*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 24 września 2010

Nowa ustawa.

Nie podoba mi się ta nowa ustawa. Mam na myśli to, że od 2011 roku, 6 stycznia ma być dniem wolnym od pracy (chyba, że się nasz Senat lub Prezydent pod tym nie podpiszą).
Prawdę mówiąc nie widzę sensu takiego stanu rzeczy. Po co ten dzień ma być wolny? Bo mnie się wydaje, że tylko po to, żeby sobie ludzie robili trzytygodniowe superdługie weekendy. Chociaż i tak wydaje mi się, że całkiem sporo osób wcale na tak długą nieobecność w pracy nie będzie mogła sobie pozwolić – początek miesiąca, ba! przełom roku – w wielu miejscach pracy jest to okres zamykania jednego okresu i przygotowywanie się do kolejnego. Taki wolny dzień ni z gruchy ni z banana w środku tygodnia będzie tylko przeszkadzał.
Pewnie, że fajnie jest móc legalnie nie iść do pracy, ale ja po prostu uważam, że jeśli już chcieli zrobić koniecznie jakiś dodatkowy wolny dzień, to lepszy byłby na przykład Wielki Piątek – kiedy wszyscy szykują się do świąt wielkanocnych. Albo 2 listopada – tuż po Wszystkich Świętych, kiedy to ludzie jeżdżą zwykle po całej Polsce a i tak na drugiego muszą być w pracy, co czasami jest nie lada sztuką…
Niektórzy mówią, że polskiej gospodarki po prostu nie stać na dodatkowy dzień wolny. Od razu mówię, że sprawami gospodarczymi nie interesuję się na tyle, żeby obiektywnie to stwierdzić. Ale być może wyjdzie na to samo, skoro w zamian za tego 6 stycznia, odebrane zostaje nam prawo odrabiania sobie dnia wolnego, kiedy święto przypada na przykład w niedzielę… Słyszałam dziś wypowiedź jakiegoś eksperta, że to i tak w rzeczywistości było stosowane tylko w urzędach. Ale to nie do końca tak – bo nawet jeśli faktycznie nie było tak, że na przykład ja czy Franek nie mogliśmy sobie nie pójść do pracy w poniedziałek, jeśli 3 maja wypadał w niedzielę, to jednak etat w danym miesiącu był o te osiem godzin zmniejszony. Ja miałam płacone nadgodziny, a Franek miał mniej kursów w miesiącu. I jakoś wydaje mi się to rozsądniejsze i dla nas, zwykłych zjadaczy chleba bardziej korzystne niż ten wolny 6 stycznia :)
Ale możliwe, że się nie znam. Powtórzę się – nie podoba mi się ta ustawa, ale może ktoś mnie przekona? Bo ja po prostu nie widzę żadnego powodu, dla którego Trzech Króli miałoby być dniem wolnym – argumenty, że tak było pięćdziesiąt lat temu, ani to, ze tak jest również w Hiszpanii czy Niemczech jakoś do mnie nie przemawiają. A jeśli to sprawa wiary – wierzący i praktykujący i tak zwykle dadzą radę pójść tego dnia na mszę, czy pracują, czy nie… Więc jeśli ktoś mógłby mi przedstawić jakieś logiczne i przekonujące argumenty, to ja bardzo poproszę, no bo może ja się tu niepotrzebnie upieram przy swoim zdaniu? :)
Ps. I mimo tego, że to mi się nie podoba, oczywiście przeżyję fakt, że nie będę musiała iść tego dnia do pracy :) Naprawdę, i przypuszczam, że jeszcze będę się z tego cieszyć w dodatku :P O ja niekonsekwentna! :)

czwartek, 23 września 2010

Jak dobrze nam zdobywać góry…

Czas najwyższy podzielić się z Wami wrażeniami z wakacji. Wróciliśmy co prawda już jakiś czas temu, ale celowo zawsze czekam z relacją aż wspomnienia zaczną się lekko zacierać… Wtedy sięgam po zdjęcia i przywołuję te wszystkie piękne chwile…

Pojechaliśmy w Tatry z zamiarem zdobycia dwutysięcznika… Potrzebna nam była do tego ładna pogoda. Już kilka tygodni wcześniej śledziłam wszelkie prognozy i kiedy usłyszałam, że ładnie ma być we wtorek i środę, czym prędzej zadzwoniłam do Zakopanego i zmieniłam rezerwację :)  Pojechaliśmy dzień wcześniej. Jak się później okazało, to była świetna decyzja.
We wtorek wstaliśmy o siódmej i z radością zobaczyliśmy słońce zaglądające nam do okien :) Ubraliśmy się szybko, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy prowiant i o ósmej byliśmy na trasie. Naszym celem był Wołowiec. To ta biała, słabo widoczna góra :) Żeby tam dojść musieliśmy przejść Dolinę Chochołowską a następnie wdrapać się na Grzesia i przez Rakoń wejść na Wołowiec. W zeszłym roku się nam to nie udało…

 
… rozpadało się i kiedy weszliśmy na Grzesia nie dało się dalej iść. Musieliśmy wracać. Tym razem na szczycie nadal było pięknie:


 
Ta biała polanka na dole to właśnie Dolina Chochołowska, a tą słabo widoczną strzałeczką zaznaczyłam mniej więcej miejsce, z którego robione było pierwsze zdjęcie :) Jak widać spory kawałek trasy już pokonaliśmy. Ale dużo więcej było przed nami.
Im wyżej się wdrapywaliśmy, tym więcej ciuszków trzeba było na siebie założyć. Wybaczcie mało profesjonalny strój, ale w tym roku kupiliśmy Frankowi specjalne buty w góry, kolejną część garderoby kupimy za rok. I tym sposobem może za dziesięć będziemy wyglądać profesjonalnie :)
W drodze na Rakoń, w tle widać Wołowiec właśnie…

 

A to już widok z Rakonia:

   

No i Wołowiec widziany z Rakonia:

 
Franek zaczął się wycofywać. Zresztą nie tylko on. Całkiem sporo ludzi zniechęconych ilością śniegu i trudnym podejściem się wycofywało… Usiedliśmy na rozstaju dróg i radziliśmy co robimy… Franek ma lęk wysokości i trochę się bał. Przede wszystkim tego, że się poślizgniemy i polecimy zboczem w dół. Ja ani trochę nie miałam takich obaw. Wiedziałam, że od szczytu dzieli nas jakieś pół godziny drogi i strasznie żal było mi wracać. Żeby drugi raz nie dojść na sam szczyt… Nie odważyłabym się iść, gdyby nie to, że mimo, wspomnianych wcześniej osób, które rezygnowały, było też wiele, które szły dalej. Wydawało mi się, że damy radę. Albo, że chociaż możemy spróbować…


 
Udało się. Przekonałam Franka. A właściwie sam się przekonał. No i wiedział, że będę bardzo rozczarowana… Warto było! Same zobaczcie:

 
A jaka satysfakcja :) Franek był zadowolony, ze jednak weszliśmy. Teraz czekało nas najgorsze :) Bo wejście to pikuś przy schodzeniu w śniegu po kolana :)
 

 
Fajna przygoda. Było ślisko i mokro. Ale nie było bardzo niebezpiecznie – zbocze nie było bardzo strome, a poza tym widziałam, że nawet gdyby któreś z nas się poślizgnęło, łatwo było się zatrzymać. Nie było przepaści. I faktycznie, kilka razy się przejechaliśmy się na pupach :)

A to zdjęcie uważam za najpiękniejsze. Jest na nim wszystko:


Do Doliny Chochołowskiej zeszliśmy po kilku godzinach. Ostatecznie nasza wyprawa trwała ponad dziesięć godzin. Dziesięć godzin na nogach. Byliśmy obolali. Dlatego na drugi dzień nie było opcji, żeby iść gdziekolwiek w góry. Po prostu nie dalibyśmy rady. Ba! My nie byliśmy w stanie zejść po schodach (bo z wchodzeniem wcale źle nie było wbrew pozorom :)) Dlatego też postanowiliśmy, że postoimy kilka godzin na Kasprowy Wierch i wjedziemy nań kolejką :) Plan się udał. Tylko… pogoda niestety nie :( Było pochmurno a na szczycie padał śnieg. A tak chciałam zobaczyć moją ukochaną Orlą Perć, Kozi Wierch, Świnicę… Niestety nie udało się.

 
Cóż, może za rok… Kolejnego dnia nasze nogi nadal były obolałe, ale już byliśmy w trochę lepszej formie, więc wybraliśmy się na całodzienny spacer po Dolinie Kościeliskiej.



Wędrując sobie po niej odbiliśmy jeszcze nad Smreczyński Staw i do Jaskini Mroźnej:

 

Przeszliśmy też przez Wąwóz Kraków aż doszliśmy do trasy jednokierunkowej prowadzącej do jaskini Smoczej Jamy. Wchodziło się do niej po drabince, poza tym trzeba się tam było trzymać łańcuchów, no i była zupełnie ciemna. Na szczęście mieliśmy latarkę. Franuś znowu się wahał, ale go przekonałam 

 

 

I znowu był zadowolony, że dał się namówić a przede wszystkim dumny z siebie, że udało mu się pokonać lęk :) Ja też jestem z niego dumna i jestem pewna, że jeszcze kilka takich wypadów ze mną w góry a wejdzie na Orlą Perć – chociaż cały czas zarzeka się, że tak wysoko to on na pewno wchodzić nie będzie :))
Wiem, że nie powinnam go naciskać i staram się tego nie robić, ale to wszystko przez to, że ja się w ogóle nie boję wysokości. Mogę stanąć nad przepaścią i nawet nie drgnę… Ale z drugiej strony to nawet dobrze, że Franek ma ten lęk wysokości (który jednak stopniowo zwalcza), bo mnie trochę hamuje. W końcu jak to mówi mój wujek – spadają ci, którzy się nie boją, a nie ci z lękiem wysokości… :)

Ostatniego dnia wybraliśmy się jeszcze wyciągiem krzesełkowym na Butorowy Wierch i przeszliśmy na Gubałówkę, z której zjechaliśmy kolejką. O 13 wsiedliśmy do samochodu, bo czekała nas siedmiogodzinna podróż do Miasteczka.

Podsumowując – było wspaniale. Wracaliśmy wykończeni i o 22 już smacznie spaliśmy. Wszystkie mięśnie bolały nas koszmarnie, ale to było takie pozytywne zmęczenie, dające siłę… Na szczęście oboje lubimy aktywny wypoczynek
Jest jeszcze tyle szlaków, które chciałabym przejść, tyle miejsc, które chciałabym zobaczyć. W dodatku naprawdę mile spędziliśmy ten czas. Byliśmy po prostu razem…