*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Wczoraj minęło dokładnie pięć lat od dnia, w którym się
poznaliśmy z Frankiem. Ale wstrzymajcie się jeszcze z gratulacjami, bo w
sobotę dowiedziałam się, że nie ma czego świętować…
W skrócie –
trafiłam na zły moment, Franka nadal bolał ząb i akurat miał fochy.
Byłam w Miasteczku, on w Poznaniu, rozmawialiśmy przez telefon i właśnie
wtedy dowiedziałam się, że to dzień jak każdy inny.
Dobra, ja wiem,
Franek romantyzmem nie grzeszy. Ja zresztą chyba też niespecjalnie, ale
za to jestem dość sentymentalna, a nade wszystko lubię świętować
wszelkie rocznice. Franek doskonale o tym wie, a jednak jakoś mu się o
tym zapomina… Zrobiło mi się przykro, zwłaszcza, gdy usłyszałam, że miał
zamiar spotkać się tego dnia z kolegą. Cóż, zmusić do świętowania go
nie mogłam i nawet nie miałam takiego zamiaru. Ale siedzieć w ten
wieczór sama w domu też nie chciałam, więc wykombinowałam sobie, że
zostanę w Miasteczku, nawet kosztem tego, że w poniedziałek musiałabym
wstać przed piątą, żeby dojechać na dziewiątą do pracy
W
niedzielę Franek totalnie zmienił front. Po fochach nie było śladu,
spotkanie z kolegą odeszło na dalszy plan, stwierdził, że czeka na mnie w
domu. No to pojechałam. Franuś przywitał mnie tak:
I tak:
No i co? Nie można było tak od razu?
Doprawdy, ja za tym moim facetem nie nadążam. A mówi się, że to
kobieta zmienną jest. Franuś powiedział, że był obolały, do tego zepsuł
mu się komputer, więc się po prostu nieładnie na mnie wyżył. Mam
zapomnieć o tych głupotach, które opowiadał i świętować razem z nim, bo
mnie bardzo kocha i cieszy się, że minął kolejny rok, odkąd jesteśmy
razem. Cóż, przy tych kolorowych balonikach zaczęłam już mięknąć, a
kiedy jeszcze, wygłodniała po podróży, dostałam kolację, stwierdziłam,
że mogłabym ewentualnie mu wybaczyć
Spędziliśmy niesamowicie miły wieczór. Siedzieliśmy na balkonie (nie mogło być lepszego miejsca na świętowanie, nieprawdaż?
niezorientowanych odsyłam tu i tu)
rozmawiając, wspominając i popijając winkiem. Obaliliśmy dwie flaszki.
Hmm, mogę Wam powiedzieć, że moja branża nie jest zbyt bezpieczna
Ostatnio ciągle mam pod ręką wino
Rano oboje obudziliśmy się z dość ciężką głową. Oczywiście wykluczone
było, żebym pojechała samochodem, więc musiałam dreptać, a przy deszczu
ten spacerek tym razem wcale nie był taki przyjemny
Ale cóż, pięć lat trzeba było przecież jakoś uczcić
Nawet lekkiego kaca mogłam jakoś przeżyć, a wierzcie mi, wcale łatwo
nie było, bo przecież przyszłam do pracy i wszędzie widziałam wino
Ale przetrwałam i… przywiozłam kolejny zapas. Franek ostatnio w Ikei
specjalny stojak na winko kupił, więc nie mogliśmy pozwolić, żeby stał
pusty
Rocznica naprawdę bardzo nam się udała. Franek jeszcze dzisiaj cały
czas mówi o tym, jak to wczoraj było miło. I mnie też ciepło na sercu
się robi, kiedy o tym myślę
Różne były te lata, mamy za sobą wiele fajnych dni, ale też kilka
kryzysów, a jednak jakoś tak ciągle trwamy razem. Czasami mam wrażenie,
że Dorota i Juzia naprawdę mają rację i po prostu jesteśmy na siebie
skazani
Ps. W takie dni jak wczoraj szczęście niemal się
materializuje i można je dotknąć, a ja myślę sobie, że w zasadzie to
mogłabym tak przez całe życie.
Mamy
już środę, a ja przyznaję, że chyba nadal żyję weekendem. Ale w sumie
to dobrze, bo tydzień pracujący szybciej mi mija a przecież jesteśmy w
połowie drogi do kolejnego weekendu
A ten poprzedni minął mi naprawdę bardzo przyjemnie… Franek też miał
wolne, więc spędziliśmy razem calutkie dwa dni, z krótką przerwą na mój
poranny aerobik w sobotę.
Zaczęliśmy
od długiego spaceru, bo pogoda naprawdę dopisała. Co ciekawe, udaliśmy
się w kierunku… mojej pracy :)) Było to zamierzone, bo rzecz w tym, że
moje miejsce pracy znajduje się w naprawdę ładnej okolicy. Co prawda pod
Poznaniem, więc dotarcie do niej na rowerze zajmuje mi około 10 minut,
na piechotę natomiast pół godziny, ale przyznam szczerze, że wiosną i
latem to sama przyjemność (nie wiem jeszcze jak będzie zimą :)) – idzie
się przez pola i łąki, a ten poranny spacer, tudzież przejażdżka wśród
zapachu zboża, trawy i lasy, zawsze nastraja mnie optymistycznie.
Chciałam koniecznie podzielić się tym doświadczeniem z Frankiem i spacer
naprawdę nam się udał, a przez chwilę mogliśmy się poczuć jak na wsi, a
nie w wielkim mieście
Wieczorem natomiast postanowiłam wykorzystać moją wiedzę ze szkolenia i usiedliśmy w domu przy argentyńskim winku.
Niedziela
trochę nas rozczarowała pogodą. Chciałam koniecznie wykorzystać mój
nowy zakup, jakim był strój kąpielowy i planowałam się poopalać na
działce rodziców Franka, a słoneczka nie było widać. Mimo wszystko
postanowiliśmy tam spędzić dzień. I dobrze zrobiliśmy, zwłaszcza, że w
ostatniej chwili jednak chwyciłam górę od stroju… Okazało się, ze chwilę
po tym, gdy przybyliśmy na miejsce, słońce wyjrzało zza chmur i już nas
nie opuściło. Zajęliśmy się więc obiadem – ja sałatką i fasolką
szparagową, Franek doglądał mięsa na grillu. Popołudnie minęło nam
błyskawicznie. Trudno było nam się stamtąd zebrać. Bardzo lubię spędzać
czas w taki sposób – wygrzewając się na słońcu, czytając na świeżym
powietrzu. A do tego piwkując
Franek był kierowcą, więc późne popołudnie spędziliśmy niemal jak
stare dobre małżeństwo – znaczy się on zmywał, a ja siedziałam na leżaku
z książką i od czasu do czasu krzyczałam: „Franuś, podaj mi piwko” :)))
Wszystko
co dobrze szybko się kończy, niestety, i mamy już środek kolejnego
tygodnia. Ale grzeję się jeszcze wspomnieniami z weekendu, zwłaszcza, że
czas niestety prysł i Franka dobry humor skończył się w momencie, gdy
poszedł do dentysty i pozbył się zęba. Od tej chwili ma ciągle fochy i
warczy na mnie, jakby to była moja wina, że go boli. Na szczęście jestem
dziwnie spokojna i chyba uodporniona na jego zły humor, bo zwykle się w
takich sytuacjach dołuję, a w tym momencie mam to w nosie.