*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 25 sierpnia 2011

A ta ciągle o tym samym :)

Mam pewne, dość mocno uzasadnione obawy, że stanę się nieco monotematyczna :)) No cóż, pisać muszę o tym, co mi w duszy gra, a ostatnimi czasy tak się składa, że gra na jedną nutę. Ale może nie będzie tak źle :) A tymczasem – jeszcze w kwestii daty, bo Wasze komentarze sprowokowały mnie do kilku refleksji…

Swego czasu oczywiście rozmyślałam o tym, jaka data byłaby idealna na ślub. No i tak sobie z Frankiem wymyśliliśmy, że fajnie byłoby 17 lipca – w rocznicę poznania się. Ale to były tylko takie luźne rozmowy. A gdy przyszło co do czego, kiedy już byliśmy zaręczeni i faktycznie mieliśmy się zastanowić nad datą, wcale nie przychodził nam do głowy żaden konkretny dzień.

Tak naprawdę to było nam wszystko jedno – chcieliśmy po prostu, żeby to było w miarę szybko… Bo na co mamy czekać? Długo jesteśmy razem, już poznaliśmy się na tyle, żeby wiedzieć, czy chcemy być razem… Przedłużanie tego nie ma sensu.
Franek na początku optował za latem – bo stwierdził, że wtedy goście będą mieli najmniejszy problem, żeby dojechać. Z drugiej strony, słyszeliśmy głosy, że latem ludzie mają zaplanowane urlopy i też jest problem. Trzeba więc przyjąć po prostu, że komu będzie zależało, to przyjedzie niezależnie od tego, czy to będą wakacje, czy nie.

Pasowałaby nam nawet zima – mało ślubów wtedy się odbywa, więc bylibyśmy dość oryginalni :) Ale styczeń/luty 2012 to trochę za szybko, a z kolei grudzień tegoż roku wydawał się zbyt odległy. Wiedzieliśmy tylko jedno – nie może to być w okresie maj-lipiec, z tego względu, że mój kuzyn ma wesele w czerwcu, a dwie takie imprezy jedna po drugiej to nie jest specjalna atrakcja. Jednak tak naprawdę wszystkie te rozważania były czysto teoretyczne i wspominane mimochodem. Wszystko rozstrzygnęło się, gdy moja mama zorientowała się, jakie w ogóle są wolne terminy w salach, które braliśmy pod uwagę. A pierwsze wolne terminy były na przełomie sierpnia i września 2012.

No i tak – żadne tam rocznice, żadne literki „r” w nazwie, żadne sprawy pogodowe, ubraniowe ani inne przesądy nie miały wpływu na nasz wybór. Tak jak pisałam, to nie my wybraliśmy datę, ale ona wybrała nas :) Bo później nawet pojawiła się możliwość ewentualnej zmiany na koniec sierpnia, ale nam się tak już ten dzień 15 września spodobał, że tak zostało :)
A że nie jest to jakiś szczególny dzień, który kojarzyłby się nam wyjątkowo? Cóż, od roku 2012 już będzie dla nas wyjątkowy :)

***
A teraz coś dla tych najbardziej niecierpliwych. Oto i on:
  
 

środa, 24 sierpnia 2011

Sny przedślubne (zapewne dopiero część pierwsza :))

Już od kilku lat zdarzało mi się miewać sny, które nazwałam sobie przedślubnymi. Nawet mimo tego, że o ślubie jeszcze nie myśleliśmy, bywało, że śniło mi się, że jadę do kościoła i zawsze było to samo – nie mogłam się wybrać, ciągle coś mi stawało na drodze i ostatecznie wyglądało na to, że spóźnię się na własny ślub. Ale zawsze w tym śnie sama sobie powtarzałam, że to nie jest rzeczywistość i od razu się uspokajałam i już na luzie odawało mi się dośnić do końca jak to moje wesele okazuje się klapą :)
Parę dni temu śniło mi się, że nadszedł ten dzień. Goście się już zjechali, czekają w kościele i właściwie już tylko mnie brakuje. Msza się rozpoczęła, a ja nie zdążyłam się przebrać! Weszłam więc tylko na chwilę w sweterku i pomyślałam sobie, że na czytaniu wyjdę i się przebiorę… Tak też zrobiłam. Wyszłam i w jakimś pomieszczeniu (nie, nie w zakrystii:)) szybko zaczęłam się przebierać. Ale czas nagli – już 1 list do Koryntian przeczytany a ja go nie słucham. Na własnym ślubie :( – myślę sobie. A tu jak na złość „na cebulkę” jestem ubrana – sweterek, jeszcze jeden, koszulka, podkoszulka… Ksiądz już kazanie rozpoczął – kazanie skierowane do mnie i Franka, a mnie nie ma! W końcu włożyłam suknię - w samą porę, bo kazanie się kończy, zaraz będzie przysięga! Jeszcze tylko buty – i co? Nagle robi mi się gorąco, bo przypomniałam sobie, że zapomniałam sobie kupić białe buty do sukni ślubnej!!! Mam tylko czarne czółenka! No i co teraz?
Pomyślałam sobie wtedy to, co zawsze w takich sytuacjach – spokojnie, to tylko sen. Nie podziałało. Margolka we śnie ze zgrozą uświadomiła sobie, że tym razem się jej to nie śni i że ten wielki dzień, na który czekała tyle czasu i do którego przygotowywała się tak długo będzie totalną klapą… I w tym momencie uratował mnie mój kochany narzeczony! Zadzwonił frankowy budzik wzywający go do pracy! Wierzcie mi, nigdy się tak nie cieszyłam, że Franuś musi wstawać o 3:25 :)
***
Ten sen był z gatunku ekstremalnych. Ale od kilku dni przygotowania, ślub i wesele śnią mi się prawie codziennie w wersji light. Zazwyczaj sny te dotyczą rozmów z innymi, w których opowiadam, co załatwiliśmy. Albo nawet nie dzieje się nic konkretnego, tylko jest biała suknia i generalnie temat ślubno-weselny. Cóż, co tu się dziwić – ostatnio o niczym innym prawie nie myślę. Z mamą mamy gorącą linię i ciągle omawiamy jakieś kwestie a później przekazuję to Frankowi i jeszcze raz dyskutujemy. Gorący temat, więc i w nocy spokoju mi nie daje. Mam nadzieję, że teraz, kiedy mamy już załatwione najważniejsze, na chwilę się uspokoi. Potem jeszcze we wrześniu załatwianie kościoła, a cała reszta trochę się czasie rozłoży… A więc i się uspokoję trochę.

Taką mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie, żebym była taka nakręcona przez cały rok!  A tak swoją drogą wiecie, co to będzie o tej samej porze w przyszłym roku? Skoro ja już teraz tak to wszystko przeżywam?