*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 28 października 2010

Psujek.

Z Franka to taki psuj jest :) Czasami tak do niego mówię. Jakoś tak wychodzi, że się zbyt długo rzeczami cieszyć nie może – głównie jeśli chodzi o elektronikę. Telefonów miał chyba z dziesięć. Zawsze albo mu gdzieś spadł, albo ktoś na niego nadepnął. Jak już się naprawdę starał się dbać o swoją nową komórkę, to po kilku miesiącach okazało się, że ona jest jakaś felerna i traci zasięg – tak po prostu, bez żadnego wyraźnego powodu. Tu już winy Franka nie było żadnej. Dodam jeszcze, że mi też telefony bardzo często z rąk lecą. Ileż to razy biegłam na tramwaj i nie zdążałam na niego, bo się musiałam zatrzymać i pozbierać z ziemi komórkę. Rekord padł kiedy jechałam pewnego razu na rowerze z prędkością około 30 km/h (miałam licznik) i telefon wypadł mi z kieszeni. Poskładałam go i wszystko było w porządku. Natomiast kiedy dałam Frankowi moją starą Nokię z klapką (która przeszła wiele, ale trzymała się świetnie), w zastępstwie tego telefonu, który nie miał zasięgu, poradził sobie z nią w miesiąc :) Klapka odpadła… Radio samochodowe zepsuło się w rękach Frankach po dwóch miesiącach. Najpierw tylko etui, potem przestały świecić żaróweczki. Gra co prawda, ale od jakiegoś czasu nie działa większość przycisków. Nie wiem, czy to też sprawka Franka? :))

Nic to jednak… Najlepiej idzie Frankowi „psucie” ubrań i butów :) No, z butami to jest jeszcze sprawa taka, że on nie ma tylu par co ja i nie zmienia ich do każdej torebki (nie wiem, czy to dlatego, że nie ma torebki, czy z jakiegoś innego powodu?) Więc jak tak chodzi rok w jednych butach, to chyba mają prawo się gdzieś tam rozkleić, albo dziura w podeszwie może się zrobić. Dziurę to nawet ja mam w jednych znoszonych butach. Ale jeśli chodzi o ubrania… toż to jakaś plaga. Albo gdzieś się oprze i wybrudzi kurtkę smarem, albo o coś zahaczy i rozerwie sobie kieszeń, albo usiądzie na jakieś brudne krzesło, albo wsadzi do kieszeni długopis, który nagle się zepsuje, albo, albo, albo… On nawet jak chce dobrze, to wychodzi kiepsko :) Pamiętacie jak się kiedyś wybrał oglądać pierścionki zaręczynowe? Nie dość, że wyciągnęłam siłą z niego gdzie był, to jeszcze przy wychodzeniu z tramwaju zahaczył o, jak to określił, „sam-nie-wiem-co” i rozharatał sobie spodnie nówki-sztuki-prawie-nie-śmigane razem z nogą… No jakiegoś wyjątkowego pecha chłopak ma, bo on użytkuje te rzeczy zupełnie normalnie, jak każdy, a wiecznie coś mu się przytrafi. Ja też nie chucham jakoś specjalnie na swoje części garderoby, a rzadko coś się z nimi dzieje…

Żeby nie było, że on sam taki psujek jest, przyznam się, że ja mam takiego pecha do laptopów. Albo mi się dysk zepsuje, albo zawiasy padną, albo stacja dysków się nie wysunie (lub wysunie na amen), albo mi się wino wyleje na klawiaturę. Aktualnie mam problem z baterią w moim lapku. 
Dobraliśmy się, nie ma co…

Notka ta sponsorowana jest przez dwie Frankowe koszule, które wczoraj prasowałam (dobra, wiem jak to wygląda, ale ja naprawdę aż tak często nie prasuję! to taki zbieg okoliczności:)) – jedną poplamioną  (w takim miejscu, że nie mam pojęcia jak tego dokonał!), drugą podartą… Franek nie wie jak to się stałozwłaszcza jeśli chodzi o to rozdarcie. Jak na mój gust, za bardzo mocował się z guziczkiem…

środa, 27 października 2010

Bo nie ma czasu na to, żeby tracić czas…*

Nie mam na nic ostatnio czasu. Tak sobie myślę od kilku dni. 
Cały czas coś robię, cały czas gdzieś biegnę, cały czas jestem zajęta.

No bo taki poniedziałek na przykład – wracam z pracy – w dodatku dwadzieścia minut później (w dwadzieścia minut można naprawdę wiele rzeczy zrobić), bo spóźniłam się na autobus. Nic to, przynajmniej jeszcze więcej stron w książce przeczytałam. No więc, wracam, jem szybki obiad, nastawiam pranie i biorę się za gotowanie zupy – żeby była na wtorek. Ledwo zdążam – właśnie zakręciłam gaz pod garnkiem, kiedy słyszę sygnał telefonu – Dorota daje mi znać, że wsiada do tramwaju. To oznacza, że muszę wyjść z domu, żeby spotkać się z nią na skrzyżowaniu – idziemy na aerobik. A ja jeszcze nie ubrana! No to biegiem – spodnie, adidasy, ręcznik i woda do torby, lecę. Godzinne zajęcia a potem sauna. Wygrzewamy się godzinę w 85-ciu stopniach, przerywając co piętnaście minut na zimny prysznic. Potem idziemy do mnie. Szybki prysznic, suszenie włosów, po dwa piwka. W międzyczasie, prowadząc rozmowy z Dorotą, ogarniam trochę pokój, wieszam Frankowe koszule, składam spodnie, chowam moje torebki… Dorota wychodzi, przychodzi Franek, kładę się trochę później, w trakcie wymiany kilku smsów z taką jedną niedyskretną ;)
We wtorek przed siódmą jestem w pracy. Wracam przed czwartą. Franek ma wolne, proszę go o rozmowę. Rozmawiamy prawie godzinę o wszystkim. Dostaję smsa od Doroty, że ma jakąś kontuzję i nie da rady pójść na aerobik, zastanawiam się, czy iść bez niej. Ale Franek proponuje odwiedziny u rodziców. Zgadzam się i jedziemy. Siedzimy tam dwie godzinki grając w „Pędzące żółwie” i rozmawiając. Po powrocie jeszcze parę minut rozmowy telefonicznej z mamą a potem biorę się za przygotowanie obiadu na dziś (Franek mi pomaga).  Później jeszcze szybkie prasowanie, składanie bielizny, zerknięcie na blogi i padam. Jednym okiem czytam jeszcze kilka artykułów w gazecie i o 22:15 gaszę światło.
Budzik dzwoni mi o 5:50, budzę się w objęciach Franka – nawet nie wiem, kiedy się koło mnie położył. Wysuwam się więc i wszystko zaczyna się od nowa… Po południu czeka mnie dentysta, no i dziś aerobiku nie odpuszczę. Jutro spotkanie z koleżanką i muszę się jeszcze spakować, bo jadę na weekend do Miasteczka.

Nie mam na nic ostatnio czasu – myślę sobie. Ale po chwili myślę sobie coś jeszcze – jak to nie mam na nic czasu, skoro udaje mi się codziennie zrobić coś dla siebie, poczytać, porozmawiać z bliskimi a jednocześnie jakoś daję radę sobie z codziennym kieratem? Chyba jednak nie jest tak źle… Na wszystko czas się znajdzie, tylko trzeba to trochę zorganizować. I przyznaję – jeszcze nie miałam czasu zerknąć na notatki ze studiów. Ale mam zamiar zrobić to dziś po aerobiku. Może trochę mniej czasu mogę spędzać na blogowisku, trochę mniej czytam, ale cóż, trzeba sobie jakoś tak wszystko rozłożyć, żeby udało się liznąć wszystkiego. Będę się starać nadal a może z czasem nawet trochę zwolnię :) Mam czas na wszystko…

*zdaje się, że to myśl Tadeusza Kotarbińskiego…