochę godziny stracone. A jak jestem zmęczona, podróż bywa uciążliwa. Czasami naprawdę wolę pojechać trochę dłużej pociągiem, ale za to mieć okazję do tego, żeby sobie poczytać albo się zdrzemnąć. No i pociąg, nawet teraz, kiedy już nie mam zniżki studenckiej, wychodzi taniej o około 25 złotych w jedną stronę. A od kiedy w grudniu zmienił się rozkład jazdy, połączenia są w korzystniejszych dla mnie godzinach i bez przesiadek, nie mam więc dylematu, że trzeba się zwolnić z pracy albo zrezygnować z niedzielnego obiadu.
Wygoda? To jest pojęcie względne :) Bo zależy na jakiej wygodzie akurat człowiekowi zależy – oczywiście, przy niektórych warunkach pogodowych jazda samochodem jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Ale za to trzeba być cały czas skoncentrowanym no i siedzi się przez kilka godzin w jednej pozycji. Z drugiej strony czasami pociągiem jest po prostu bezpieczniej.
Jak widać to wcale nie jest takie jednoznaczne, że lepiej jest samochodem albo pociągiem :) Czy teraz rozumiecie, dlaczego się zastanawiałam? :) Wszystko zależy przede wszystkim od okoliczności i zwykle biorę pod uwagę, jakie są warunki pogodowe, ile mam rzeczy do zabrania zesobą, czy jestem bardzo zmęczona, jak bardzo mam ochotę poczytać książkę w podróży i czy zależy mi na czasie.