*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Ledwie się skończył jeden, jakże przyjemny (jak zwykle :)) weekend a ja już myślę o kolejnym
Myślę – w sensie czekam na niego i jestem nim podekscytowana. A to
dlatego, że w ten weekend Franek pracował, więc pojechałam sama do
Miasteczka, natomiast kolejny spędzimy już oboje w Poznaniu leniąc się
Albo może nawet nie leniąc się, ale na pewno razem, a to zawsze jest fajne.
Ostatnio
doszliśmy z Frankiem do porozumienia, jeśli chodzi o weekendy właśnie. A
w zasadzie to złe sformułowanie, bo nieporozumień raczej w tej kwestii
między nami nie było albo bywały rzadko, ale wreszcie coś postanowiliśmy
Rzecz dotyczy naszych wyjazdów do Miasteczka. Przez pierwsze lata, gdy
się poznaliśmy, jeździłam prawie zawsze sama i nigdy mi to nie
przeszkadzało. Później Franek stał się częstszym gościem, ale i tak
niezbyt częstym. Odkąd się zaręczyliśmy, stara się jeździć częściej i
bardzo to lubi, ale na przeszkodzie często staje jego praca. Jednak
oboje stwierdziliśmy, że po ślubie trzeba coś z tym zrobić – ja jako
mężatka, nie chciałabym w Miasteczku pojawiać się ciągle solo. Nie
odpowiadałoby mi to – Frankowi również. Podobnie jak to, że
spędzalibyśmy osobno wolne weekendy – Franek w Poznaniu, ja w
Miasteczku. Ale tak samo nie byłabym zadowolona, gdybym miała nagle
zacząć bywać u rodziców od święta.
Tak się
składa, że Franek w ciągu miesiąca ma zazwyczaj dwa wolne weekendy oraz
dwa pracujące. Ustaliliśmy więc, że postaramy się w jeden z tych wolnych
weekendów co miesiąc razem jechać do Miasteczka
Drugi z wolnych weekendów będziemy spędzać razem w Poznaniu.
Dla mnie
najbardziej optymalna częstotliwość odwiedzin w Miasteczku to raz na
trzy tygodnie, ale myślę, że mogłabym się poświęcić i jeździć raz w
miesiącu. Chociaż oczywiście mogłabym czasami nadal jechać sama – na
przykład wtedy, gdy Franek pracuje w weekendowe popołudnia. I tak siedzę
wtedy zazwyczaj sama w domu, a z kolei rano on śpi, więc ze wspólnego
weekendu mamy raptem dwie godziny, i tak spędzone na frankowym
szykowaniu się do pracy
Nasze ustalenia byłyby dość konsekwentne, ale oczywiście nie
całkowicie sztywne i nie wykluczałyby pewnych drobnych modyfikacji. W
końcu nie chodzi o to, żeby zrealizować plan, choćby się waliło i
paliło, a o to żeby mieć jakąś regularność w naszych wyjazdach i żebyśmy
oboje byli zadowoleni. No i żeby przed każdym weekendem nie kłócić się
już tydzień wcześniej o to, jak będziemy go spędzać:)
I tak
oto wspólnymi siłami - angażując rozmowę i dobrą wolę - doszliśmy do
jednego (choć przecież nie pierwszego) z wielu czekających nas we
wspólnym życiu kompromisów
Gdy nadchodzi listopad, zawsze myślę sobie „byle do
lutego”. I później powtarzam to sobie w każdy zimny i ciemny dzień. Bo
muszę powiedzieć, że luty to ja lubię. Oznacza on koniec tego
nieszczęsnego stycznia zwiastującego początek roku – a ten nie wiedzieć
czemu trochę mnie dołuje, bo zawsze się boję, że będzie gorzej
Może dlatego, że częściej jestem zadowolona z roku, który minął i
wcale nie chcę, żeby coś się zmieniało. A przecież to tylko symboliczna
granica… Ale do rzeczy – w lutym nareszcie robi się jasno. Popołudnia są
już dłuższe, gdy wracam z pracy, towarzyszy mi jeszcze słońce. No i
rano – coraz przyjemniej się wstaje
Luty zwiastuje nadejście marca – a ten to z kolei miesiąc wiosenny, przynajmniej kalendarzowo. Kto by nie lubił wiosny?
No, może są tacy, ale jeśli o mnie chodzi, to jest to moja ulubiona
pora roku. W lutym już nawet śnieg i mróz można jakoś łatwiej przełknąć,
bo wiadomo, że to takie ostatnie podrygi – „a niech sobie ma ta zima,
niech pomyśli, że jest ważna” – tak sobie myślałam podczas ostatnich
mrozów i śniegów po łagodnym grudniu i styczniu
Ale wierzę w to, że teraz to jednak już nam bliżej do wiosny, niż
dalej. Wszystko się topi, błotko wszędzie, ale jakoś to przeżyję
Ważniejsze jest to, że ptaszki zaczynają świergolić i coraz cieplej
się robi. Słoneczko przyświeca coraz dłużej. No lubię luty i już
***
Lubię też takie popołudnia jak dziś – w pracy chwilowy
przestój, więc wróciłam szybciej. Odpuściłam sobie aerobik, bo Franek ma
dzisiaj wolne, więc wolałam ograć go w rummikub.
Potem jeszcze dwa rządki w moim sweterku (jeszcze moment i będą całe
plecy, przede mną tylko rękawy ;)) przy odcinku Desperate Housewives i
przy paru kieliszkach wina. Przyjemny relaks, ale jak to mówił pewien
miś – pora na dobranoc.
***
W tle leciał któryś tam odcinek Jasia
Fasoli. Mr. Bean wybierał się właśnie na wakacje i pakując walizkę nie
mógł zdecydować się, którą koszulkę zabrać. Zrobił więc wyliczankę, a
gdy nie podobało mu się to, co wypadło, zmienił kolejność. Franek
spojrzał na mnie i już wiedziałam co powie: „jakbym widział Margolkę”.
Przyznaję się
Gdy nie wiem, co wybrać, robię wyliczankę, a kiedy ta wypada
niepomyślnie, zmieniam kolejność. No cóż, zawsze to coś – przynajmniej
okazuje się, że jednak wiem, czego tak naprawdę chcę, skoro nie podoba
mi się to, co wypadło
Zaznaczam jednak, że chodzi o błahostki takie jak smak jogurtu, czy
kolor długopisu – życiowe decyzje jak dotąd podejmowałam raczej po
dłuższym zastanowieniu a nie po wyklepaniu „ene due rike fake”