*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 3 maja 2013

Kolejny roczek

Tradycji musi stać się zadość! Nie umknęła mi kolejna rocznica blogowania, po prostu sprawy realne pochłaniają mnie na tyle, że nie mogłam sobie pozwolić na pisanie wtedy, kiedy mam na to ochotę. Ale takiej okazji nie odpuszczę i jak zwykle na tę okoliczność, kilka słów refleksji na temat blogowania. 

Rok już jestem na Blogspocie :) Przyzwyczaiłam się i dobrze mi tutaj, chociaż kredki na Onecie były jedyne w swoim rodzaju :) Ale nie potrafiłabym teraz tam pisać, więc myślę, że przeniosłam się w najbardziej odpowiednim momencie. Natomiast kolory tu podobają mi się nawet bardziej :D O ile jeszcze rok temu nie wykluczałam powrotu na stare śmieci, teraz deklaruję - nie, to tu jest miejsce mojego bloga :)

Ale piszę przecież już pięć lat. Szmat czasu, wziąwszy pod uwagę to, jak wiele zmieniło się w moim życiu od tego pierwszego wpisu.Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, jak będzie wyglądało moje życie dzisiaj, byłabym na pewno oszołomiona. I w niektóre rzeczy bym zwyczajnie nie uwierzyła. Czy bym się cieszyła na taką przyszłość? Hmm, dobre pytanie... Jeszcze na początku roku napisałabym - tak, bardzo! Teraz jestem trochę mniej pewna, ale gdy cofam się myślami w czasie, przypominam sobie tamten okres i tamte dylematy, to chociaż byłam zadowolona ze swojego życia, myślę sobie, że taka wizja przyszłości mogłaby mnie nastroić bardzo optymistycznie. I utwierdziłaby mnie w przekonaniu, że warto się starać, być sobą i jednocześnie walczyć o to, na czym nam zależy. Jak dobrze, że potrafiłam to robić bez żadnych profetycznych wizji i zmobilizowałam się sama :P

Przez ten czas wiele się zmieniło - blogosfera również, ale o tym chyba pisała już prawie każda z Was :) Przy czym ja mam pełną świadomość tego, że i ja się do tych zmian przyczyniłam. Przecież to niemożliwe, żeby człowiek przez pięć lat był taki sam, a co za tym idzie, pisał tak samo. Uważam, że to dotyczy każdego i dlatego nie myślę, że za te zmiany trzeba winić jakąś konkretną osobę, czy grupę osób. To naturalna kolej rzeczy. Jak ewolucja. Moje pisanie się zmieniło, bo moje życie wygląda inaczej, bo stałam się bardziej świadoma niektórych kwestii, bo mam inne sprawy, inne radości i problemy, bo nie jestem już anonimowa.  I nie chodzi o to, czy i kto zna moje personalia, a o to, że margolka to nie jest już jakiś tam nick z blogowiska lub wyrwana z kontekstu postać, tylko konkretna osoba, która wiedzie swoje życie, której historię w dużej części znacie, która ma własne zdanie (co się wielu przecież bardzo nie podoba) i konkretne cechy charakteru. Nie, nie będę pisać tak, jak kiedyś, bo po prostu już tego nie potrafię. Zmiany przyszły niezauważone i są nieodwracalne - jak większość zmian w naszej osobowości i w życiu. Czy żałuję? Może czasami - tak, jak żałuję, że nie wrócą już czasy studenckie i mieszkanie z Dorotą. Tamta atmosfera blogowania była inna, ale potem przyniosła zdecydowanie za dużo rozważań, które nie wyszły mi na dobre :) Nabrałam potrzebnego dystansu i jest mi dobrze tak, jak jest. 

Miewam oczywiście gorsze okresy - i nie chodzi tylko o brak czasu, choć to jest najczęstsza przyczyna mojej nieobecności w blogosferze. Czasami przychodzi lekkie zniechęcenie, ale to rzadko jest coś poważnego :) Raczej takie typowe zmęczenie materiału, które nachodzi mnie w niemal każdej dziedzinie życia i dość szybko mija.W pewnym momencie, jakiś już czas temu, dotarło do mnie, że piszę, bo zwyczajnie lubię i jest mi to potrzebne. Teraz słowa, że piszę przede wszystkim dla siebie, nabrały jeszcze głębszego wymiaru, bo okazało się, że co by się w tej blogosferze nie działo, po prostu chcę tu być. Inni znikają - na dłużej, na krócej lub na dobre. A ja tego nie chcę - przynajmniej na razie. I dlatego bardzo sobie cenię te z Was, które piszą, bo chcą i tego potrzebują :) Zawsze jest mi przykro i chyba nieswojo, gdy czytam, że ktoś przestaje pisać, bo inni zniknęli albo dlatego, że nie komentują - słowem, gdy swoje pisanie uzależnia od tego, co się dzieje w blogosferze. Wydaje mi się, że nie taka powinna być motywacja - każdy ma prawo przestać pisać, to oczywiste, bo przymusu nie ma :) Ale niech to będzie decyzja spowodowana tym, że ktoś już po prostu nie chce, nie potrzebuje, stracił do tego serce czy rękę :) 

Ot, garść moich przemyśleń na ten temat. Zupełnie spontanicznie to wyszło, bo zabierając się za tę notkę, nie bardzo wiedziałam, o czym chcę pisać.Ale potem się wczułam i jakoś poszło :) Może wracam do formy? (i cóż z tego, skoro nie na długo, bo za chwilę wracam do kieratu, a na domiar złego będę bez internetu?) W każdym razie, jak widzicie, wychodzi na to, że właśnie zadeklarowałam, że pisać będę nadal i ani mi w głowie przestawanie, nawet pomimo przestojów. Dopóki będą chęci, będzie blog margolki. Dodam jeszcze, że pomimo tego, co napisałam wyżej, to oczywiście nie jest tak, że czytelnicy i komentarze nie są mi wcale potrzebne (chociaż parę razy przeszło mi przez myśl, żeby wyłączyć opcję komentowania - żeby było jasne, że nie o to mi chodzi; ale stwierdziłam potem, że to nie byłoby w porządku wobec Was) - a to dlatego, że lubię interakcję z ludźmi, a z wieloma z Was przez te wszystkie lata się zżyłam i taka wymiana komentarzy jest jak spotkanie przy kawie :) Dobrze więc, że jesteście! I bądźcie, dopóki chęci będą. I jedna prośba - nie znikajcie bez pożegnania.


czwartek, 2 maja 2013

Tak na rozgrzewkę...

Stwierdzam, że to naprawdę był dobry pomysł z tym wyjazdem. Dopiero dzisiaj poczułam się choć trochę zrelaksowana. Nawet przespałam calutką noc bez przebudzenia. Śniła mi się oczywiście praca - a konkretnie jeden z moich stałych klientów (zanotowałam: koniecznie napisać do niego maila z ważną informacją) oraz ten koleś, który miał mi potwierdzić a nie potwierdził. Zebrałam się więc dzisiaj i zadzwoniłam do niego. Tak, jak przewidziałam, nie było go w pracy, ale telefon odebrał (jak to dobrze, że teraz wszyscy - łącznie ze mną :P są przypięci do służbowych telefonów). No co! Skoro ja się przez niego stresuję i nie mogę w pełni odpoczywać, to niech i on przez chwilę o pracy pomyśli. Wszak nie zadzwoniłam w dzień zaznaczony w kalendarzu na czerwono :) - dziś (prawie) normalny dzień pracy. I bardzo dobrze zrobiłam, bo trochę się uspokoiłam. Umówiłam się na poniedziałkowe potwierdzenie, ale odetchnę na całego, gdy samochód przyjedzie, zabierze to, co ma zabrać a potem wystawi stosowne dokumenty.

Nareszcie znalazłam małą chwilę dla siebie. Zasiadłam do bloga, odpisałam na Wasze komentarze i... zawiesiłam się. Od rana nie mogę napisać niczego sensownego - właśnie dlatego, że tak dużo mam do napisania! Nie wiadomo, od czego zacząć. Klops.Muszę się chyba rozkręcić.

Jestem bardzo rozczarowana majem. Majówką i długim weekendem. Kto to widział, żeby było tak ponuro, zimno i nieprzyjemnie!? Jak tu sezon grillowy otwierać? :)W tym roku pogoda ewidentnie sobie z nas jaja robi, siada w kącie i śmieje się z ludzi, którzy jej złorzeczą. W maju zawsze rozpoczynał się najlepszy dla mnie czas w roku, który trwał do końca października. Nie wiem, czy w tym roku będę równie entuzjastycznie nastawiona do świata o tej porze roku. Ale trzeba przyznać, że to całe życiowe zamieszanie przynajmniej złagodziło mi przejście przez kwiecień :) Bo przecież ten z kolei miesiąc zawsze nie był dla mnie szczególnie życzliwy - zawsze łapałam doła, trochę bez powodu, a trochę z. I w ogóle pomimo tego, że przyroda zaczynała się pięknie rozkręcać (o czym nigdy nie daje mi zapomnieć mój kwietniowy katar) mnie jest w kwietniu często źle i smutno. W tym roku zaliczyłam jeden dołek, ale spowodowany był konkretną sytuacją i w niczym nie przypominał corocznej kwietniowej depresji. A potem ani się obejrzałam, czwarty miesiąc roku się skończył. Może właśnie pożegnałam kwietniową klątwę? :)

Niemniej jednak nie podoba  mi się ani trochę to, co się wyprawia - ile czasy było ciepło? Tydzień? Dwa? Nie zdążyłam się słońcem nacieszyć, a ono już się schowało. Ale przyznać muszę, że biorąc pod uwagę to, jak dziwny jest moje życie ostatnio, to pogoda się idealnie wpasowała w klimat.