*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 21 stycznia 2012

O przygotowaniach słów kilka(dziesiąt).

Do ślubu zostało jeszcze niecałe osiem miesięcy. Przypuszczam, że nerwówka zacznie się dopiero dwa tygodnie przed tym najważniejszym dniem, ale i tak mam wrażenie, że te przygotowania idą nam bardzo sprawnie i raczej bezstresowo. Kiedy czytam albo słucham o przygotowaniach innych par, to nawet się czasami zastanawiam, co z nami jest nie tak, że się aż tak tym nie emocjonujemy :P Oczywiście nie chodzi o to, że nie przeżywamy – rozmawiamy na tematy ślubne, podejmujemy różne decyzje, załatwiamy, co trzeba. Ale nie ma u nas wielkich dylematów, czy gorączkowej bieganiny.
Przyznam, że nawet kiedy rozmawiamy na ten temat z Frankiem, to te rozmowy częściej dotyczą samego małżeństwa i faktu, że decydujemy się na wspólne życie razem oraz tego, jak będzie wyglądało nasze życie po ślubie, niż menu weselnego albo samego przyjęcia. Pewnie, że się bardzo cieszymy, że będziemy mieli taką uroczystość i zabawę weselną, ale nie przywiązujemy do tego aż tak dużej wagi, jak być może powinniśmy :)
Nie chodzi o to, że bierzemy byle co – starannie podejmujemy każdą decyzję, tyle, że dość szybko. Zależy nam, żeby było miło i wesoło, ale przecież to, jaka będzie atmosfera i tak najbardziej zależy od nas i naszych gości. Nie bez znaczenia są dodatki takie jak zespół, czy menu, ale z tego jesteśmy zadowoleni – mimo, że nie robiliśmy rozpoznania miesiącami :) Rodzina Franka, zwłaszcza pary, które w ciągu ostatnich czterech lat się pobierały są w szoku, że tak szybko nam to idzie, zwłaszcza, że bez zbędnego szumu. A ja myślę, że po prostu każdy ma swój sposób – niektórzy zwyczajnie lubią takie jeżdżenie po wielu miejscach, analizowanie, porównywanie, zastanawianie się. Pomaga to im wczuć się w tę przedślubną atmosferę, zbliża ich to do siebie, podoba im się fakt, że na kilka miesięcy angażują się całkowicie w te sprawy. I bardzo dobrze, niech czerpią z tych przygotowań jak najwięcej przyjemności.
My chyba jesteśmy innym typem, bo przede wszystkim cenimy sobie święty spokój i niezbyt wiele dylematów :) Po prostu więcej radości daje nam to, że szybko podejmujemy decyzje i być może też nie mamy wielkich wymagań. A prawda jest taka, że i tak wszystko wyjdzie w praniu. Nie chciałabym też, żeby z mojej notki, czy naszej postawy biła całkowita ignorancja, bo na pewno nie olewamy sobie niczego. Angażujemy się w przygotowywania, rozważamy różne opcje, ale sama nie potrafię wytłumaczyć, jak to się dzieje, że raz, dwa i już mamy załatwione kolejne sprawy związane ze ślubem, czy weselem.

W pierwszym tygodniu po naszych zaręczynach byłam przerażona tym, co nas czeka. Nie wyobrażałam sobie, że będziemy w stanie wszystko ogarnąć :) A tu się okazało, że bardzo szybko znaleźliśmy salę, zespół, następnie zaklepaliśmy termin w kościele. Potem zamówiliśmy fotografa i zorientowaliśmy się w ofercie wideofilmowania. Wstępne menu ustaliliśmy przy okazji październikowego spotkania naszych rodziców. A więc to, co najważniejsze już mamy załatwione. Dwa tygodnie temu wybrałam się na targi ślubne. Niestety Franek pracował, więc poszłam z jego mamą. Na początku nie byłam przekonana co do tego, czy w ogóle pójść, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy i tak mamy już załatwione, ale nie żałuję, bo rozjaśniło mi się w głowie w innych kwestiach, co do których miałam wątpliwości, takich jak zaproszenia, obrączki i ubiór :)
  Chodziłam po tych stoiskach, oglądałam i tylko strasznie żałowałam, że Franek nie mógł przyjść z nami. Jego mama była znakomitą towarzyszką, ale po prostu żal mi było, bo przecież taki dzień i ten czas przygotowań się nie powtórzy, a fajnie byłoby razem oglądać to wszystko i zastanawiać się wspólnie nad tym, co nam się podoba. Trudno, służba nie drużba :) Musieliśmy się zadowolić wspólnym oglądaniem folderów i ulotek, których dostałam całą siatkę.
Wiemy już, że Franek nie wystąpi w krawacie a założy czarną muchę, pasującą wspaniale do czarnego garnituru, który z kolei będzie się świetnie komponował z moją białą suknią z welonem. Już wiem mniej więcej, jaki model mi się podoba.
Ze mną to jest tak, że albo coś mi się podoba, albo nie. Ale nawet jak mi się podoba, to wcale nie znaczy, że to już jest to coś! Bo TO musi do mnie przemówić. Może dlatego nie potrzebuję dużo czasu na podejmowanie decyzji? W każdym razie na targach przemówiły do mnie suknia oraz zaproszenia. Jeśli chodzi o obrączki, to czekamy jeszcze na takie olśnienie, ale jesteśmy na dobrej drodze, przynajmniej wiemy, z czego chcemy wybierać.

Myślę, że jeszcze o każdym z wyżej wymienionych aspektów naszych przygotowań wspomnę osobno, bo i tak się rozpisałam :) To jest dla nas naprawdę wspaniały czas, ale chyba bardziej pod względem duchowym, niż jakimkolwiek innym. Cieszą nas te przygotowania, ale jeszcze bardziej nas cieszy, że nie zgłupieliśmy i  systematycznie, bez zbędnej nerwówki przybywa nam tych załatwionych spraw :)

wtorek, 17 stycznia 2012

Sprawy zaległe.

Aaa, tak na temat blogowania – zapomniałam jeszcze o jednym postanowieniu, które od kilku tygodni usiłuję już wprowadzić w życie :) Mianowicie fajnie byłoby znowu powrócić do dawnej aktywności, ale ponieważ różnie bywa i z czasem wolnym i z innymi zajęciami – niczego w tej kwestii nie obiecuję. Robię swoje i tyle :) Ale postanawiam sobie zrobić nareszcie porządek w linkach, które mi się lekko zdeaktualizowały. I tu moja prośba do Was – przekopuję się co prawda przez maile i komentarze pod poprzednimi notkami, ale mam prośbę – jeśli moje namiary do Was są nieaktualne, bądź nie ma ich wcale po prawej stronie, zostawcie adres jeszcze raz :) Będzie mi ciut wygodniej :) Proszę też wszystkich o jeszcze chwilę cierpliwości, staram się dotrzeć do każdego, ale jeszcze nie udaje mi się codziennie zajrzeć wszędzie i jeszcze zostawić komentarz :)
A tymczasem kilka spraw, o których pisałam już jakiś czas temu, ale wątek się urwał:
Pamiętacie historię z egzaminem DELE? Długa to była historia – zaczęła się od tego, że nie zdałam jednej części tego egzaminu a tym samym nie mogłam otrzymać certyfikatu. Rzekomo nie zdałam, bo gdy wysłałam odwołanie, to po kilku miesiącach dowiedziałam się, że komisja pomyliła się w liczeniu punktów i wszystkie części zaliczyłam. Ostatecznie zdałam egzamin na całkiem dobrym poziomie. Po kolejnych kilku miesiącach, zadzwoniłam do organizatora egzaminu w Poznaniu z zapytaniem, kiedy otrzymam certyfikat. Polecono mi skontaktować się z Instytutem Cervanteza w Warszawie. Tak też zrobiłam. Ale tam także mojego certyfikatu nie mieli. Pozostało mi więc czekać, ewentualnie popędzać samych Hiszpanów, ale jakoś nie chciało mi się tego robić…
Jakiś czas temu, zadzwonił do mnie tata z informacją, że w skrzynce było avizo na list polecony dla mnie. Poprosiłam, żeby spróbował ten list odebrać, tak też zrobił i zadzwonił, że to jakiś list z uniwersytetu w Salamance. Miałam już pewne podejrzenia, co do zawartości koperty, a kiedy tata ją otworzył, potwierdziło się – dostałam certyfikat! Od egzaminu minęło dwa i pół roku… I proszę mi więcej nie narzekać na opieszałość polskich urzędów/uniwersytetów/instytucji (niepotrzebne skreślić)! W porównaniu do tempa hiszpańskiego, wszystko u nas można załatwić od ręki :)
Jeśli chodzi o tę naszą przykrą rodzinną sprawę, o której wspominałam w październiku, to na szczęście wszystko miało pozytywny finał w listopadzie. Nerwówki trochę było, poczucie niesprawiedliwości dalej gryzło, ale teraz to już można puścić to w zapomnienie – co się stało, to się nie odstanie, a wygląda na to, że w przyszłości nie będzie to miało większego znaczenia, więc nie ma sensu rozpamiętywać.  I bardzo się cieszę, że nie rozgrzebałam tej sprawy tu, na blogu :) Wystarczy, że ja wiem, o co chodziło. Czasami zwyczajnie nie warto pisać o wszystkim ze szczegółami, a mnie samej wystarczy, że wyrzucę z siebie negatywne emocje poprzez notkę, która tylko dla mnie jest zrozumiała.
Jakiś czas temu pisałam też o bólach brzucha, które mi doskwierają i o planowanej wizycie u pani doktor od podwozia. Nie byłam pewna, czy jedno z drugim w ogóle ma związek, ale od czasu do czasu skontrolować i tak się trzeba. Ale pani doktor dość szybko zdiagnozowała problem – przyczyną tych bóli był pęcherz moczowy… Prawdopodobnie jeszcze latem musiałam sobie go przeziębić, wtedy zresztą po raz pierwszy miałam niesamowicie bolesną miesiączkę (co mi się zdarza raczej rzadko) – i tak się ciągnęło przez kolejnych kilka miesięcy. Raz było lepiej, raz gorzej, ale ogólnie ciągle coś mi w dole brzucha doskwierało. Wystarczyły jednak jakieś tabletki i jest dużo, dużo lepiej. Brzuch w każdym razie przestał boleć. Zdziwiłam się trochę, że taka była przyczyna, bo kiedyś miałam zapalenie pęcherza i dolegliwości były zupełnie inne, więc nie skojarzyłam nawet tym razem jednego z drugim. A mama mówiła, że to może być to :)
No to by było na tyle jeśli chodzi o zaległe sprawy, o których miałam okazję wspominać :)