*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 25 grudnia 2011

W święta, nieświątecznie :)

Zdecydowanie – tego jeszcze nie było :) Tym razem chyba naprawdę pobiłam swój rekord w niepisaniu – nie sprawdzałam co prawda, ale chyba dłuższego przestoju niż tydzień nie miałam – a tu proszę :) Poza tym jeszcze się nie zdarzyło, żebym nie nadawała tuż przed świętami ani w Wigilię. Mało brakowało, a i w święta bym jeszcze milczała. Ale stało się – jestem.

Chciałabym na dłużej, ale nie wiem jak to będzie. Różne przyczyny złożyły się na moją nieobecność. Na pewno nie był to brak weny ani brak czasu. Na pierwsze narzekam bardzo rzadko, a tym razem naprawdę miałam o czym pisać. Czas też by sie znalazł. Ale reszta nie sprzyjała. Poza tym od jakiegoś już czasu mam wrażenie jakby blogowisko obumarło. A kiedy niewiele się dzieje i moja aktywność spada. A przede wszystkim zawsze mam tak, że im dłużej mnie nie ma, tym trudniej mi wrócić. A przy każdym takim dłuższym przestoju przychodzi czas na weryfikację blogowych znajomości :) Kiedy człowiek bywa w blogosferze rzadziej, naprawdę ma szansę zaobserwować, kto jest tak naprawdę wiernym blogowym kompanem, kto naprawdę czeka, kto się niepokoi, kto jest bliski :) Dziękuję więc za wszelkie maile, smsy, czy komentarze, w których dawałyście do zrozumienia, że czekacie. To naprawdę strasznie miłe :) Staram się więc skupiać na Was i na tym, co miłe, zamiast zastanawiać się nad tym, co (lub kto:)) mnie rozczarowało. Cóż, zdarza się i tutaj.


No tak, tak ja wiem, mało świąteczna ta notka :) Ale to dlatego, że jakoś w ogóle bloga nie zdążyłam nastroić świątecznie i brakuje mi na nim tej grudniowej atmosfery :) Muszę się więc zadowolić takową w realu. Mam nadzieję, że wybaczycie, a i tak myślę, że całkiem sporo osób przegapi ten wpis ;) W końcu teraz jest czas na ważniejsze sprawy.
Tak czy inaczej – jakoś wrócić musiałam i coś napisać musiałam ;) W końcu nawet Franek się niecierpliwił i pytał, dlaczego nie ma nowej notki i musi cały czas czytać to samo? :)

Życzeń jednak nie odpuszczę :) Wigilia co prawda już minęła, ale ja dopiero dziś podzielę się z Wami wirtualnym opłatkiem:)
 
Święta się jeszcze nie skończyły, a więc życzę Wam, aby były wesołe i spędzone w ciepłej atmosferze. Niech w tym czasie towarzyszami będą Wam spokój, życzliwość, uśmiech i same pozytywne emocje. Nie zadręczajcie się drobiazgami i pamiętajcie, co jest najważniejsze – nie tylko w tym okresie, ale i w życiu :) Ja sama doskonale wiem, jakie to bywa trudne :) Wszystkiego dobrego i wesołych świąt!

wtorek, 13 grudnia 2011

Czekam i czekam.

Pisałam już kilka razy o tym, że lubię czekać. Nie wiem, czy należę do osób bardzo cierpliwych – to chyba zależy od sytuacji, ale czekanie to coś, co wywołuje we mnie pozytywne emocje. Oczywiście poza pewnymi wyjątkowymi sytuacjami, kiedy oczekiwanie wiąże się z niepokojem, nerwami, czy stresem – nie, takiego czekania nie lubię, pod tym względem na pewno jestem niecierpliwa i sprawy skomplikowane, nieprzyjemne lub niepewne lubię załatwiać od razu. Czasami nawet aż za bardzo się z tym spieszę i najpierw zrobię a dopiero później myślę.
Ale nie o takie oczekiwanie mam teraz na myśli. Piszę o czekaniu na pewne wydarzenia – bardziej lub mniej ważne, przyjemne lub neutralne, ale coś jednak znaczące. Lubię odliczać dni, mierzyć czas od jednego charakterystycznego momentu do drugiego. Czasami są to momenty bardzo oczywiste, czasami ważne i przełomowe. Takie odliczanie powoduje, że czas szybko płynie – jeszcze nie zdecydowałam, czy to dobrze, czy źle. Chociaż chyba na razie skłaniam się ku pierwszej opcji…
Na razie czekam na przyszły tydzień i przyjazd szefostwa z Warszawy. To zawsze jest u mnie w pracy ważne wydarzenie. Później oczywiście – święta. A następnie styczeń, który rozpocznie nowy rok. Na luty czekam zawsze, bo w tym miesiącu dni zaczynają być już widocznie dłuższe. Nie wstaję już zupełnie po ciemku a i słońce zachodzi trochę później. To już jest dla mnie jakiś zwiastun wiosny… Potem nadchodzi marzec. Nie lubię tego miesiąca, a jednak na niego czekam – bo marzec to już wiosna. Nawet niech sobie będzie ponura i zimna – ale jednak to wiosna! :) Tym razem z wyjątkową niecierpliwością czekam na kwiecień – a konkretnie na koniec kwietnia. Ma się wtedy skończyć pierwsza część remontu najważniejszego węzła komunikacyjnego w Poznaniu i mam ogromną nadzieję, że będzie się jeździło lepiej. Chociaż przez parę miesięcy, bo później mają remontować drugą część (na to już nie czekam :)). Niby głupie, ot takie tam wydarzenie, na które ani nie mam wpływu, ani nie jest jakoś szczególnie związane z moim życiem – a jednak, bardzo często w myślach powtarzam sobie „byle do kwietnia…” Później czekam na maj. Maj jest piękny, uwielbiam ten miesiąc. Podobnie jak czerwiec – a na czerwiec czekam, bo wybierzemy się razem z Frankiem na mecz Euro. Lipca już się całkowicie doczekać nie mogę, bo to chyba już zawsze będzie dla mnie wyjątkowy miesiąc. No i oczywiście rzeczą, na którą czekam od pewnego czasu najbardziej jest nasz ślub.  Jeszcze niedawno niewiele o tym myślałam. Teraz zostało jeszcze dziesięć miesięcy – dużo, ale ja już czekam intensywnie. I łapię się na tym, że chyba naprawdę nie mogę się doczekać :) A potem będę czekać na urlop i nasze wakacje, które wyjątkowo przenosimy w roku 2012 na późną jesień. A potem wszystko zacznie się od nowa :)
Oczywiście w międzyczasie czekam na całe mnóstwo innych drobnych wydarzeń – na wspólny weekend z Frankiem, na przyjazd koleżanki z Hiszpanii, na odwiedziny w Miasteczku, na czyjeś urodziny, spęd rodzinny z okazji imienin kogoś innego. Każdego dnia czekam na wieczór – kiedy mogę usiąść spokojnie z książką lub ulubionym czasopismem, z kubkiem ciepłej herbaty, kieliszkiem wina albo po prostu z piwem i poczuć, że teraz jest czas dla mnie. A z kolei każdego wieczora czekam na ranek – i ten czas zanim się wszystko zacznie…

Całe moje życie to oczekiwanie – w dużej mierze dlatego, że sama je sobie w taki sposób zaprojektowałam :) Wiem, że nie wszyscy zwracają uwagę na sam proces oczekiwania – dla niektórych wszystko po prostu się dzieje, nie rozmyślają o tym, nie odliczają. A ja to lubię. To daje mi pewną kontrolę nad tym czasem :)
Ech, a jaki żal odczuwam, kiedy doczekam się wreszcie na to, na co tyle czasu czekałam…