*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 4 lipca 2012

O klamce i nie tylko :)

No to klamka zapadła. I to już dwa tygodnie temu, ale oczywiście wiecie, że - delikatnie mówiąc - byłam w tym czasie mało aktywna jeśli chodzi o blogowanie :) Wracając jednak do klamki... Byliśmy w urzędzie i dostaliśmy zaświadczenie, że oboje jesteśmy stanu wolnego i możemy wziąć ślub. Swoją drogą - nie sądziłam, że to będzie takie proste. Myślałam, że będę musiała specjalnie brać urlop i jechać do Miasteczka, ale dowiedziałam się, że wystarczy, że jedno z narzeczonych jest zameldowane w miejscu, w którym dany urząd się znajduje. W naszym wypadku był to Franek.

Musieliśmy wziąć ze sobą tylko akty urodzenia no i już przed ślubem będziemy musieli wpłacić 84 złote opłaty skarbowej na konto urzędu w miejscowości (to ważne), w której odbędzie się ślub - w naszym wypadku Miasteczka. Ja wiem, że większość z Was poślubionych to wie, ale piszę, bo może komuś się ta wiedza przyda :)
W dodatku urząd był czynny od 7:30, zjawiliśmy się tam o 8:00 i byliśmy pierwsi, pani urzędująca była bardzo uprzejma poszło sprawnie i nawet się do pracy nie spóźniłam.

Ale znowu odbiegam od klamki! Chodzi o to, że od września naprawdę przestanę być Margolką Margolkowską i stanę się - jak w mailu - Margolką Frankowską. Nie powiem, że było to dla mnie oczywiste, choć z drugiej strony - dość naturalne. Ale jednak poświęciłam temu kilka swoich myśli :) Żal mi nieco mojego nazwiska, z którym nie rozstawałam się przez ostatnie prawie 27 lat. Chociaż niejednokrotnie byłam na nie zła - w przedszkolu dzieci mnie przezywały na przykład! Poza tym w dzienniku zawsze byłam wysoko i czułam się z tego powodu mocno poszkodowana, bo wystarczyło, że chwilę zmarudziłyśmy z Juską (ostatnia w dzienniku) i weszłyśmy do klasy po nauczycielu w trakcie sprawdzania przez niego obecności i już miałam spóźnienie! A Juska nie! Poza tym bardzo często wchodziłam jako pierwsza na egzaminy, badania i różne inne straszne rzeczy, na które zdecydowanie raźniej byłoby wchodzić za kimś. Dopiero na studiach to doceniłam, bo zawsze najszybciej byłam po wszystkim :)
Poza tym NIKT nie potrafi zapisać mojego nazwiska poprawnie, jeśli nie powiem, że piszę się je przez "D" zawsze piszą przez "T". Do tego muszę jeszcze dodać dwa inne szczegóły dotyczące pisowni. A podawać komuś moje nazwisko przez telefon to już w ogóle porażka. Nie wspomnę nawet o tym, że obcokrajowcy w ogóle nie podejmowali się zazwyczaj czytania go, co było jednak dość sympatyczne, bo zawsze i wszędzie byłam po imieniu :)
Nie zmienia to jednak faktu, że z moim nazwiskiem rodowym czuję się mocno związana. Zwłaszcza, że już parę lat pod nim pracuję i teraz dylemat - podpisywać się nowym nazwiskiem a potem połowie świata tłumaczyć, że to nadal ja, tylko zaobrączkowana, czy trzymać się nazwiska starego - co jest dość absurdalne i bezsensowne? Pomyślę o tym później :)

Nazwisko Franka jest nieco łatwiejsze w pisowni, choć też mocno polsko brzmiące i zagraniczni lekko sobie mogą język połamać, ale sądzę, że tym razem dadzą radę. Z takim nazwiskiem znajdowałabym się raczej na dole dziennika, o ile nie na końcu, z czego zapewne będą się cieszyć nasze dzieci :) Ale ja tak sobie myślę, że to też nie jest fajnie być na końcu. No czemu się Franek nie mógł tak nazywać, żebyśmy się ulokowali na środku każdej listy? :)) Do tego jego nazwisko jest stosunkowo popularne w Poznaniu (a może i w całej Wielkopolsce), a ja jestem przyzwyczajona do nazwiska mocno oryginalnego. Ale jakoś to przeżyję.

Oczywiście, że rozważałam możliwość zachowania swojego nazwiska i dołożenia do niego nazwiska frankowego! Ale wtedy musiałabym się łącznie z imieniem podpisywać 29 literkami! Żadna rubryka by tego nie wytrzymała :) A znając życie, żeby było szybciej i tak posługiwałabym się tylko tym drugim, zwłaszcza, że nie musiałabym tłumaczyć, jak je napisać.

I tak właśnie wspomniana wyżej klamka zapadła i za dwa miesiące z małym kawałkiem przyjdzie mi się z lekkim żalem rozstać z Margolkowską. Jednak jak tak sobie teraz o tym myślę... koniec z literowaniem! Hurra! :)

wtorek, 3 lipca 2012

O kibicowaniu i nie tylko

No nie mogłam sobie odpuścić :)))
Euro się skończyło :( I co ja teraz będę oglądać? Naprawdę brakuje mi tej atmosfery, emocji, rozgrywek. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby te mistrzostwa trwały dłużej albo odbywały się częściej, to już nie byłaby taka frajda. No bo na przykład taka Liga Mistrzów - niespecjalnie mnie interesuje. Nie wspominając już o polskich rozgrywkach ligowych.

Tak, jestem "januszem", czy też "piknikiem" nie kibicuję na co dzień, a tylko podczas takich wydarzeń. I nie mam pojęcia co w tym złego? I dlaczego o takich jak ja "prawdziwi" kibice a nawet dziennikarze wyrażają się często dość pogardliwie. Ja uważam, że to jest właśnie fajne, że to może być święto wszystkich (prawie oczywiście, bo nie zapominam o tych, których Euro czy Mundial nie ruszają :)) . I właśnie to czyni z tych mistrzostw imprezę niepowtarzalną, z niezwykłym klimatem, który tak lubię. Atmosfera jaka jest na takich meczach porównywalna jest do tej, która panuje na meczach siatkówki - przynajmniej na tych na których byłam ja lub moi znajomi. To zupełnie inny klimat niż na meczach ligowych, osobiście porównywałam, więc wiem :) Kiedy wybierałam się na mecze piłki nożnej sporo było prostactwa, chuligaństwa, przekleństw. Na meczach siatkówki jest rodzinnie, piknikowo własnie, wesoło, nie ma agresji. I podobnie odczuwam to podczas Mistrzostw Świata lub Europy w piłce nożnej.

Tyle lat się czekało na to osławione (w naszym kraju szczególnie) Euro 2012. Termin wydawał się tak odległy, a tu już po wszystkim :) Jakieś 100 dni przed zaczęła się karuzela - z czym nie zdążymy, co zawaliliśmy, co się nie uda. Media się prześcigały w tych wyliczankach. Podobnie jak w zarzucaniu nas potencjalnymi zagrożeniami - ataki terrorystyczne, strajki, pikiety. Czego to nie miało być?
A ostatecznie okazało się, że nie było niczego :) I wiecie co? Ja wiedziałam, że tak będzie!! Wkurzało mnie strasznie to marudzenie, ta panika! Wszystko jak zwykle na wyrost! A wszystko przecież tak ładnie się udało! Że też ci Polacy tak się lubią umartwiać - oczywiście ci, którzy są najgłośniejsi. Bo reszta - ta fajna, siedzi cicho i wie swoje. Daje się głupszym wyszumieć.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na Mundial za dwa lata :) A po drodze jeszcze Olimpiada. No i oczywiście nasz ślub - z tych ważniejszych wydarzeń. Nie żeby na skalę światową :P ale jednak. A podejście do niego mam podobne jak do minionego euro - tragedii, nie będzie, wszystko się ułoży, ludzie się spiszą i takie tam ;)

Ps. No i mówiłam, że byle do lipca :D