*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 7 października 2012

Zaślubieni


Jak już wiecie,  wychodziliśmy z kościoła przy dźwiękach Marsza Mendelsona, a gdy tylko przekroczyliśmy jego próg, posypały się na nas grosze :) Oczywiście musieliśmy je wyzbierać, prawie co do jednego – wiadomo, czyj woreczek (Juska jest niesamowita, że też miała jeszcze głowę do tego, żeby kupić specjalne woreczki na grosiki, nawet tego ze mną nie konsultowała, po prostu zrobiła, co do niej należało) był cięższy :), przecież to oczywiste od dawna, że kasę w naszym związku trzymam ja i nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a obie strony na to przystają :) 


Na szczęście parę osób się zlitowało i pomogło nam zbierać :) Tu Ala i Juska.
 W dodatku, okazało się, że jeden z grosików wleciał mi między falbanki sukni! Nie mamy pojęcia, jak on się tam dostał, ale zdecydowanie świadczy to o tym, że grosze będą się mnie trzymały :)Kiedy już zebraliśmy te (jak się później okazało) 11,84 zł, goście ustawili się w kolejce, aby złożyć nam życzenia. Jakże miło było zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy przyjechali tam dla nas!
Jeśli chodzi o życzenia, prawdę mówiąc zawsze mi się wydawało, że młoda para odbiera te gratulacje i życzenia trochę automatycznie, niespecjalnie zwracając uwagę na twarze i że wszyscy im się zlewają. A tymczasem było zupełnie odwrotnie- każdy gość  był przez nas dostrzeżony, i potraktowany indywidualnie, z obecności każdego się cieszyliśmy i z uśmiechem wysłuchiwaliśmy życzeń. Nawet teraz pamiętam wszystkie twarze oraz poszczególne słowa do nas skierowane :)

Gdy przyjęliśmy życzenia i gratulacje od wszystkich, wsiedliśmy do samochodu. Według naszej wizji miało to trochę inaczej wyglądać, bo mieliśmy jechać na końcu, ale nikt nie ruszał i kamerzystka uświadomiła nas, że dopóki my nie pojedziemy, to goście też nie :) I wygląda na to, że miała rację, bo gdy tylko wyjechaliśmy za bramę, wszystkie samochody ruszyły za nami. Ale było fajnie, kiedy na jakimś zakręcie się obejrzałam i zobaczyłam caaaaały sznuuur samochodów udekorowanych balonikami :) Nie wiem dokładnie, ile aut liczyła nasza „procesja” ale na pewno więcej niż dwadzieścia. My jechaliśmy z Robertem i Juską. Do restauracji było ok. 7 km i w drodze wymienialiśmy się wrażeniami z tego ważnego wydarzenia, które właśnie było za nami. I jedliśmy cukierki :P – Juska miała w torebce Michałki i nas poczęstowała. I właśnie wtedy zaczął kropić deszcz. Właściwie teraz to nam to nawet pasowało! Mogliśmy wykorzystać parasol, który kupiliśmy pod w wpływem impulsu specjalnie na ten dzień.  Tuż przed ostatnią prostą prowadzącą do restauracji zatrzymaliśmy się (tak umówiliśmy się z kamerzystką) i przepuściliśmy wszystkie samochody. A później Robert opuścił dach, rozłożyliśmy parasol i mieliśmy prawdziwe wejście – a właściwie wjazd – smoka :) Zrobiliśmy na gościach naprawdę duże wrażenie, słychać było nawet zbiorowe „woooow”, a później wszyscy mówili nam, że się naprawdę pięknie prezentowaliśmy.   
 
 No, to nam chyba wyszło,a przynajmniej my jesteśmy zadowoleni ;) Mamę Franka to tak zatkało z wrażenia, że aż zapomniała, że ma nas zaraz "witać" :P Franek musiał jej podpowiedzieć :) Opamiętała się i poszła w stronę wejścia. A my za nią.


 U progu zostaliśmy powitani chlebem, solą i dobrym słowem ze strony naszych rodziców. Później sięgnęliśmy po kieliszki z wodą udającą wódkę a po ich opróżnieniu, rzuciliśmy je za siebie. 

Na szczęście obydwa się rozbiły, choć ten frankowy lekko oporny był i rozbił się dopiero po zaliczeniu rykoszetu :) A później została już tylko jedna rzecz:
Kiedy weszliśmy na salę znowu usłyszeliśmy Mendelsona – tym razem w wykonaniu naszego zespołu.  Jego lider nas powitał i złożył nam życzenia, a następnie, kiedy już wszyscy, łącznie z nami zaopatrzyli się w lampki szampana, 

zaintonowali „STO LAT”, które goście od razu podchwycili. A my – żeby nie stać jak kołki i nie śpiewać samym sobie „niech im gwiazdka pomyślności” ruszyliśmy, aby ze wszystkimi gośćmi stuknąć się kieliszkami :) Chcieliśmy, aby poczuli, że nie są tylko tłem, ale, że każdy jest dla nas ważny! A później było pierwsze „gorzko, gorzko” :D 

W ogóle to na temat tego całowania będę musiała notkę napisać :) Ale to już dzisiaj sobie podaruję) I nasz pierwszy (chyba, bo teraz już nie jestem pewna ;)) małżeński pocałunek!
Po nim zasiedliśmy do stołu. I miałam nareszcie swój rosół bez pietruszki! Zjadłam go ze smakiem, chociaż chyba jednak trochę bez apetytu :) Tyle dobrego jedzenia było na stołach, a my jedliśmy tylko trochę, emocje jednak zrobiły swoje i niespecjalnie odczuwaliśmy głód, chociaż wszystko było naprawdę pyszne. Po obiedzie wzięłam Alę i skoczyłyśmy razem na pięterko ;) Na pięterku znajdowały się pokoje gościnne – również nasz apartament nowożeńców, nocleg w  którym dostaliśmy w gratisie od restauracji. Ala pomogła mi skorzystać z toalety (i tak myślałam, że to będzie większy problem ;) a następnie pomogła mi popodciągać pończochy, pas, halkę i co tam jeszcze trzeba było ;) Muszę przyznać, że dziewczyny – Ala, Dorota i Juska naprawdę się spisały! Chodziły ze mną do toalety, kiedy tylko tego potrzebowałam, trzymały suknię i poprawiały to, co trzeba :)
Tym razem musiałam przede wszystkim poprawić halkę, bo bardzo bałam się, że przeszkodzi nam w pierwszym tańcu! Zeszłyśmy na dół w samą porę, bo już po chwili zespół zaprosił nas na parkiet, abyśmy rozpoczęli zabawę weselną i usłyszeliśmy pierwsze takty naszego walca.


 Jak zwykle ciąg dalszy nastąpi :) Wierzcie mi, że nie miałam pojęcia, że zajmie mi to aż tyle notek, ale opisując to wszystko tworzę pamiątkę przede wszystkim dla siebie, a więc zależy mi na każdym szczególe!




czwartek, 4 października 2012

Dobry dzień

I miało być o weselu, ale w ogóle nie miałam czasu przez cały dzień, żeby się za tę notkę zabrać, a przecież do takiego tematu to trzeba przysiąść:) Więc znowu przerywnik będzie.

Dobry dzień mam za sobą. Taki zwyczajny, ale jednak dobry.
Od kilku dni nie wiem co się stało Frankowi, ale wstaje dość wcześnie - tak w okolicach siódmej (bo chodzi teraz na popołudniówki), więc dzięki temu mamy okazję rano porozmawiać, zjeść razem śniadanie, napić się herbaty (z naszego nowego dzbanka :P)... Wczoraj mi nawet pomarańczę obrał do pracy :) Lubię takie poranki, bo mnie od razu dobrze nastrajają. 

Dzisiaj przy okazji poranka przeprowadziłam jeszcze dyskusję sama ze sobą -  a później również z Frankiem, czy mam jechać do pracy samochodem, czy komunikacją miejską i rowerem. Problem polegał na tym, że zapowiadali deszcz, (a w poniedziałek miałam okazję już zmoknąć na rowerze, nie miałam ochoty na powtórkę :/) ale rano było pięknie i trudno było mi uwierzyć w to, że spadnie :) Ale tak długo się zastanawiałam, że zrobiło się za późno na autobus :P Pojechałam więc samochodem. Ach, jaka byłam radosna, kiedy o 16:40 zaczęło lać (bo wcześniej prawie przez cały dzień było ładnie) ! Gdybym była rowerem, to właśnie znalazłabym się w samym centrum tej ulewy, bo z pracy wychodzę tak w godzinach 16.40-17.20! Zadowolona byłam bardzo ze swojej słusznej decyzji :)

W ogóle w pracy uporałam się wreszcie z jedną sprawą, która się za mną ciągnęła, a papiery z nią związane, które codziennie odkładałam na kupkę na parapecie łypały na mnie coraz groźniej. Okazało się jednak, że jak zwykle, jak już się za to zabrałam, to poszło całkiem sprawnie. 
Poza tym zadzwoniła do mnie właścicielka naszego mieszkania. Jak tylko zobaczyłam, że to ona, to mnie zmroziło, bo pamiętałam jej zeszłoroczny telefon mniej więcej o tej samej porze roku, kiedy to okazało się, że musimy ponieść dodatkowy wydatek rzędu prawie dwóch tysięcy. A w tym roku okazało się, że mamy ogromną nadpłatę za CO i w dodatku od października będziemy płacić czynsz niższy o jakieś 60 zł :) To dopiero dobra wiadomość! Jednak sprawiedliwość na tym świecie musi być - w zeszłym roku się załamywałam, a tym razem mogę się cieszyć.
Otrzymałam też dziś jedną niewesołą wiadomość. Ale choć niewesoła, to jednak kwestie z nią związane trochę nastrajają optymistycznie. Chodzi o zdrowie jednej z bardzo bliskich mi osób i nie jest najlepiej, ale z drugiej strony właśnie dzięki temu jest szansa, że ta osoba się weźmie wreszcie za siebie i wszystko jakoś się ułoży. To sprawa, którą normalnie bym się przejmowała - jak to ja - ale teraz staram się nie martwić na zapas i dostrzec właśnie tą dobrą stronę sytuacji. Nie wiem, może mój optymizm jest na wyrost, ale dobrze mi z nim i mam nadzieję, że pozytywne myślenie przyniesie pozytywne skutki.

Wracając z pracy, rozmyślałam o tym, że muszę szybko zjeść obiad, ogarnąć mieszkanie i przyjdą Bachorki na angielski (no tak, tak, wakacje się skończyły:)) - wyjątkowo mi się dzisiaj nie chciało, miałam ochotę na spokojny, nudny wieczór. I dokładnie w momencie, gdy wjeżdżałam w bramę naszego osiedla zadzwonił telefon - mama Bachorków powiedziała, że pomyliły im się godziny i Piotruś już stoi pod klatką! A Marysi nie będzie, bo ma dziś szkolną dyskotekę :) Pogratulowałam sobie znowu świetnej decyzji (gdybym jechała rowerem, byłabym jakieś dwadzieścia minut później) i ucieszyłam się, że dzięki temu szybciej skończę i wieczór naprawdę będę miała wolny :) Głodna trochę byłam, to fakt, ale dałam radę. W dodatku Piotruś jutro ma kartkówkę ze słówek, więc zrobiłam z nim ćwiczenia na słownictwo i nie musiałam wymyślać nic nowego na lekcję, a dzisiaj naprawdę nie byłam kreatywna :)
Tak więc wszystko się dzisiaj ładnie poukładało i niby zwykły dzień, ale taki przyjemny był.

Do momentu aż wrócił Franek. Niby było dobrze, ale za chwilę przypomniał sobie, jak go rano facet od domofonu wkurzył i opowiadając mi o tym, tak się nakręcił, że aż się wyżył na mnie :( Naprawdę nie miałam pojęcia o co mu chodzi i dlaczego tak się na mnie wścieka. To nie było miłe. W końcu poszłam sobie do drugiego pokoju a za chwilę on przydreptał i zaczął przepraszać. Teraz już cały czas jest przymilny, grzeczny i w dodatku w świetnym nastroju. I nikt mi nie wmówi, że to baby są humorzaste!
No nic, grunt, że ostatecznie nadal uważam, że dzień był dobry :)