*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 7 lutego 2012

Drobiazgi?

Franuś wczoraj rano wstał i poszedł do sklepu, bo nie było chleba. Przy okazji kupił mi bułkę, żebym sobie wzięła do pracy (lubię jeść „na sucho”) – nie wiedział jaką, więc kupił na wszelki wypadek cztery i mogłam sobie wybrać. Do tego kupił mi jogurt – truskawkowo-poziomkowy, bo wie, że ja lubię jogurty „czerwone”. I jeszcze soczek – ot tak, żebym miała co pić w pracy, a soczek 100% więc zdrowy.
Kiedy wróciłam z pracy Franuś postawił mi przed nosem talerz z obiadem – gorącym, bo dopiero co przygotowanym. I oczywiście po obiedzie mogłam sobie usiąść przed komputerem – włączonym już wcześniej. Franek wie, że ja zawsze jak przychodzę do domu, pierwsze co, włączam komputer – nawet niekoniecznie od razu przy nim siadam, ale włączyć muszę. I mnie od jakiegoś czasu w tym wyręcza. Nawet go nigdy o to nie prosiłam. (wczoraj i tak odpuściłam komputer, wolałam sobie usiąść na kanapie obok Franka. Co z tego, że byliśmy zaczytani każdy w swojej książce, ważne, że razem :))
Dzisiaj rano wstałam, a w lodówce czekała obrana pomarańcza. (Nie lubię obierać cytrusów) I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że on szedł dziś do pracy na 4:15. Wstał więc po trzeciej i jeszcze znalazł czas, żeby mi obrać owoc! Kochany jest.
Franuś przyjeżdża po mnie na dworzec, gdy przyjeżdżam z Miasteczka i jadę pociągiem. Rzecz jasna, jeśli tylko akurat nie pracuje, odwozi mnie na niego - a kiedy jadę na dworzec prosto z pracy, spotykamy się na miejscu. Franek przywozi mi walizkę z domu, żebym nie musiała jej targać do biura. Ostatnio tuż przed odjazdem pociągu przypomniałam sobie, że zostawiłam w aucie komórkę. Nawet nie mrugnął i po nią pobiegł. Wcale nie musiał – miałam jeszcze telefon służbowy w razie czego, przeżyłabym bez komórki dwa dni. Ale pobiegł, bo on wie, że ja wiecznie czegoś zapominam…
Ja wiem, że już o tym wszystkim pisałam. Może przykłady inne, ale sens ten sam. Ale będę o tym pisać, bo mnie to nieustannie rozczula. Zwłaszcza, że On to robi najczęściej sam z siebie – w taki niezauważalny sposób. Przychodzi mu to naturalnie. Przecież to takie oczywiste, że zrobi coś, żeby sprawić mi przyjemność. I w zasadzie go rozumiem, bo ja też lubię bezinteresownie zanieść mu śniadanie do pracy, gdy akurat jestem w pobliżu. Albo zrobić na obiad coś co lubi, nawet gdy ja niekoniecznie za tym przepadam.
Bardzo mi było miło, kiedy dostałam od Franka kiedyś bukiet moich ulubionych kolorowych kwiatów zupełnie bez okazji. Ale jak tak o tym myślę, to chyba ta obrana pomarańcza nawet więcej dla mnie znaczy (nie ujmując niczego pięknym kwiatkom, z którymi prawie spałam :P)

niedziela, 5 lutego 2012

Takie pitu-pitu.

Tak, jak przypuszczałam, to był mocno intensywny i zabiegany tydzień. Ale ważne, że sobie poradziłam bez większych problemów. Myślę, że wywiązałam się ze wszystkich obowiązków – swoich i tych wynikających z zastępstwa za Współpracownicę. Mam nadzieję, że za miesiąc z hakiem, Warszawa będzie pamiętać, że gdyby nie ja, sprzedaż musiałaby być wstrzymana przy każdej okazji urlopu Współpracownicy ;) Bo oprócz niej, tylko ja znam procedurę i obsługę programu.
Ale rzeczywiście musiałam się sprężyć, żeby w ciągu jednego dnia pracy zmieścić swoje i nieswoje obowiązki. Przyznać muszę, że chyba w dużej mierze dzięki temu ten tydzień minął mi w bardzo szybkim tempie. W dodatku wszystkie popołudnia miałam zajęte – korepetycje, aerobik, spotkanie dla narzeczonych i… praca. Okazało się bowiem, że dziewczyna, która mnie zastąpiła u R. odeszła z pracy. Umówiłam się z R., że mu pomogę na początku miesiąca i nauczę paru rzeczy. Fajnie było chociaż na chwilę wrócić na stare śmieci :) Wszyscy przywitali mnie bardzo entuzjastycznie i myśleli, że wracam na dobre. Chyba im moja zastępczyni dała popalić – jak to chłopaki stwierdzili, za bardzo próbowała zaznaczać teren i rozstawiać wszystkich po kątach. Od niej zresztą też wiedziałam, że się tam ciągle z kimś kłóciła. Taka jestem potulna ;) Zresztą w nowej pracy też Magazynierzy mają mnie za tego „dobrego glinę”. Że niby jestem spokojna, wrażliwa, nie krzyczę, nie denerwuję się :) I w sumie dobrze, w pracy trzeba umieć okiełznać swoje emocje. Jak mam się z kimś pokłócić to już naprawdę wolę z Frankiem niż ze Współpracownikami, bo wiem, że po pierwsze mniej to przeżyję, a po drugie, szybciej się pogodzimy :)
Spotkałam się w Miasteczku z koleżanką. Jak zwykle musiałam jej napisać smsa, że się spóźnię. Jak zwykle w Miasteczku! Bo ja nie znoszę się spóźniać i zazwyczaj jestem punktualna. Ale gdy się umawiam z kimś w Miasteczku, to moje koleżanki wiedzą, ze zazwyczaj przychodzę pięć, dziesięć minut spóźniona. Wczoraj mnie oświeciło i już wiem, dlaczego tak jest! Po pierwsze – w Miasteczku wszędzie jest blisko, a przecież powszechnie wiadomo, że im ktoś ma gdzieś bliżej, tym częściej się spóźnia ;) Bo się człowiekowi wydaje, że to przecież tylko dwa kroki, więc nie będzie przesadzał i zbyt wcześnie się szykował. Kończy się na tym, że ubieram się w biegu i wychodzę wtedy, gdy już powinnam być na miejscu :) Po drugie – (choć łączy się to z pierwszym) – w Poznaniu, żeby gdzieś dotrzeć muszę dojechać – najczęściej tramwajem. Ten na mnie nie poczeka, więc na przystanku muszę być przynajmniej minutę szybciej. W dodatku na rozkładzie dokładnie jest napisane ile czasu jedzie się do danego punktu :) Zwyczajnie łatwiej jest oszacować ilość czasu potrzebną mi na dotarcie gdzieś w Poznaniu niż w Miasteczku :P