*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 30 października 2010

Trochę refleksji o blogach.

Przerzedziło się ostatnio na blogach, mam wrażenie…Część z Was opuściła Onet, z różnych powodów, ale cieszy mnie, że nadal piszecie.Wszystko mi jedno w zasadzie gdzie piszecie, bylebyście nie przestawały :) No i miło jak można sobie z Wami podyskutować pod notką, bo nie lubię nie otrzymywać odpowiedzi na komentarz :) Ale część z osób w mojej linkowni opuściła się ostatnio trochę w blogowaniu :) Notki pojawiają się rzadziej lub są krótsze, może trochę mniej refleksyjne. I nawet u mnie na blogu widzę, że Wasza aktywność jest mniejsza.
Oczywiście wcale nie mam o to żadnych pretensji :) Nie po to piszę tę notkę. Po prostu te obserwacje skłoniły mnie do pewnych przemyśleń. Bo ja oczywiście rozumiem, że kogoś życie w realu pochłania tak bardzo, że to blogowe schodzi na dalszy plan. Jest to jak najbardziej zrozumiałe i oczywiście zwyczajnie zdrowe – gorzej byłoby gdybyśmy robiły na odwrót i zaniedbywały to, co w realu. Czasami po prostu brakuje nam pomysłu lub energii, żeby pisać. Mnie z kolei najczęściej zdarza się, ze chcę pisać, wiem o czym, ale siądę i zdania w ogóle nie układają mi się w spójną całość. Spadek aktywności blogowej zaliczyła chyba każda z nas. Zastanawia mnie tylko jak to jest, że często zdarza się, że pisać przestaje kilka osób w tym samym czasie, czy odbywa się to na zasadzie oddziaływania jednych bloggerów na innych, czy może jest to zupełny przypadek?

To nasze wirtualne życie tu, na blogach, toczy się własnym rytmem.Trudno znaleźć w nim jakąś regularność, a jednak chyba po prostu jest tak, że ten wirtualny rytm podlega w jakiś sposób prawidłom naszego realnego świata. Wydaje mi się, że silny wpływ mają na nas pory roku na przykład :)
Kiedy tak się nad tym zastanawiam, doszłam do wniosku, że często wraz z początkiem roku masowo pojawiają się nowe blogi. Zwykle są one prowadzone aktywnie do wiosny, później różnie bywa, niektórzy są wytrwali, inni piszą rzadziej, aby w tak zwanym sezonie ogórkowym porzucić pisaninę na dobre… Ten sezon zresztą zalicza chyba każdy z nas – latem albo gdzieś wyjeżdżamy, albo spędzamy po prostu czas poza domem, bo szkoda przecież ładnej pogody. Z drugiej jednak strony, na wielu blogach pojawia się więcej notek, bo dłuższe dni i generalnie okres wakacyjny temu sprzyja – mamy więcej czasu i energii. Wraz z nadejściem jesieni jednego i drugiego jakoś mniej :) Do tego jeszcze dochodzi obniżony nastrój i wychłodzenie organizmu :) Zdarza się, że porzucamy wirtualny kawałek naszego świata na jakiś czas, aby powrócić (albo i nie :)) w okresie zimowym, kiedy jesteśmy bardziej skłonni do refleksji, kiedy spędzamy sporo czasu w domu, brak nam rozrywek czy innych ludzi…
Życie wirtualne toczy się jak gdyby w świecie równoległym do naszego, a jednak niejednokrotnie te dwa światy się przenikają i wpływają na siebie. Być może moje teorie są z palca wyssane :) Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie na ten temat…
W każdym razie, ja na chwilę obecną nie odczuwam potrzeby zniknięcia :) Mało tego, mam kilka planów na kolejne notki i zachęcam Was do zaglądania do mnie, szczególnie po Wszystkich Świętych, bo mam dla Was propozycję, a w zasadzie dwie :) Tymczasem zastanówcie się, co sprawia, że czujecie się kobieco? :)

czwartek, 28 października 2010

Psujek.

Z Franka to taki psuj jest :) Czasami tak do niego mówię. Jakoś tak wychodzi, że się zbyt długo rzeczami cieszyć nie może – głównie jeśli chodzi o elektronikę. Telefonów miał chyba z dziesięć. Zawsze albo mu gdzieś spadł, albo ktoś na niego nadepnął. Jak już się naprawdę starał się dbać o swoją nową komórkę, to po kilku miesiącach okazało się, że ona jest jakaś felerna i traci zasięg – tak po prostu, bez żadnego wyraźnego powodu. Tu już winy Franka nie było żadnej. Dodam jeszcze, że mi też telefony bardzo często z rąk lecą. Ileż to razy biegłam na tramwaj i nie zdążałam na niego, bo się musiałam zatrzymać i pozbierać z ziemi komórkę. Rekord padł kiedy jechałam pewnego razu na rowerze z prędkością około 30 km/h (miałam licznik) i telefon wypadł mi z kieszeni. Poskładałam go i wszystko było w porządku. Natomiast kiedy dałam Frankowi moją starą Nokię z klapką (która przeszła wiele, ale trzymała się świetnie), w zastępstwie tego telefonu, który nie miał zasięgu, poradził sobie z nią w miesiąc :) Klapka odpadła… Radio samochodowe zepsuło się w rękach Frankach po dwóch miesiącach. Najpierw tylko etui, potem przestały świecić żaróweczki. Gra co prawda, ale od jakiegoś czasu nie działa większość przycisków. Nie wiem, czy to też sprawka Franka? :))

Nic to jednak… Najlepiej idzie Frankowi „psucie” ubrań i butów :) No, z butami to jest jeszcze sprawa taka, że on nie ma tylu par co ja i nie zmienia ich do każdej torebki (nie wiem, czy to dlatego, że nie ma torebki, czy z jakiegoś innego powodu?) Więc jak tak chodzi rok w jednych butach, to chyba mają prawo się gdzieś tam rozkleić, albo dziura w podeszwie może się zrobić. Dziurę to nawet ja mam w jednych znoszonych butach. Ale jeśli chodzi o ubrania… toż to jakaś plaga. Albo gdzieś się oprze i wybrudzi kurtkę smarem, albo o coś zahaczy i rozerwie sobie kieszeń, albo usiądzie na jakieś brudne krzesło, albo wsadzi do kieszeni długopis, który nagle się zepsuje, albo, albo, albo… On nawet jak chce dobrze, to wychodzi kiepsko :) Pamiętacie jak się kiedyś wybrał oglądać pierścionki zaręczynowe? Nie dość, że wyciągnęłam siłą z niego gdzie był, to jeszcze przy wychodzeniu z tramwaju zahaczył o, jak to określił, „sam-nie-wiem-co” i rozharatał sobie spodnie nówki-sztuki-prawie-nie-śmigane razem z nogą… No jakiegoś wyjątkowego pecha chłopak ma, bo on użytkuje te rzeczy zupełnie normalnie, jak każdy, a wiecznie coś mu się przytrafi. Ja też nie chucham jakoś specjalnie na swoje części garderoby, a rzadko coś się z nimi dzieje…

Żeby nie było, że on sam taki psujek jest, przyznam się, że ja mam takiego pecha do laptopów. Albo mi się dysk zepsuje, albo zawiasy padną, albo stacja dysków się nie wysunie (lub wysunie na amen), albo mi się wino wyleje na klawiaturę. Aktualnie mam problem z baterią w moim lapku. 
Dobraliśmy się, nie ma co…

Notka ta sponsorowana jest przez dwie Frankowe koszule, które wczoraj prasowałam (dobra, wiem jak to wygląda, ale ja naprawdę aż tak często nie prasuję! to taki zbieg okoliczności:)) – jedną poplamioną  (w takim miejscu, że nie mam pojęcia jak tego dokonał!), drugą podartą… Franek nie wie jak to się stałozwłaszcza jeśli chodzi o to rozdarcie. Jak na mój gust, za bardzo mocował się z guziczkiem…