*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Na nie.

Wczoraj w całkiem dobrym nastroju byłam. Byłam i się zmyłam – nie wiedząc do końca dlaczego… Co prawda przez zupełny przypadek ucięłam sobie wczoraj pogawędkę wirtualną z dawną – niegdyś bliską – znajomą, z którą już od jakiegoś czasu mi nie po drodze i która mi swego czasu mocno podpadła… ale o tym może innym razem… W każdym razie – nie była to rozmowa ani o rzeczach ważnych ani specjalnie poważnych, więc raczej nie o to chodzi. Również wieczorem trochę się nakręciłam jedną sprawą, którą obiecałam komuś załatwić. Niby prosta, a jednak nieco skomplikowana. I nie lubię późną porą w taki tok myślenia wpadać (w stylu – niech już będzie jutro, zobaczę co da się zrobić i będzie po sprawie), bo nie dość, że potem zasnąć nie mogę, to potem w nocy mi się wszystko śni :) Wyspałam się więc średnio, rano czułam się w ogóle jakoś tak ni przypiął ni wypiął.
Franek też to zauważył, bo dzwonił, kiedy już byłam w pracy i od razu słyszał, że serdeczności we mnie zbyt dużo nie ma. Warczeć nie warczałam co prawda, ale sama wiem, że nawet mi się gadać niespecjalnie chciało. No jakoś tak wszystko na „nie” chwilowo jest u mnie. Dobrze, że przynajmniej sprawę udało mi się dość gładko załatwić :) Mam nadzieję, że mi się poprawi wkrótce, bo sama nie wiem, czy bardziej jestem zła, smutna, czy tylko marudna :)
Ale żeby tak całkiem w ruinę emocjonalną nie popaść, powtarzam sobie w myślach mój ulubiony ostatnimi czasy dowcip, który naprawdę pokochałam i którym się z Wami podzielę:
Idzie sobie po mieście facet z pingwinem. Spotyka kolegę. Ten pyta:
- A ty co tak z tym pingwinem spacerujesz?
- No widzisz, znalazłem go i zabrałem ze sobą. Nie bardzo wiem, co z nim teraz zrobić.
- No to do zoo go zaprowadź!
- A wiesz, dobra myśl…
Panowie spotykają się ponownie po tygodniu. Facet nadal z pingwinem, więc kolega pyta:
- I co, nie byłeś w tym zoo?
- Nieee no byłem! Teraz do kina idziemy.

:DDDD Uwielbiam! Pingwina i faceta :D

środa, 7 grudnia 2011

Witam w grudniu!

No to wywołałam wilka z lasu ostatnią notką :) Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zaraz następnego dnia wszystko dookoła mnie oszalało i zaczęło się dziać tyle, że ledwo ogarniałam? Głównie dotyczy to sytuacji w pracy – cóż, ostrzegano mnie, ze w grudniu dużo się dzieje, bo wszystkie akcje ruszają pełną parą. Ale nikt już nie ostrzegał, że jak na złość Współpracownica będzie musiała odpuścić jeden dzień w pracy z ważnych powodów rodzinnych a Pan Magazynier zachoruje! Do tego jeszcze kilka innych niespodzianek i popłynęliśmy w poprzednim tygodniu. Na szczęście od poniedziałku ogarnęliśmy nieco sytuację i wyszliśmy na prostą (odpukać!) – mam nadzieję, ze tak już zostanie, niezależnie od tego, że intensywność sprzedaży na pewno nam nie spadnie.
Przyznaję, że byłam ostatnio wykończona i wiecznie w biegu. To nie działa na mnie dobrze – najbardziej doskwierało mi to, że nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje i nic nie mogę zrobić, aby poprawić sytuację. Kiedy tak tracę kontrolę, a przede wszystkim, gdy nie mam czasu na ogarnianie wszystkiego dookoła mnie, jakoś tak szybciej się dołuję. Cieszę się więc, że aktualnie sytuacja wygląda na opanowaną (mam nadzieję, że to nie kolejny wilk! :))
A tak poza tym – wszystko świetnie :) Franek nadal Kluseczkuje i nadal kochamy się jak dwa aniołki. Czas leci szybko, co mnie cieszy, bo święta coraz bliżej. Uwielbiam grudzień w tegorocznym wydaniu! Naprawdę! I podkreślę, że ja wcale nie potrzebuję śniegu, żeby poczuć świąteczną atmosferę! Święta to święta i już, niezależnie od pogody :) Oj, jakże bym była szczęśliwa, gdyby tegoroczna zima tak wyglądała aż do wiosny :) Ale nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła, że jak zwykle ludzie zdumiewają mnie swoim malkontenctwem – w zeszłym roku w grudniu napisałam notkę, że ludzie narzekają na śnieg i „nagły” atak zimy. Tym razem mogłabym napisać o tym, jak to wiecznie niezadowoleni marudzą, że zimy nie ma :) Ech, no nie dogodzisz.
Tak ogólnie cieszę się, że mamy już grudzień. Zawsze mi się dobrze kojarzył ten miesiąc – święta, koniec roku, nowy początek… Lubię po prostu ten czas i już. Chociaż muszę przyznać, że ilość pracy, która nieco mnie przytłoczyła, delikatnie mi ten grudzień zbezcześciła, ale dam sobie radę i z tym :)