*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Niepokój.

Zawsze byłam osobą, która się wszystkim bardzo przejmuje. Już jako dziecko często budziłam się w nocy i nie mogłam ze zmartwienia zasnąć ponownie. Czasami sprawy były błahe, ale dla mnie urastały do ogromnych problemów. Pamiętam jak jeden raz obudziłam się i przypomniałam sobie o jakichś klockach do zabawy. Przypomniało mi się, że część z nich się zgubiła. I nie mogłam zasnąć z powrotem, bo tak strasznie było mi przykro, że dostałyśmy te klocki od rodziców a część się zgubiła. Wiem, że to może się wydawać Wam śmieszne, mało które dziecko przejmowałoby się z takiego powodu. Ale ja tak, bardzo się tym martwiłam. Miewałam jeszcze kilka takich zmartwień. Czasami były też sprawy poważniejsze – choć nadal na miarę mojego – jeszcze jednocyfrowego wieku. Ale bywały też zmartwienia bardzo poważne, jak choroba babci, czy pechowe wydarzenia w domu. Rzadko rozmawiałam z rodzicami o tym, co mnie gryzło. Zwykle moje smutki odbijały się na kiepskim apetycie, czy kłopotach ze snem. No i przede wszystkim tym, że wymiotowałam w nocy. Bywały okresy, kiedy zdarzało mi się to kilka razy w tygodniu. Mama nie nadążała z praniem pościeli. Rodzice jeździli ze mną po lekarzach, doszukiwano się problemów z wątrobą i nerkami, a ja teraz z perspektywy czasu myślę sobie, że to wszystko było rezultatem stresu i zmartwień, jakie w sobie miałam.

Takie zamartwianie się mi zostało do dziś. Oczywiście sprawy zwykle są poważniejsze :) Ale przyznaję, że wiem, że czasami martwię się za bardzo. Teraz staram się do wszystkiego podchodzić bardziej racjonalnie, choć przyznaję, że i tak nie zawsze mi wychodzi. Nie potrafię żyć z dnia na dzień, owszem bywa, że jestem spontaniczna, są sprawy, które odsuwam od siebie, bo wydaje mi się, ze jakoś to będzie. Ale niestety równie często przejmuję się czymś, na co nawet nie mam wpływu.

Ostatnio dość często odczuwam jakiś trudny do sprecyzowania niepokój. Niby jest dobrze, czuję się w porządku, mogę nawet być w dobrym nastroju, ale czuję, że we mnie siedzi jakiś lęk. Nie jestem pewna czego on dotyczy, chociaż wydaje mi się, że chodzi o przyszłość. Zaczęłam się ostatnio martwić sprawami, którymi wcześniej niespecjalnie się przejmowałam. Wiem, że często jest to irracjonalne, a przede wszystkim zupełnie niepotrzebne, ale nie umiem sobie z tym poradzić. Staram się wyciszyć te wszystkie emocje i myśli, ale gdy tylko one wyczują moją słabość, wyłażą na wierzch. Niestety.

Nie, nie chodzi o to, że jestem w dołku. Zdecydowanie tak nie jest. Śmieję się, śpiewam, żartuję. Nadal sprawia mi przyjemność to, co zawsze, zwykle jestem w dobrym humorze. A jednak mam jakieś takie złe przeczucia. Nawet nie wiem czego dotyczą, ale bardzo chciałabym, żeby sobie poszły.

No proszę, notka miała być zupełnie o czymś innym :)) Ale jak usiadłam to słowa jakoś tak same popłynęły :)
A teraz mam do Was pytanie – przyznawać mi się w komentarzach, kto lubi łańcuszki. A jak ktoś nie lubi, to niech pisze wyraźnie :) Mam w zanadrzu kilka, z których chciałabym się wywiązać, no a później, jak to w przypadku łańcuszków bywa, muszę wytypować kilka osób. Chciałabym potem uniknąć czytania na Waszych blogach czegoś w stylu: „nie znoszę łańcuszków, no ale ta wredna Margolka mnie wytypowała, więc niech już jej będzie” :P

sobota, 7 sierpnia 2010

Drzwi antydziadkowe.

Jak tak sobie niedawno rozmawiałyśmy w komentarzach o naszych doświadczeniach związanych z drzwiami, zamkami i kluczami, przypomniało mi się jeszcze kilka mniej lub bardziej zabawnych historii „zamkowych”

Jedna wydarzyła się pięć lat temu. Byłam wtedy między pierwszym a drugim rokiem studiów i pojechałam do Poznania, żeby tam odbyć praktyki ogólnozawodowe. To był przełom sierpnia i września.W czerwcu gościła u nas Juska (wtedy studiowała w innym mieście) i miała klucze Doroty, która już miała wakacje i wróciła do Miasta. Kiedy Juska wyjeżdżała, Dorota nakazała jej zostawić klucze w mieszkaniu w Poznaniu, bo miała jechać na jakiś obóz i potem wracać przez Poznań do Miasta. Juska zatrzasnęła więc drzwi i klucze przeleżały sobie grzecznie przez kolejne dwa miesiące na szafce.
Na początku września Dorota zadzwoniła do mnie, że przyjedzie w sobotę. Problem pojawił się w momencie, kiedy okazało się, że w piątek wracam do Miasteczka na weekend. Jak przekazać klucze Dorocie? Wpadłyśmy na pomysł, żeby zostawić je u sąsiada – starszego pana, który nie wiedzieć właściwie czemu darzył moją współlokatorkę szczególną atencją.

W czwartek wieczorem zaniosłam klucze do sąsiada. I się przestraszyłam. Zamykałam drzwi na łucznik, ale uświadomiłam sobie, ze skoro Dziadek (tak nazywałyśmy tego pana) ma klucze, to jeszcze mi wejdzie w nocy do mieszkania. Wiedziałam, że oka nie zmrużę, bo po prostu wkręciłam sobie, że on pewnie ma jakieś złe zamiary. I nagle oświeciło mnie, jak zapobiec ewentualnemu wtargnięciu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i uspokojona zasnęłam snem sprawiedliwego.
Rano wychodziłam do banku, gdzie odbywałam praktyki studenckie. Ubrałam się, zjadłam śniadanie, spakowałam torebkę i chciałam wyjść. Chciałam, ale się nie udało. Drzwi były zamknięte na dwa zamki – na górny typu „Łucznik” i dolny, którego nigdy nie zamykałyśmy będąc w mieszkaniu, a który tym razem zamknęłam w obronie przed Dziadkiem, a który można otworzyć tylko kluczem z obydwu stron.
Tylko gdzie te klucze??? Zamknęłam się w mieszkaniu i w ten sposób sama na siebie zastawiłam pułapkę. Wywaliłam wszystko z torebki – nie ma. Przeszukałam koszyczek, w którym zawsze leżą klucze – brak. Przewróciłam całe mieszkanie do góry nogami – nadal nie znalazłam. Poodsuwałam nawet wszystkie szafki i nic! Totalnie zrezygnowana usiadłam na łóżku. I nagle… oświeciło mnie tak samo jak dzień wcześniej! Jedynym sposobem na to, żeby Dziadek nie wlazł mi w nocy do mieszkania, razem ze swoimi niecnymi zamiarami było zamknięcie zamków – górnego i dolnego, z tym, że w tym dolnym trzeba było po prostu zostawić klucz – wtedy nikt z zewnątrz swojego klucza by nie włożył. Poszłam do przedpokoju. A jakże. Klucze spokojnie w zamku tkwią.
Nie pytajcie dlaczego ich nie zauważyłam przy pierwszej próbie wyjścia. To tylko kolejny przykład mojego roztrzepania :)