*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Tak, wiem, obiecałam, ze dzisiaj już nic nie będę pisać, no ale to już prawie jutro jest, a ja po prostu mam taką ochotę
Tak zwyczajnie chce mi się pisać – o niczym konkretnym. W takim
razie, może przede wszystkim ogłoszę wszem i wobec, że już od dłuższego
czasu dobrze się czuję i mam całkiem niezły nastrój
Nie załamałam się, ani nic z tych rzeczy. Owszem, pisałam wczoraj
sporo o żalu i rozczarowaniach, ale po prostu musiałam się trochę wyżyć
Chciałam poukładać swoje myśli, dojść do kilku wniosków. I przede
wszystkim doszłam do tego, że ja się po prostu za bardzo nastawiłam – a
to zupełnie nie w moim stylu. Zabrakło dystansu. Nie wiem co mi się
stało, ale zachciało mi się tego szkolenia we Włoszech, targów
międzynarodowych, jeżdżenia po Polsce i takich tam. Oczyma wyobraźni już
widziałam stęsknionego Franka, czekającego na mnie w domu po powrocie z
takiej business trip
No przesadziłam trochę i już.
Ale
przesadziłam też trochę z tym rozczarowaniem. Nie wiem, dlaczego aż tak
mnie to obeszło. Chyba żal mi po prostu, że nie będą mi szefować tacy
fajni ludzie. Ale z drugiej strony i tak na pewno nie są fajniejsi, niż
mój obecny szef
Generalnie stwierdziłam, że się wygłupiłam z tym wyżalaniem się.
Trzeba było siedzieć cicho, bo i tak mi już przeszło, a to nie było aż
tak ważne wydarzenie w moim życiu.
Poza tym chciałam Wam bardzo podziękować za ciepłe słowa wsparcia. A zwłaszcza za te, które głoszą że jestem taka fajna
Moje poczucie własnej wartości wróciło do normalnego poziomu
A tak serio – no pewnie, że jest mi nadal zwyczajnie szkoda, że nie
zobaczę jak to jest w tej innej rzeczywistości, którą już sobie
obmyśliłam :), pewnie jeszcze długo będzie. Ale przecież na początku
wcale nie zakładałam, że dostanę tę pracę, dopiero potem mi odbiło
A jak tak sobie myślę, to naprawdę nie wypadłam tak źle. Ok, może oni
wszystkim mówią, że wybór był trudny, że delikwenta bardzo polubili i
takie tam, ale nie wiem po co mieliby tak grać? Ja miałam wrażenie, że
te słowa i ich sympatia naprawdę były szczere. Wiem, że byłam
sympatyczna, komunikatywna, otwarta (i przy tym nadmiernie gadatliwa :))
i że zrobiłam dobre wrażenie. Skoro naprawdę zastanawiali się czy mnie
nie zatrudnić, to musiałam rzeczywiście dobrze wypaść, bo przecież gdyby
spojrzeć na same kwalifikacje, to w porównaniu do tego chłopaka
powinnam odpaść w przedbiegach. Mam tylko nadzieję, że przy następnej
takiej okazji (że w ogóle taka będzie) doznam ponownie tego uczucia, że
jestem fajna, zdolna i że na pewno mnie polubią
Że moja pewność siebie wróci – podobnie jak wiara we własne siły.
A tak w ogóle to cieszę się, że nadal zostaję u R
I że nie będę się musiała martwić, czy dam radę chodzić na wszystkie
zajęcia na nowych studiach. No i że nie będę się obawiać, że Frankowi
będzie smutno beze mnie. I wreszcie – tak naprawdę to ja nigdy w życiu
nie chciałam pracować jako sales manager, ale skusiła mnie ta cała
otoczka, a przede wszystkim wizja komunikowania się z szefostwem tylko w
języku angielskim (no, skoro nie znam włoskiego…) I nadal będę w domu
przed szesnastą (nowe godziny pracy to 8/9 – 16/17) Aa, no i jeszcze
nadal będę mogła posiedzieć u Was na blogach, kiedy nie będę miała
gorącego okresu w pracy
Same widzicie, że pozytywów jest sporo.
No i
znowu mi wyszła długa notka, a ja przecież chciałam Wam tylko
powiedzieć, że wszystko u mnie jest ok, że jestem w świetnym nastroju i
że palnę się w łeb za karę, że wspominałam tu w ogóle, że czuję się
zawiedziona
To rozczarowanie zamierzam spalić, a nie balsamować.
Uwaga, zanosi się na naprawdę dłuugą notkę
Żeby Was za bardzo nie przemęczać, obiecuję za to nie publikować niczego nowego jutro
No, trochę ochłonęłam. Oczywiście chyba podałam wystarczająco dużo
wskazówek, żebyście się wszystkie domyśliły, że chodziło o nową pracę?
Ale niestety nie wyszło. Fakt, kilka z Was zauważyło, że to wszystko
jest dość tajemnicze, ale to dlatego, że najpierw nie było to dla mnie
ważne, a później nie chciałam po prostu zapeszyć. Oferta, można
powiedzieć, sama wpadła mi w ręce, zupełnie przypadkowo. W ogóle
początkowo nie zamierzałam nic na ten temat wspominać – stwierdziłam, że
jak się uda, to napiszę, a jak nie, to nawet nie będę temu poświęcać
myśli. Ale okazało się, że to wszystko trwało za długo, za dobrze mi
poszło w procesie rekrutacyjnym i coś się zmieniło. Trochę za bardzo się
zaangażowałam w to wszystko. No i okazało się, że nie wyszło.
To była praca we włoskiej firmie. Stanowisko sales managera, co
początkowo średnio mi odpowiadało, ale prawdę mówiąc później
dowiedziałam się trochę więcej na ten temat i stwierdziłam, że może
warto, że sobie poradzę… Poszłam na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną
raczej na luzie, do tego byłam wtedy chora i tak średnio byłam z siebie
zadowolona. Ale cieszyłam się, że mówię po angielsku lepiej niż mój
potencjalny szef, nawet pomimo półrocznej przerwy, dość swobodnie z nim
rozmawiałam i kiedy początkowe nerwy mi przeszły, zupełnie zapomniałam o
tym, że jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, a nie na spotkaniu ze
znajomym. Od ręki zaprosił mnie na drugi etap. Oprócz mnie zaprosił
jeszcze tylko jedną osobę z dwunastu, z którymi przeprowadził rozmowę.
Przez chwilę miałam w tej firmie „wtyczkę” i dowiedziałam się, że
przypadłam Włochowi do gustu. Spodobało mu się, że byłam otwarta,
uśmiechnięta, pewna siebie i gadatliwa
Rzeczywiście szłam z dobrym nastawieniem – w takim sensie, że czułam
się dobrze (nie licząc oczywiście choroby:)) i byłam zadowolona ze
swojego wyglądu. Byłam zrelaksowana, bo nie zależało mi specjalnie. Po
rozmowie byłam w dobrym nastroju, podbudowało mnie to, że zrobiłam dobre
wrażenie. Po kilku dniach dostałam telefon z dokładnym terminem drugiej
rozmowy i coś mi się wtedy w głowie przestawiło. Nagle bardzo
zapragnęłam tej pracy. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz czegoś
tak bardzo chciałam… Zaczęło mi zależeć. Na drugą rozmowę szłam trochę
bardziej zdenerwowana, ale szybko mi przeszło. Tym razem oprócz Włocha
odpowiedzialnego za filię w Polsce byli jeszcze właściciele firmy –
bardzo sympatyczne małżeństwo. Wierzcie mi, że spędziłam bardzo
przyjemne półtorej godziny. Pytali mnie o doświadczenie, języki,
możliwość nauki języka włoskiego, dyspozycyjność i takie typowe sprawy o
jakie pyta się na tego typu rozmowach. Oni opowiadali mi o firmie i o
moich obowiązkach. Pogawędziliśmy też trochę o innych sprawach. Aż mi
się nie chciało stamtąd wychodzić, tak było miło. Powiedzieli mi, że
chcieliby zatrudnić dwie osoby, ale nie mogą i że zadzwonią do mnie w
środę – tak, czy inaczej.
Jak wiecie, okazało się, ze jednak jest „inaczej”. Kobieta zadzwoniła
do mnie i w zasadzie od razu wiedziałam co chce mi powiedzieć, bo
usłyszałam bardzo przepraszający, wahający się ton. Była strasznie miła,
powiedziała, że wybrali chłopaka z dwóch powodów – oprócz angielskiego
zna włoski (no i na nic się zdały mój hiszpański i niemiecki), a więc
byłoby im łatwiej, po drugie miał już doświadczenie w pracy w branży
technologicznej… Dodała, że wybór był dla nich ogromnie trudny, bo
bardzo mnie polubili, powiedziała, że nawet przez chwilę rozważali, czy
na pewno nie dadzą rady zatrudnić naszej dwójki… Usłyszałam, że bardzo
się cieszy, że mnie poznała i że musi mi powiedzieć, że „the door is
open” i jeśli tylko okaże się, że mogą zatrudnić jeszcze jedną osobę w
Polsce to będą o mnie pamiętać. Nie wiem, być może zawsze się tak mówi,
ale jakoś tak słyszałam szczerą sympatię w jej głosie. Zresztą dzień
wcześniej na tej rozmowie też widziałam, że oni chyba naprawdę mnie
polubili. Cóż, ktoś okazał się lepszy.
Tak, pewnie, że mi żal. Od początku wcale nie byłam przekonana do tej
pracy i nie zakładałam, że ją dostanę. Bałam się, że mogę sobie nie
poradzić, trochę się obawiałam częstych podróży służbowych. Ale potem
się do wszystkiego przekonałam. Wiecie, ja zawsze jestem do takich spraw
nastawiona dość asekuracyjnie, na nic się nie nastawiam, zakładam, że
będzie, co ma być. A tym razem coś mi się stało, zaczęłam nagle snuć
jakieś wizje… Nie wiem.. chyba zaczęłam marzyć. Do tego jakoś tak
strasznie zaczęłam w siebie wierzyć, dodało mi skrzydeł to, że byłam
sobą a zrobiłam dobre wrażenie na potencjalnych pracodawcach. Prawdę
mówiąc nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo wierzyłam we własne
siły i kiedy czułam się tak pewna siebie. Nie, nie okazywałam tego, nie
byłam arogancka. Po prostu po cichu myślałam sobie: „a niby dlaczego
miałoby mi się nie udać?”, wiedziałam, że spełniam wszystkie ich
wymagania (włoski i doświadczenie nie były wymagane), że nauczę się
wszystkiego, czego będzie trzeba i że jak nikt potrafię się przyłożyć do
pracy. Miałam też cichą nadzieję, że ten chłopak nie będzie miał
lepszych kwalifikacji, i tu się myliłam.
Franek powiedział, że i tak jest ze mnie dumny, że tak daleko
zaszłam. Ale ja się trochę na sobie zawiodłam. Wolałabym chyba odpaść
szybciej… Nie zastanawiałabym się wtedy nad tym dłużej, a tym sposobem
bardzo się rozczarowałam. Nie mam żalu do nikogo, do losu też nie. Ale
jest mi przykro, że akurat w momencie, kiedy zaczęłam tak bardzo wierzyć
w to, że chcieć to móc, kiedy uwierzyłam, że może rzeczywiście jeśli
będziemy stosować te różnego rodzaju wizualizacje, to wszystko to
zadziała niczym samospełniająca się przepowiednia, akurat tym razem
właśnie mi nie wyszło… Oczywiście żal mi trochę nowego stanowiska,
nowych możliwości, większego prestiżu, a co za tym idzie wyższych
zarobków i innych profitów. Ale tak naprawdę, to nawet nie tyle o tę
pracę chodzi, co właśnie o niesamowicie zawiedzione nadzieje, o
rozczarowanie samą sobą – mimo, że teoretycznie nie mam ku temu powodów,
w końcu zrobiłam co mogłam, przedstawiłam siebie dobrze, zrobiłam na
nich dobre wrażenie, polubili mnie… Ale jednak nie wystarczyło.
Najgorsze jest to, że nie udało się w momencie, kiedy po raz pierwszy na
czymś mi aż tak zależało. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy czegoś takiego
nie czułam – o niczym w ten sposób nie myślałam. Nie lubiłam marzyć. No i
teraz sobie przypomniałam dlaczego :)) Oj nie, nie będę marzyć,
zdecydowanie za bardzo popuściłam wodze mojej wyobraźni i źle na tym
wyszłam. Ja jednak wolę tę bardziej realistyczną część samej siebie, tę
Margolkę twardo stąpającą po ziemi – teraz same widzicie, że Margolka z
głową w chmurach to nie najlepszy pomysł
Poza tym od jakiegoś czasu żyłam nadzieją i kiedy wczoraj ta nadzieja
nagle zniknęła, okazało się, że nie mam na czym się oprzeć. Trudno się
wtedy pozbierać tak od razu. I ostatnia kwestia – mnie porażki nigdy
niczego nie nauczyły, a już na pewno mnie nie zmobilizowały – sukcesy
wręcz przeciwnie.
Nie jestem w złej sytuacji. Ja naprawdę bardzo lubię swoją obecną
pracę i byłoby mi bardzo żal ją opuszczać, do tego nie muszę się
dostosowywać do nowych godzin pracy, nie będę wyjeżdżać. Tylko szkoda mi
tej możliwości rozmawiania w języku angielskim. Kiedy tak siedziałam z
Włochami przy stoliku w restauracji, poczułam, że jestem w swoim
żywiole…
Taak, podsumowując, chyba naprawdę najbardziej mi żal tej nadziei,
którą żyłam i tego wysokiego poczucia własnej wartości, które przez
ostatni czas odczuwałam. Czułam się świetnie będąc sobą i snując wizje
innego życia…
Wybaczcie, że się tak rozpisałam. Nie jest
łatwo określić te wszystkie uczucia, które mi towarzyszą i opisać je w
taki sposób, żeby były zrozumiałe dla innych. Zresztą nie wiem, czy to w
ogóle jest możliwe – zrozumieć czyjeś uczucia
Ale musiałam się po prostu „wypisać”, podsumować wszystko, zastanowić
się, co mnie najbardziej zabolało w tej sytuacji. Żal niespełnionego
marzenia (nigdy więcej marzeń! :)), żal nadziei, która odeszła, żal
wiary, która nie pomogła.Ale cała ta sytuacja ma też dobre strony, o
których już się tu nie będę rozpisywać
Nie jest źle, naprawdę, nie rozpaczam, nic wielkiego się nie stało,
ale szkoda, że nie mogę Wam napisać, że chcieć to naprawdę móc