*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 13 października 2014

23-27, 100 i brzuchato.

Kończy mi się właśnie dwudziesty szósty tydzień. Ostatni miesiąc zleciał mi tak szybko, że właściwie nawet z trudem odnotowywałam przejście z jednego tygodnia w drugi. W ogóle to zdecydowanie jest tak, że na początku ciąży bardzo na to zwracałam uwagę, niecierpliwie odliczałam czas do rozpoczęcia kolejnego tygodni i czytałam na bieżąco o tym, co się przez ten czas zmieniło i jak rozwija się dziecko. Tak było w pierwszym trymestrze i na samym początku drugiego. Tak mniej więcej od czternastego tygodnia, jakoś straciłam czujność i ten trend postępował :)
Teraz jest tak, że oczywiście wiem, w którym jestem tygodniu, ale czasami muszę się nad tym zastanowić, bo jednak czas mija szybko i najpierw muszę się zorientować jaki mamy dzień tygodnia i w związku z tym stwierdzić, czy to jeszcze tamten tydzień, czy już kolejny :) O postępach dziecka w moim brzuchu oraz o objawach jakie może dawać mi ciąża na tym etapie nadal czytam, ale już nie na bieżąco i na przykład wczoraj dopiero zaczęłam nadrabiać te ostatnie tygodnie :)
A dzisiaj zupełnie przez przypadek zobaczyłam, że teoretycznie do porodu zostało mi okrągłe sto dni, więc stwierdziłam, że to dobry pretekst, żeby wreszcie zabrać się za tę notkę :)

Jeśli chodzi o moje samopoczucie to niby bez zmian - czuję się świetnie i absolutnie nic poza zbyt częstym sikaniem i niezbyt uciążliwą zgagą od czasu do czasu mi nie dolegało (swoją drogą wystarczyło, że raz wzięłam jakieś tabletki zakupione w aptece i przeszło mi jak ręką odjął i już mi się zgaga nie powtarza). Tylko ta cukrzyca się przyplątała :( No, ale na razie muszę czekać.
Poza tym ubiegły tydzień miałam trochę kiepski, bo aż trzy razy (codziennie) zdarzyło mi się zasłabnąć. W domu było wszystko ok - normalnie funkcjonowałam, cały czas coś robiłam, ćwiczyłam i w ogóle nie czułam zmęczenia. Ale miałam problem, gdy wyszłam na zewnątrz. Niby też się nie zmęczyłam, ale nagle dopadło mnie takie osłabienie - poczułam zawroty głowy, miałam mroczki przed oczami i miękkie nogi. Ale możliwe, że to było chwilowe, bo już wczoraj zrobiłam sobie długi spacer i wszystko było ok :) Nie wiem, może ciśnienie jakieś było nie takie, może trochę za szybko szłam... Może po prostu muszę się trochę przestawić na tryb ciężarny, chociaż przyznam, że przychodzi mi to z ogromnym trudem :) Nadal biegam do autobusu, kiedy trzeba - zresztą po domu też biegam, bo musicie wiedzieć, że najczęściej w ten właśnie sposób się przemieszczam z jednego pomieszczenia do drugiego kiedy jestem zajęta :))

Dzieciak cały czas dokazuje, chociaż trochę się zmienił sposób w jaki te ruchy odczuwam. Czuję już nie tylko takie jakby krótkie i bezbolesne skurcze mięśni w obrębie brzucha, ale oprócz tego mam wrażenie, jakby mi Tasiemiec od środka jeździł jakimś autkiem po jamie brzusznej :P Serio, tak mi się kojarzy ;) Ogólnie te ruchy są dość mocno widoczne już od jakiegoś czasu (nie sądziłam, że na tym etapie ciąży tak to widać, raczej sobie wyobrażałam, że dopiero pod koniec) więc czasami wieczorem mamy z Frankiem niezły ubaw, kiedy ten brzuch mi tak podskakuje.

W ostatnim miesiącu rzeczywiście dość szybko zaczęłam przybierać na wadze i łącznie ważyłam już cztery kg więcej niż przed ciążą. Ale dzisiaj rano się ważyłam i wróciłam do wagi sprzed mniej więcej dwóch tygodni, co oznacza 3,3 kg na plusie.
Brzuch nadal rośnie mi umiarkowanie a nie skokowo. W obwodzie się poszerzyłam, ale ten mój brzuch w ogóle mi się nie podoba :) Zaczęliśmy ostatnio zajęcia w szkole rodzenia i porównywałam się z innymi - było mi łatwiej, bo patrzyłam w lustro. Większość kobiet jest mniej więcej na tym samym poziomie zaawansowania ciąży - są tak między 25 a 30 tygodniem. Ale jednak wyglądają inaczej niż ja - tylko jedna ma taką samą budowę. Jest też jedna dziewczyna, która ma termin na dokładnie ten sam dzień co ja, ale jak stanęłyśmy obok siebie, to wygląda, jakby była o miesiąc do przodu. Rzecz w tym, że po pierwsze mój brzuch jest naprawdę wysoko i to właśnie na górze - tak pod biustem najbardziej zwiększyłam obwód, a po drugie - i to chyba powoduje największą różnicę - po prostu nie jest okrągły tylko płaski. Nie chodzi mi oczywiście, że tak w ogóle jest płaski, bo odstaje :) Tylko, że u niektórych dziewczyn jest lekko szpiczasty, u większości po prostu okrągły. A u mnie płaski tak na poziomie pępka i przez to właśnie wyglądam bardziej jak grubaska niż ciężarna. To chyba właśnie sprawka tych mocnych mięśni brzucha - i to by się właściwie zgadzało.
Wiem, że ostatnio niektóre z Was pisały, że ewidentnie widać, że to ciąża, ale niestety nie potwierdza się to w moim otoczeniu. Osoby, które wiedzą oczywiście mi się przyglądają i twierdzą, że coś tam już widać, ale nadal spotykam się ze zdziwieniem obcych albo i nieobcych, ale niewtajemniczonych. Na przykład pani z firmy sprzątającej widywała mnie co tydzień i się nie zorientowała, że przyrosłam. 
Ostatnio dziewczyny z Hiszpanii poprosiły mnie, żebym wysłała im aktualne zdjęcia. Oprócz tego z rocznicy cyknęłam sobie jeszcze parę fotek w domu - w codziennym stroju i w tej samej sukience, w której byłam w sierpniu na weselu, żeby mieć porównanie :)) Zdjęcia robiłam jakoś w 25. tygodniu chyba, ale za wiele się od tamtego czasu nie zmieniło.
Coś tu chyba widać:

 
 
 

To ostatnie zdjęcie porównajcie sobie z tym z sierpnia. No jednak coś tam urosło :)) Nie wiem tylko, czy to wygląda na szósty miesiąc. Kolejna sesja może za jakieś cztery tygodnie, to już będzie prawie ósmy, więc chyba można spodziewać się czegoś większego :)
A w ogóle to wiele zależy od tego, w co się ubiorę - w tej sukience, w której występowałam tu ostatnio rzeczywiście widać bardziej, podobnie w jednej w moich tunik. Więc jak na przykład idę do przychodni to ubieram którąś z tych rzeczy :P 
Wiem, że to głupie, że tak się przy każdej notce nad swoją sylwetką rozwodzę, ale ja się w ogóle sporo nad tym rozwodzę, bo po prostu cały czas mam wrażenie, że wyglądam grubo. Ale nie grubo ciążowo, tylko grubo tłuszczowo :) 
I tak - z jednej strony cieszę się, ze nie mam dużego brzucha, który byłby dla mnie uciążliwy, zmusiłby mnie do całkowitej wymiany garderoby i spowodował rozstępy. Ale z drugiej myślę sobie, że jak tak dalej pójdzie, to sąsiedzi się będą zastanawiali skąd ja wzięłam tego noworodka - zwłaszcza, ze zaraz się zrobi zimno i już w ogóle będę chodzić w jakichś obszerniejszych ubraniach. No i mimo wszystko dziwnie tak trochę być w ciąży i na nią aż tak bardzo nie wyglądać - odczuwam to szczególnie w towarzystwie innych ciężarnych. Naprawdę dziwnie się wtedy czuję - taka jakby poszkodowana :P Zawsze mam wrażenie zawołać wtedy - halo, halo! ja też jestem w tym samym klubie co Wy! :D

Uzupełnienie:
Tak na wszelki wypadek doprecyzowuję, że te dwa zdjęcia w sukience też są z października ;) Ubrałam tę samą sukienkę, w której byłam na weselu, żeby lepiej widzieć różnicę ;))

niedziela, 12 października 2014

Na froncie. Czyli znowu o jedzeniu.

Od czwartku znowu kontroluję to, co jem. Jak wiecie, nie jest to dla mnie żadna nowość, bo zawsze lubiłam sobie liczyć kalorie i regularnie organizowałam sobie takie tygodniowe liczenie, żeby wiedzieć co i ile jem. Teraz robię to samo, tylko przeliczam jeszcze ilość węglowodanów oraz tak zwanych wymienników węglowodanowych, których wedle dokumentu, który kazano mi ściągnąć ze strony poradni powinnam jeść dziennie 19-21.

Wiele nie musiałam zmieniać - godziny posiłków pozostawiłam takie same, tylko dodałam jeszcze tę kolację, do której nie przywykłam. Okazało się, że jeśli chodzi o same produkty to też wcale tak wiele zmieniać nie muszę, bo ja po prostu wcale nie jadłam aż tak dużo i często produktów mącznych na przykład - chociaż je uwielbiam. Ale jednak na pizzę wybieramy się raz na miesiąc, dwa, pierogi albo kluski też robię nie częściej niż raz w miesiącu. Jeśli chodzi o pieczywo, to okazało się, że najlepiej nie rezygnować całkowicie z pszennego tylko jadać mieszane albo po prostu na zmianę. Tak naprawdę jedyne z czego musiałam zrezygnować to cukry proste - a więc odstawiłam słodycze, bo właściwie spożywałam je tylko w tej postaci. I przyznaję, że niedawno jadłam ich sporo! Na pewno więcej niż zazwyczaj. No i zaczęłam bardziej przyglądać się produktom pod względem indeksu glikemicznego i stwierdziłam, że większość tych, które mają niski indeks lubię i jadam dość regularnie, a zrezygnować powinnam tylko z bananów i winogron.

Jaki wniosek po czterech dniach? Jak tak dalej pójdzie to będę ciągle chudła! Już teraz waga mi spadła o pół kilo (chociaż oczywiście pewnie ma na to wpływ ten mały szok, który zaserwowałam organizmowi, bo zawsze tak jest nawet przy niewielkiej modyfikacji diety). A to dlatego, że po prostu jadając normalne porcje - czyli takie do syta - dziennie zjadam od 1300-1500 kalorii, a pod koniec drugiego trymestru przy mojej wadze powinnam ich jeść przynajmniej 1900. Przynajmniej! A tymczasem ja po prostu nie wiem skąd je brać! Ja w ogóle nawet jadając wszystko  (w umiarze ) i nie odmawiając sobie niczego mieściłam się zawsze w normie kalorycznej odpowiedniej dla mnie, a co dopiero teraz, kiedy musiałam zrezygnować z produktów niezdrowych bądź mniej zdrowych, które właśnie zazwyczaj są wysokokaloryczne. Kaloryczność posiłków często podnosiły mi słodycze albo jakieś wysokowęglowodanowe dania. Są też kaloryczne produkty, które nie mają prawie wcale węglowodanów, ale za to są tłuste i dlatego też należy z nich rezygnować przy cukrzycy, bo mogą prowadzić do hiperglikemii. 
Na razie mam więc problem, bo przecież oczywistym jest, że w ciąży nie mogę ograniczać ilości kalorii i powinnam jednak trochę przytyć. Wiadomo, fajnie mi z tym, że nie obrosłam tłuszczykiem, ale jednak lada dzień zaczynam siódmy miesiąc a ważę tylko 3,5 kg więcej niż przed ciążą. 

Druga sprawa - mimo, że starałam się jeść produkty wskazane przez poradnię, w ciągu dnia nie udawało mi się dostarczyć organizmowi tych wskazanych 19-21 jednostek wymienników węglowodanowych, tylko mniej. Jedynie w czwartek zjadłam ich aż 22, bo zostały mi naleśniki z farszem jak do pierogów ruskich z dnia poprzedniego - a więc produkt zakazany (!). A przecież za mało węglowodanów też nie mogę spożywać.

Poza tym na weekend przyjechał do nas mój tata. Wspominałam jakiś czas temu, że jest na długiej delegacji (został mu ostatni tydzień) w Szczytnie, a ponieważ stamtąd do Miasteczka ma około 500 km, to był tam tylko w dwa weekendy, w pozostałe jeździł na wycieczki albo do nas, bo to tylko 160 km. (swoją drogą niezła rodzinka z nas - mama w Miasteczku, tata na Mazurach, siostra w Krakowie a ja w Warszawie :P) 
Skorzystałam więc z okazji i mierzyłam sobie cukier godzinę po każdym posiłku (tak, jak było wskazane w tej rozpisce z poradni) a czasami również po drugiej  i dzisiaj na czczo. I wyobraźcie sobie, że nie miałam ani razu przekroczonej normy - nawet jak postanowiłam poeksperymentować i zjeść coś zakazanego. Najwyższa wartość jaką miałam po godzinie wynosiła 112 po obfitym śniadaniu (norma wg. poradni to do 120) Bywało, że nawet Franek miał wyższą wartość niż ja, a on zawsze miał z cukrem wszystko ok. A jedliśmy wszyscy to samo.

Zastanawiam się, co to dla mnie oznacza. I czy możliwe jest, że jednak to była zbyt pochopna diagnoza. To, że coś jest nie tak jest pewne, bo mimo wszystko nie powinno być tak, że wartość po dwóch godzinach od wypicia tej glukozy mi wzrosła. Ale może to nie jest jeszcze cukrzyca? Może jakiś stan przedcukrzycowy albo nietolerancja. No, ale to nie ja jestem lekarzem. Na razie po prostu starałam się na własną rękę czegoś podowiadywać, opierając się na informacjach z poradni, z książek oraz od moich rodziców. Zobaczymy co mi powiedzą w środę w szpitalu. 
Ale może jednak nie będzie wcale tak źle? Może po prostu źle podeszłam do tamtego badania - w tygodniu poprzedzającym jadłam naprawdę dużo słodyczy, a w ostatnim czasie również dużo słonecznika, który jak wiecie uwielbiam, a zbyt duże jego ilości mogą właśnie prowadzić do hiperglikemii. Na pewno jest to wskazówka do tego, że nie mogę tak całkiem sobie folgować jeśli chodzi o cukry, ale naprawdę zastanawiam się, czy jest ze mną faktycznie tak źle, skoro te wartości na glukometrze były w normie. A jeśli jednak mam tę cukrzycę, to z kolei ostatnie dni pokazują, że praktycznie od razu -rezygnując przede wszystkim ze słodyczy- jestem w stanie doprowadzić mój organizm do względnego porządku.
Ech, na razie wiem, że nic nie wiem.