*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 15 marca 2012

Uwielbiam to uczucie gdy…

Jakiś czas temu Izolda zaprosiła mnie do udziału w zabawie, która polega na trzykrotnym rozwinięciu zdania „Kocham to uczucie gdy…” Jednak pozwolę sobie co nie co zmodyfikować, ponieważ słowo „kocham” wydaje mi się zupełnie nieadekwatne. Nie podoba mi się, że jest tak bardzo nadużywane i kocha się już wszystko od czekolady po podróżowanie :) Ja na pewno nie kocham swoich odczuć, ale z uwielbianiem to już inna sprawa… :) A więc:
1. Uwielbiam to uczucie, że mam wszystko pod kontrolą :) Oczywiście życia można mieć całkowicie pod kontrolą – zawsze wyskoczy coś niespodziewanego, w dodatku zbyt wiele czynników zewnętrznych ma na nie wpływ. Dlatego chodzi jedynie o pewien aspekt tej kontroli, mianowicie - uwielbiam organizować sobie świat wokół mnie. Ta organizacja polega przede wszystkim na planowaniu, porządkowaniu, notowaniu a następnie na stopniowej realizacji założeń :) Na wspomniane wyżej poczucie kontroli składają się więc: świadomość, że mam wszystko zaplanowane i rozpisanie, poczucie, że jestem ze wszystkim na bieżąco i nie mam zaległości w żadnej dziedzinie życia oraz satysfakcja, którą odczuwam, gdy udaje mi się wszystko, co sobie zaplanowałam zrealizować. I tu w zasadzie wchodzimy w punkt kolejny:
2. Uwielbiam to uczucie gdy wiem, że wywiązałam się ze wszystkich moich obowiązków i teraz jest czas na zasłużony relaks. Nie potrafię leniuchować zanim nie ogarnę wszystkiego wokół mnie – obojętne, czy dotyczy to pracy, nauki czy obowiązków domowych. Najpierw muszę mieć pewność, że skończyłam wszystko, co miałam do zrobienia zanim oddam się błogiemu lenistwu bądź przyjemnościom :) Może pamiętacie, jak pisałam prace – od licencjackiej po dyplomową - wyznaczałam sobie na każdy dzień jakiś cel – albo napisanie pół strony albo spędzenie okreslonego czasu skupiając się tylko na tym i dopiero gdy go zrealizowałam pozwalałam sobie na drobne przyjemności. Zanim usiądę do mojej robótki, do bloga, czy też pochylę się nad książką, muszę mieć pewność, że pozmywałam naczynia, rozwiesiłam pranie a wokół mnie panuje względny porządek :) Uwielbiam mieć świadomość, że teraz mogę się już zajmować tylko tym, co sprawia mi przyjemność. A urlop smakuje najlepiej, gdy wiem, że w pracy zamknęłam wszystkie sprawy a przed wyjazdem wysprzątałam mieszkanie na błysk :)
3. Uwielbiam to uczucie spełnienia, które ogarnia mnie, gdy myślę o moim związku. Zwłaszcza, że to nie jest takie oczywiste – wiem, że bardzo długo i ciężko pracowaliśmy, aby zbudować to, co mamy teraz. Zawsze czegoś mi w naszej relacji brakowało i nawet dziś nie potrafię stwierdzić czego, za to wiem, że ten brakujący element wskoczył na swoje miejsce i tak właśnie wygląda związek, w którym czuję się szczęśliwa i w którym chcę być. Nie poddaliśmy się przez te wszystkie lata i konsekwentnie walczyliśmy o nas i o nasze szczęście, ale świadomość, że nie było łatwo, powoduje, że to co mamy, smakuje lepiej.
Pewnie więcej jest rzeczy, które wzbudzają we mnie uczucia, które uwielbiam, ale skupiłam sie na tych najbardziej dla mnie oczywistych i najważniejszych. Teraz kolej na Was – jeśli ktoś ma ochotę może wziąć udział w zabawie. Natomiast palcem postanowiłam wskazać tym razem osoby, które nie piszą własnego bloga: Agnieszkę, Asię – Magnolię, Motyla oraz Tincturkę :) Jeśli macie ochotę wziąć udział w zabawie, swoją odpowiedź pozostawcie w komentarzu.
***
A Franek czuje się już zdecydowanie lepiej! Wszystko idzie ku dobremu. Od wczoraj nie ma gorączki i tylko kaszel go męczy a lekarz wysłał go na kilka dodatkowych badań. Ale zdecydowanie ożył :)

wtorek, 13 marca 2012

Z frontu wirusowego.

Słowo daję, gdyby nie to, że nie mam czasu, żeby kombinować nad graficzną stroną nowego bloga na innym portalu, już by mnie tu nie było! To co wyprawia się od jakiegoś czasu na blogach onetowych jest po prostu żenujące. Portal sobie zwyczajnie kpi z blogowiczów oraz ich czytelników.
***
Ale do rzeczy – przestało być zabawnie. W zasadzie sobotnia poprawa stanu zdrowia Franka była chwilowa, bo kilka godzin później już miał z powrotem wysoką gorączkę. Całą niedzielę leżał bez życia z gorączką dochodzącą do 40 stopni. Ewidentnie grypa. Wszystkie objawy na to wskazują. Ja ani nikt z moich bliskich nigdy nie chorowaliśmy na grypę. Pierwszy raz widzę kogoś tak bardzo i tak długo chorego. Franek bardzo się męczy tą chorobą i jest coraz bardziej wycieńczony. I ja w zasadzie również. Weekend mocno mnie zmęczył. Niemal cały czas byłam na nogach i zajmowałam się chorym – przynosiłam mu lekarstwa, picie, ścieliłam łóżko, robiłam okłady, nacierałam plecy, obierałam mandarynki – bo tylko to chciał jeść… Wczoraj obudziłam się o piątej, żeby przed pracą jeszcze rosół zrobić – z nadzieją, że może chociaż taki bulion Franka trochę wzmocni, skoro nic innego nie je. Chwilami sama się zastanawiałam, skąd biorę na to siłę. Ale starałam się jak mogłam, żeby było mu jak najlepiej i jak najwygodniej. Chyba sama siebie zaskoczyłam, bo nie wiem, czy podejrzewałabym siebie o taką chęć zajmowania się chorym Frankiem. Zwłaszcza, że wkładałam w to całe serce i wiele rzeczy robiłam na wyrost – byleby było jeszcze lepiej, żeby szybciej wyzdrowiał.
Wczoraj rano gorączka nadal była wysoka, ale już po południu przez dłuższy czas utrzymywała się w okolicach 37,5-38. Franek wstał, sam koło siebie wszystko robił, a kiedy się rzuciłam z pomocą, powiedział: „kochanie, już się lepiej czuję, nie musisz mi już usługiwać” :) Mieliśmy nadzieję, że dziś będzie nareszcie pierwszy dzień bez gorączki, ale niestety – rano znowu powyżej 38 :(
Wietrzę mieszkanie, garściami zjadam rutinoscorbin, piję mleko z miodem i czosnkiem… – wszystko z obawy przed zarażeniem. Strasznie się boję, że się rozchoruję. Chociaż i tak nieźle się trzymam jak na razie. To będzie test dla mojej odporności… Wczoraj wieczorem absolutnie nie czułam, żebym miała podwyższoną temperaturę, a termometr pokazał 37,6. Byłam w szoku i nie mam pojęcia, jak to możliwe. Na szczęście wzięłam na noc tabletkę i rano już było ok.
Czuję się dobrze poza tym, że jestem zwyczajnie zmęczona. Fizycznie, ale też psychicznie. Brakuje mi Franka :( Bo niby jest, ale tak, jakby go nie było. Nie mam nawet za bardzo jak z nim porozmawiać, bo jest na to zbyt słaby. Poza tym nie chcę mu zawracać głowy. Czasu razem też nie spędzamy – ani filmu nie obejrzymy, ani nie poczytamy… Nie mówiąc już o jakiejkolwiek grze. Oczywiście absolutnie nie mam o to żalu. Tylko tak mi trochę smutno i samotnie. Dziwne, gorzej to znoszę, niż kiedy Franka naprawdę nie ma – na przykład gdy pracuje… Wtedy jakoś samotność mi nie przeszkadza.
No dobra, to sobie trochę pomarudziłam :) Wybaczcie, gorsze dni za nami i może jeszcze kilka niezbyt dobrych w perspektywie, więc taki mam kaprys. Zwłaszcza, ze tę notkę piszę po raz kolejny po tym jak poprzednie mi się nie zapisały :/