*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 2 lutego 2012

Kot w pustym mieszkaniu.

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś sie tu nie zaczyna

w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf sie zajrzało.

Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,

niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek
Wisława Szymborska (1929-2012)
Ona i ksiądz Twardowski – nie tylko sprawili, że zaczęłam rozumieć poezję, ale że ją nawet pokochałam. Tylko ich wiersze znałam na pamięć – i uczyłam się ich z własnej, nieprzymuszonej woli lub zupełnie bezwiednie… Kilka razy już cytowałam tutaj tę poetkę. Moim mottem od dawna są słowa: „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono…” Dlatego wiem, że moja pamięć o Wisławie Szymborskiej będzie ciągle żywa.
Zawsze nam się wydaje, że niektórzy będą żyli wiecznie…

Ps. Nie do końca wiem, co na to ACTA, ale może na tę okoliczność mnie nie zamkną…

wtorek, 31 stycznia 2012

Zapracowana.

Weekend rzeczywiście był tak wspaniały i błogi, jak się zapowiadał. Chyba nawet był jeszcze lepszy ;) Ale teraz to już właściwie o nim nie pamiętam, bo tak, jak się spodziewałam, w pracy naprawdę mam sporo do roboty. O dziwo, wczoraj było dużo spokojniej niż dziś. Ale to dobrze, bo nastawiłam się pozytywnie i dzisiaj łatwiej było mi sobie poradzić z każdą niespodzianką, nieoczekiwanym zleceniem, trudnością… Grunt, że udaje mi się ogarnąć to, co naprawdę najważniejsze – tak zwane sprawy ważne i pilne :)Nie jest najgorzej. A być może mróz nam się mocno przysłuży, bo jest szansa, że jeśli temperatura się nie podniesie, w piątek nie będziemy prowadzić sprzedaży :)Trzymam więc kciuki, żeby było tak zimno jeszcze chociaż przez te trzy kolejne dni. A kolejny weekend już za pasem :) I tak się toczy…
Jutro kolejny pracowity dzień. Na chwilę obecną czuję się wykończona, więc idę zregenerować siły. A może już jutro dogonię rzeczywistość – również tę wirtualną ;) Jeśli nie – pojutrze też jest dzień…