*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 28 lutego 2012

Dogadalim się :)

Ledwie się skończył jeden, jakże przyjemny (jak zwykle :)) weekend a ja już myślę o kolejnym :) Myślę – w sensie czekam na niego i jestem nim podekscytowana. A to dlatego, że w ten weekend Franek pracował, więc pojechałam sama do Miasteczka, natomiast kolejny spędzimy już oboje w Poznaniu leniąc się :) Albo może nawet nie leniąc się, ale na pewno razem, a to zawsze jest fajne.
Ostatnio doszliśmy z Frankiem do porozumienia, jeśli chodzi o weekendy właśnie. A w zasadzie to złe sformułowanie, bo nieporozumień raczej w tej kwestii między nami nie było albo bywały rzadko, ale wreszcie coś postanowiliśmy :) Rzecz dotyczy naszych wyjazdów do Miasteczka. Przez pierwsze lata, gdy się poznaliśmy, jeździłam prawie zawsze sama i nigdy mi to nie przeszkadzało. Później Franek stał się częstszym gościem, ale i tak niezbyt częstym. Odkąd się zaręczyliśmy, stara się jeździć częściej i bardzo to lubi, ale na przeszkodzie często staje jego praca. Jednak oboje stwierdziliśmy, że po ślubie trzeba coś z tym zrobić – ja jako mężatka, nie chciałabym w Miasteczku pojawiać się ciągle solo. Nie odpowiadałoby mi to – Frankowi również. Podobnie jak to, że spędzalibyśmy osobno wolne weekendy – Franek w Poznaniu, ja w Miasteczku. Ale tak samo nie byłabym zadowolona, gdybym miała nagle zacząć bywać u rodziców od święta.
Tak się składa, że Franek w ciągu miesiąca ma zazwyczaj dwa wolne weekendy oraz dwa pracujące. Ustaliliśmy więc, że postaramy się w jeden z tych wolnych weekendów co miesiąc razem jechać do Miasteczka :) Drugi z wolnych weekendów będziemy spędzać razem w Poznaniu.
Dla mnie najbardziej optymalna częstotliwość odwiedzin w Miasteczku to raz na trzy tygodnie, ale myślę, że mogłabym się poświęcić i jeździć raz w miesiącu. Chociaż oczywiście mogłabym czasami nadal jechać sama – na przykład wtedy, gdy Franek pracuje w weekendowe popołudnia. I tak siedzę wtedy zazwyczaj sama w domu, a z kolei rano on śpi, więc ze wspólnego weekendu mamy raptem dwie godziny, i tak spędzone na frankowym szykowaniu się do pracy :) Nasze ustalenia byłyby dość konsekwentne, ale oczywiście nie całkowicie sztywne i nie wykluczałyby pewnych drobnych modyfikacji. W końcu nie chodzi o to, żeby zrealizować plan, choćby się waliło i paliło, a o to żeby mieć jakąś regularność w naszych wyjazdach i żebyśmy oboje byli zadowoleni. No i żeby przed każdym weekendem nie kłócić się już tydzień wcześniej o to, jak będziemy go spędzać:)
I tak oto wspólnymi siłami - angażując rozmowę i dobrą wolę - doszliśmy do jednego (choć przecież nie pierwszego) z wielu czekających nas we wspólnym życiu  kompromisów :)

czwartek, 23 lutego 2012

Lubię luty.

Gdy nadchodzi listopad, zawsze myślę sobie „byle do lutego”. I później powtarzam to sobie w każdy zimny i ciemny dzień. Bo muszę powiedzieć, że luty to ja lubię. Oznacza on koniec tego nieszczęsnego stycznia zwiastującego początek roku – a ten nie wiedzieć czemu trochę mnie dołuje, bo zawsze się boję, że będzie gorzej :) Może dlatego, że częściej jestem zadowolona z roku, który minął i wcale nie chcę, żeby coś się zmieniało. A przecież to tylko symboliczna granica… Ale do rzeczy – w lutym nareszcie robi się jasno. Popołudnia są już dłuższe, gdy wracam z pracy, towarzyszy mi jeszcze słońce. No i rano – coraz przyjemniej się wstaje :) Luty zwiastuje nadejście marca – a ten to z kolei miesiąc wiosenny, przynajmniej kalendarzowo. Kto by nie lubił wiosny? :) No, może są tacy, ale jeśli o mnie chodzi, to jest to moja ulubiona pora roku. W lutym już nawet śnieg i mróz można jakoś łatwiej przełknąć, bo wiadomo, że to takie ostatnie podrygi – „a niech sobie ma ta zima, niech pomyśli, że jest ważna” – tak sobie myślałam podczas ostatnich mrozów i śniegów po łagodnym grudniu i styczniu :) Ale wierzę w to, że teraz to jednak już nam bliżej do wiosny, niż dalej. Wszystko się topi, błotko wszędzie, ale jakoś to przeżyję :) Ważniejsze jest to, że ptaszki zaczynają świergolić i coraz cieplej się robi. Słoneczko przyświeca coraz dłużej. No lubię luty i już :)
***
Lubię też takie popołudnia jak dziś – w pracy chwilowy przestój, więc wróciłam szybciej. Odpuściłam sobie aerobik, bo Franek ma dzisiaj wolne, więc wolałam ograć go w rummikub. Potem jeszcze dwa rządki w moim sweterku (jeszcze moment i będą całe plecy, przede mną tylko rękawy ;)) przy odcinku Desperate Housewives i przy paru kieliszkach wina. Przyjemny relaks, ale jak to mówił pewien miś – pora na dobranoc.

***
W tle leciał któryś tam odcinek Jasia Fasoli. Mr. Bean wybierał się właśnie na wakacje i pakując walizkę nie mógł zdecydować się, którą koszulkę zabrać. Zrobił więc wyliczankę, a gdy nie podobało mu się to, co wypadło, zmienił kolejność. Franek spojrzał na mnie i już wiedziałam co powie: „jakbym widział Margolkę”.
Przyznaję się :) Gdy nie wiem, co wybrać, robię wyliczankę, a kiedy ta wypada niepomyślnie, zmieniam kolejność. No cóż, zawsze to coś – przynajmniej okazuje się, że jednak wiem, czego tak naprawdę chcę, skoro nie podoba mi się to, co wypadło :) Zaznaczam jednak, że chodzi o błahostki takie jak smak jogurtu, czy kolor długopisu – życiowe decyzje jak dotąd podejmowałam raczej po dłuższym zastanowieniu a nie po wyklepaniu „ene due rike fake” :)