*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Hiszpańskie opowieści – Malaga.

Malaga jest miastem zupełnie innym od tych, które zazwyczaj zwiedza się w Andaluzji… Mnie kojarzy się bardziej z miastem wypoczynkowym i przede wszystkim, bardziej nowoczesnym. Za każdym razem, gdy tam jestem, czuję zupełnie inną aurę niż w Sewilli, Granadzie, Cordobie… I choć lubię te stare, klimatyczne uliczki, chociaż nigdzie nie czuję się tak, jak w Cordobie, przyznaję, że Malaga jest miastem, które chyba podoba mi się najbardziej… Niewiele osób chyba podziela moje zdanie, ale jest coś takiego w tym mieście, co mnie zauroczyło od pierwszego dnia. A może to po prostu… klimat wiecznych wakacji? :)
 
 
Gdybyście kiedyś miały się wybrać do tego miasta, zdecydowanie polecam podróż pociągiem! Niestety nie mam zdjęć, żeby to pokazać, bo nie bardzo powychodziły przy 160km/h, ale widok, który pojawia się za oknem dosłownie ni stąd ni zowąd jest niezapomniany… Pociąg wyjeżdża z tunelu i nagle wyjeżdża wśród skał, na których rosną kaktusy!
 
 Z jednej strony są góry, z drugiej przepaść… Nie da się niestety tego opisać, ale powiem Wam, że to właśnie podczas podróży pociągiem do Malagi prawie pięć lat temu poznałam znaczenie wyrażenia „widok zapierający dech w piersiach”…
Tym razem widok także nas nie rozczarował. Ani pogoda… Jak zwykle, to miasto witało mnie pełnym słońcem. To z Malagi mieliśmy wylot do Polski, więc po pierwsze musieliśmy zostawić bagaże w przechowalni. Po drugie, niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu…
Drogę nad morze znałam już na pamięć i to właśnie na plażę skierowaliśmy pierwsze kroki…
 
Och, tęskniłam za tym miejscem. Naprawdę tęskniłam :)
 
Mieliśmy tam iść tylko na chwilę, a później pospacerować trochę ulicami tego miasta… Ale nie mogliśmy się stamtąd ruszyć przez przynajmniej godzinę :) Po prostu siedzieliśmy i patrzyliśmy w dal…

  
I nie mogłam uwierzyć w to, że już za parę godzin znajdę się znowu w zimnej Polsce. Starałam się jednak chwilowo odgonić te myśli. Chociaż czasu było coraz mniej, postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować. A przede wszystkim obowiązkowo wybraliśmy się na obiad na moje ulubione patatas bravas! :) Czekałam na to od tygodnia :)
 
(zdjęcie znalezione w internecie)
Nie udało nam się już dotrzeć do centrum miasta. Dlatego posłużę się tutaj zdjęciami z moich poprzednich wizyt w Maladze. W tym mieście mieszka moja koleżanka Eva, z którą poznałam się na obozie językowym w Anglii, kiedy miałyśmy po szesnaście lat. Wyobraźcie sobie, że kiedy przyjechaliśmy do Malagi w 2006 roku, Franek namówił mnie, żebym ją odwiedziła (miałam adres). Nie widziałyśmy się ponad pięć lat, nasz kontakt w zasadzie był zerowy. A ona po prostu zeszła, uściskała mnie i zabrała nas na wycieczkę po mieście :) Dzięki temu widzieliśmy miejsca, w które zwykli turyści zazwyczaj się nie zapuszczają :)
 
Na przykład ona i jej chłopak Gonzalo, zabrali nas na wzgórze, z którego roztaczał się widok na miasto… Niestety, było już późne popołudnie, a więc stąd mgła…
 
 
A oto słynna corrida…
 
Plaza del toros.
W Maladze jest także coś dla miłośników zabytków :))
 
 
 
Legenda głosi, że ta wieżyczka nie jest ukończona, ponieważ pieniądze przeznaczone na nią, zostały przeznaczone na inny cel – na sfinansowanie podróży Krzysztofa Kolumba do „Indii”…
 
Naprawdę uwielbiam to miasto! To są inne odczucia niż te, które mam w stosunku do Cordoby, ale mimo, że tam nie mieszkałam, czuję się z nim związana…
Niestety, samolot na nas nie mógł czekać, a więc…
 
Żegnaj Malago!
 
I żegnaj Hiszpanio…
 
Do następnego razu :)
 
Który po prostu MUSI nastąpić :)

sobota, 16 kwietnia 2011

Byle do niedzieli.

Miała być dzisiaj wirtualna podróż po Maladze. Ale okazało się, że chyba ostatnio zostawiłam włączony aparat i nie zauważyłam, że bateria mi padła. Tak więc będzie temat zastępczy :)
Śniło mi się dzisiaj, że tańczyłam… W dodatku tango!  :) Z Frankiem. Sprawdziłam już w senniku, że może to oznaczać, że zrobię coś głupiego, ale nie będę tego żałować :D A poza tym taniec z kimś to zapowiedź pokoju w uczuciach, idealnej harmonii i głębokiego wzajemnego zrozumienia. W ogóle sen był trochę pokręcony, ale najbardziej podobał mi się mocny uścisk Franka. Fajnie się czułam w tym śnie, ale paradoksalnie, obudziłam się w fatalnym nastroju… Macie tak czasami? Że zupełnie bez powodu budzicie się rano i wiecie, że cała reszta będzie do kitu? Nie pomaga nawet słońce i wizja pierwszego wolnego weekendu od dłuższego czasu.. No ja tak dzisiaj właśnie miałam :/ Od rana wszystko mnie wkurzało (dobrze, że Franek pojechał do pracy, bo bez kłótni by się pewnie nie obyło) albo powodowało, że chciało mi się ryczeć.
Ostatecznie pojechałam do biblioteki na uniwerku, bo stwierdziłam, ze tam są same książki, więc chyba niewiele będzie mnie mogło naprawdę wkurzyć :D I przyznam, ze dobrze zrobiłam. Bo humor znacznie mi się poprawił – udało mi się ruszyć z pracą dyplomową :) Napisałam pierwsze dwie i pół strony :) Zważywszy na fakt, ze rozdział mógłby mieć nawet jedyne siedem stron, poszło mi całkiem nieźle :P Wyszłam więc stamtąd w dużo lepszym humorze. Tak więc pamiętajcie – jak zdarzy Wam się fatalny dzień, wybierzcie się do biblioteki Uniwersytetu Ekonomicznego :)
Ale tak poza tym sobota i tak jest dla mnie jakoś tak średnio udana. Dobrze więc, że się kończy, może jutro obudzę się w lepszym nastroju i niedziela zostanie odczarowana :) Zwłaszcza, że mam zamiar wybrać się jeszcze do biblioteki z samego rana. Niestety teraz w tygodniu nie bardzo mam kiedy pisać, pozostają więc weekendy…

Taaa, wygląda na to, ze wracam do blogowania na dobre, skoro już nawet takie nudne notki zaczynam znowu pisać :)