*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 12 sierpnia 2011

Sto diabłów!

Jestem naprawdę wściekła!
Idziemy dzisiaj z Frankiem na wesele, więc mam urlop. Posiedziałam wczoraj z koleżanką, potem jeszcze trochę z Frankiem. Ostatecznie poszłam spać o 2, co dla mnie jest już mega ekstrawagancją. I wiecie co??
Codziennie wstaję o szóstej. Codziennie krzątam się rano po domu. Nawet w weekendy kładę się zwykle przed północą, a więc wstaję między siódmą a ósmą. I NIGDY NIKT nie dzwoni.
Jeden jedyny raz wzięłam sobie urlop, posiedziałam trochę dłużej, bo wiedziałam, że sobie pośpię. Miałam nadzieję, że przynajmniej do dziewiątej, żeby jednak nie paść na tym weselu. Jeden jedyny raz w piątkowy poranek, w który normalnie zawsze wstaję, chciałam sobie pospać do oporu I co???

Siódma godzina, w samym środku bardzo ciekawego snu, słyszę, że w drugim pokoju dzwoni telefon stacjonarny. W półśnie myślę sobie: „przestanie, zaraz przestanie, śpij dalej, nie licz dzwonków, bo się rozbudzisz, dzwoni i dzwoni, ale przestanie…” Przestało. Udało mi się nie rozbudzić. Za chwilę dzwoni jeszcze raz. Dzwoni i dzwoni. Do oporu. Koniec spania. Wiedziałam doskonale, ze to nikt do nas, bo dzwoniłby na komórkę, stacjonarny mamy tylko dlatego, że właścicielka mieszkania nie chciała likwidować numeru, a dzięki temu mamy tańszy internet. Oczywiście nie pomyliłam się. Facet o siódmej rano pyta się mnie czy to Zarząd Dróg Miejskich! Oberwało mu się, ale jeszcze byłam zbyt zaspana, żeby powiedzieć mu co naprawdę myślę o tym, że ktoś nie potrafi wybrać poprawnie numeru na telefonie i to dwa razy. Nie chciałam się nakręcać, tylko położyłam się i starałam się z powrotem „odpłynąć”. Nie udało się. Owszem, udawało mi się nie myśleć o niczym konkretnym, ale w sen już nie zapadłam. A kiedy godzinę później telefon zadzwonił znowu (!) doprowadziło mnie to do furii. Wściekła warknęłam do telefonu „słucham”, a kiedy usłyszałam słodki głosik panienki reklamującej jakąś szkołę językową (a co tam – Speak Up! niech mają „czarny PR” i opinię natrętów niepozwalających się ludziom wyspać) powiedziałam, że absolutnie mnie to nie interesuje i że mam dość odbierania od rana idiotycznych telefonów, które nie pozwalają człowiekowi odpocząć. Cóż. Oberwało się lasce za faceta od ZDMu, miała pecha. Ryzyko zawodowe. Jestem pewna, że słyszała już gorsze rzeczy.

Ale do jasnej Anielki! Codziennie łażę w tych godzinach po domu w pełni wypoczęta i dlaczego wtedy nikt nie dzwoni, tylko właśnie w dniu, kiedy naprawdę chciałam się wyspać??!! I patrzę z zazdrością na Franka, który mimo dwóch pobudek zasnął ponownie :( Ja już nie potrafię. Gdyby telefon dzwonił o 4tej, to byłaby na to szansa. Ale nie o godzinie, o której normalnie jestem na nogach… Efekt jest taki, że naprawdę czuję się zmęczona i boli mnie głowa (jak zwykle, gdy śpię mniej niż 7 godzin) a dodatkowo wściekła jestem jak sto diabłów.

Notka miała być zupełnie o czymś innym, ale wyżyć się gdzieś musiałam. Lepiej na biednym blogu niż na Franku albo fryzjerce, z którą jestem umówiona za dwie godziny…

wtorek, 9 sierpnia 2011

Świadomość nieobecności.

Zrobiliśmy sobie z Frankiem odwyk. Przymusowy zresztą :) Pojechałam do Miasteczka, bo dawno mnie już tam nie było. On i tak w weekend pracował, a w niedzielę miał popołudniówkę, więc nawet nie chciało mi się wracać do pustego domu toteż postanowiłam wyruszyć w drogę w poniedziałek. Oto kolejna zaleta tego, że zaczynam później pracę :) Wczoraj Franuś też pracował po południu, więc „widzieliśmy się” tylko w nocy, dzisiaj ma skończyć trochę wcześniej, ale chyba nie na tyle, żebym już nie spała :)) Jutro ma wolne, więc wreszcie po niemal tygodniu się zobaczymy.

Cóż, tak to już bywa, że są tygodnie, gdy się siłą rzeczy mijamy. Ale nie jest to wbrew pozorom aż tak bardzo uciążliwe. Pewnie, wolimy spędzać czas razem, ale gdy się nie da, to też jakoś sobie z tym radzimy :) On ma wtedy czas na to, żeby pograć sobie na komputerze i nie musi się przejmować na przykład moim marudzeniem (chociaż wcale tak często nie stękam na jego granie :)), ja mogę spotkać się z koleżanką bez wyrzutów sumienia, że „marnotrawię” nasz wspólny czas, którego mamy tak mało :)
A poza tym muszę przyznać, że całkiem fajna jest ta świadomość nieobecności, że tak to nazwę :) Rozrzucone ubrania Frankowe na fotelu. Kapcie, które czekają na jego powrót. Ugotowane ziemniaki dla mnie – żebym mogła po powrocie z pracy już je tylko podsmażyć. Nieumyta szklanka po herbacie. Zapach jego wody toaletowej, który czuję, gdy wchodzę do pustego domu…
Nie wiem, co Franek widzi, kiedy nie ma mnie i jak zaznacza się moja nieobecność. Przypuszczam, że świadczy o niej książka z zakładką wskazującą miejsce, gdzie skończyłam czytać, dziesięć par butów wywalonych w przedpokoju – bo się nie mogłam zdecydować, które włożyć (ale to tylko jak wychodzę do pracy :P, jak wyjeżdżam do Miasteczka, zawsze zostawiam porządek!:)), moja podusia odłożona na boku (zabieram ją Frankowi albo nawet chowam :P, bo ją zawsze wymiętoli, jak zostaje sam w łóżku!), ugotowana zupa, karteczka z wiadomością na lodówce…
Mimo tego, że wolimy być razem, to bez tych znaków świadczących o nieobecności, wielu rzeczy nie dałoby się dostrzec. Dlatego nawet je lubię, są w jakiś sposób niezwykłe – przez swoją zwyczajność. A świadomość tego, że coś leży i czeka na powrót drugiego domownika jest kojąca.
Chociaż przyznać muszę, że jak wczoraj wróciłam do domu, to znaki nieobecności pozostawione mi przez Franka kojące wcale nie były! – wręcz przeciwnie, ślady butów w niemal każdym pomieszczeniu podniosły mi ciśnienie. A na moje pretensje telefoniczne Franuś odpowiedział: „Ryba, nie denerwuj się, nie wiem jak to się stało, ale w środę poodkurzam” Taaa, do środy to ja bym chyba ten piach miała już nawet w bieliźnie.

***
Bardzo mi miło, że się tak ucieszyłyście z mojego powrotu :)) Niestety wygląda na to, ze Onet nie podziela Waszego entuzjazmu i na znak protestu postanowił zaszwankować :P To co się na nim wyprawia od wczoraj to jakaś katastrofa.