*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Znowu o tym Wikingu :)

Czekałam jak na zbawienie na ten dzień, kiedy Wiking skończy trzy miesiące. Doczekałam się i... oczywiście nic się nie wydarzyło :) Wiking nie wstał nagle i nie powiedział "cześć mamo, idę kupić coś na obiad" :D Ale tak naprawdę, mimo, że wiele słyszałam i czytałam o tym przełomie trzeciego miesiąca, o kamieniach milowych itp, im bliżej było tego dnia, tym mniejszą wagę do niego przywiązywałam, bo przecież wiedziałam, że nic nie wydarzy się z dnia na dzień. Poza tym pamiętam o tym, że Wikuś urodził się o dwa tygodnie za wcześnie, więc może tak naprawdę te trzy miesiące stukną mu dopiero za 10 dni ;)

Ale być może jest to jakaś symboliczna, mentalna granica. Pewnie obiektywnie będę mogła ocenić to dopiero za jakiś czas. Tak naprawdę liczę tylko na jedno - że faktycznie po trzecim miesiącu skończą się u Wikusia problemy z układem pokarmowym. Nie miewa co prawda raczej kolek, ale wzdęcia i bóle brzuszka już niestety tak (chociaż - odpukać! - od dwóch tygodni nie miały miejsca). Większy problem ma z refluksem, ale tego to się pewnie tak szybko nie pozbędziemy. Zobaczymy, jak to będzie teraz wyglądało.

Ale prawdą jest, że Mały jest teraz już bardziej kontaktowy. Uśmiecha się - i robi to w określonych sytuacjach, a także reaguje na to, kiedy ktoś się uśmiecha do niego, bo wcześniej to były raczej przypadkowe uśmiechy. Najbardziej lubi, kiedy trzymamy go pod pachami i stawiamy go w pionie tak, że nóżkami opiera się na podłożu albo naszym brzuchu i może sobie spacerować - wtedy uśmiech jest gwarantowany! Co ciekawe, to jest podobno umiejętność, którą dziecko nabywa dopiero w okolicach piątego miesiąca - ostatnio w Klubie Kangura jedna mama mająca dziecko urodzone 5 stycznia była zdziwiona tym, jaki Wiking jest już sztywny w porównaniu do jej "giętkiego" synka. Bo rzeczywiście Wikuś ma bardzo silne nogi i mocno trzyma główkę. Za to zapomniał jak podnosić główkę i siebie na ramionach - miesiąc temu pisałam, że jeszcze tego nie umie i dokładnie następnego dnia, uniósł się ładnie na przedramionach. Ale ostatnio jakoś mu się odechciało i kiedy kładę go na brzuszku, to prędzej podnosi tyłek robiąc coś jakby mostek (z jednej strony opiera się na stópkach,z drugiej na buzi). 

Na szczęście moje obawy się nie sprawdziły i odkąd jesteśmy znowu w domu, Wikuś przestał być takim nieodkładalnym dzieckiem :) Albo więc to naprawdę był jakiś skok rozwojowy, albo mamy kumate dziecko i po prostu jak widział, że jest dużo chętnych do noszenia go (mój tato i mój wujek wręcz przebierali nogami i co chwilę pytali, czy mają go ponosić :)), to tego chciał, a teraz wspaniałomyślnie odpuścił rodzicom. A tutaj siedzi sobie w bujaczku, leży na macie (dzisiaj leżał tam ponad godzinę podczas gdy ja sobie oglądałam TVN Player i szydełkowałam) albo leży w łóżeczku. Oczywiście bez przesady, jego cierpliwość ma swoje granice, ale nie jest najgorzej.
Tylko trochę ostatnio zdarza mu się histeryzować kiedy wychodzimy na spacer. Nie mam pojęcia, co mu się stało ani co jest tego powodem. Odkąd pierwszy raz wyszliśmy na spacer dokładnie trzy tygodnie po urodzeniu, nie opuściliśmy ani jednego spacerowego dnia. Bez względu na pogodę spacerowaliśmy - raz krócej, raz dłużej, średnio 30 minut. Dzieciak prawie zawsze krzyczał przy ubieraniu i prawie zawsze uciszał się włożony do wózka - najpóźniej w windzie. Później spał dwie, trzy godziny. 
Potem zaczął się uspokajać dopiero w momencie wyjścia na zewnątrz, ale teraz to nie jest gwarancją i zdarza mu się, że jeszcze przez jakiś czas płacze. To bywa niestety bardzo stresujące - zwłaszcza kiedy akurat jadę na zajęcia albo z nich wracam. No i z tym spaniem też już nie ma pewności, bo zazwyczaj zasypia na tym spacerze prędzej czy później (no bo dzisiaj na przykład nie płakał), ale budzi się kiedy wracamy - najpóźniej w momencie przekroczenia progu mieszkania :) Ale to akurat pewnie dlatego, że przedpołudniową drzemkę ucina sobie dość długą i potem już mu się nie chce tak spać. 
Cóż, tego na pewno Wikuś mnie nauczył - nie należy się przyzwyczajać do żadnych jego przyzwyczajeń, bo w każdej chwili może je zmienić :)

Ogólnie mam wrażenie, że Wiking jest trochę spokojniejszy. Ale z drugiej strony myślę sobie, że może to nie on się zmienił, tylko moje postrzeganie jego i jego zachowań. Trochę się już oswoiłam z nową sytuacją życiową, poznałam swoje dziecko, nauczyłam się go trochę. To wszystko na pewno też ma znaczenie. Może właśnie na tym polega magia tego przełomu trzeciego miesiąca? ;)
Właściwie to chyba muszę skrobnąć notkę na temat tego, jak to jest być margolką-matką.  No niestety, wygląda na to, że trudno nie być monotematyczną w takich okolicznościach. To, że piszę tak dużo o naszym dziecku wynika po prostu z tego, że - spójrzmy prawdzie w oczy - moje życie ostatnio musi się kręcić głównie wokół niego. Nie ma innej opcji, bo ten Maluch sobie sam nie poradzi. Siłą rzeczy więc i tematy na blogu wiążą się ściśle z nim oraz z macierzyństwem. Liczę na to, że z biegiem czasu trochę to wszystko spowszednieje i stopniowo zaczną się tu pojawiać również inne notki - to będzie znak, że i u mnie w życiu dzieje się więcej :P Ale póki co i tak wydaje mi się, że nie jest ze mną tak najgorzej - to znaczy, jeżdżę na te spotkania, nadal tutaj piszę, nadal czytam książki, jestem w miarę na bieżąco z moimi ulubionymi serialami, mieszkanie jako tako (z pomocą Franka) ogarniam, towarzysko też całkiem nie umarłam (i na przykład we wtorek wieczorem spotykam się z ludźmi z dawnej pracy). Więc chyba nie jestem aż taką zafiksowaną matką... Mam przynajmniej taką nadzieję... :)

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Właściwie to o niczym :)

Dziś ostatni świąteczny dzień, a co za tym idzie, ostatni nasz dzień spędzony w Miasteczku. Jutro rano wyjeżdżamy. Oj, będzie mi ciężko. Idealnie byłoby, gdybyśmy tak na co dzień lub prawie na co dzień byli w takim składzie (tylko może bez opcji wspólnego mieszkania, bo to chyba przegięcie ;)), jak przez weekend, ale to akurat wizja zupełnie nierealna. Jeśli faktycznie mielibyśmy się wyprowadzać z Podwarszawia, (co wcale nie oznacza, że są takie plany, najbliższe lata jak na razie to czarna dziura, więc nie ma ani planów, ani gdybań :)) to już prędzej do Poznania. W Miasteczku raczej nie znaleźlibyśmy pracy, która by nas satysfakcjonowała a i życie w takim miejscu pewnie by nas jednak rozczarowało. Nie ma więc co się zastanawiać nad tym, co by się chciało a co by się dało, tylko spiąć pośladki i nie myśleć o syndromie przedszkolaka, który już mi siedzi na żołądku ;)

Wczoraj dla odmiany Wikuś zachowywał się idealnie. Już rano spokojnie siedział w bujaczku, kiedy ja byłam w łazience a Franek się pakował. Co prawda to jest dziecko, którego nie można posadzić w leżaczku i zignorować ;) - trzeba do niego co chwilę zagadywać, pomachać mu zabawką przed oczami albo podać smoczek, ale jednak siedział spokojnie przez blisko dwie godziny. W ciągu dnia uciął sobie dwie długie i trzy króciutkie drzemki, ale co ważniejsze, kiedy nie spał już nie trzeba było go cały czas nosić! :) Mogłam go sobie na przykład trzymać na kolanach i rozwiązywać krzyżówkę, podczas gdy on obserwował sobie ścianę, twarze dookoła i od czasu do czasu coś tam do mnie powiedział, a ja mu odpowiedziałam. Dziś było nieco gorzej, bo chyba miał rano jakiś problem i coś go bolało :( Nie mógł zasnąć i przez to marudził, ale miał też bardzo dobre momenty. 
Ale jutro nasz kochany Dzieciak (swoją drogą jeśli ktoś mówi o gromadce dzieci "dzieciaki" to nikogo to nie oburza, a "dzieciak" w liczbie pojedynczej już tak, nie kumam) kończy trzy miesiące i może wtedy będzie okazja, żeby trochę więcej napisać. Choć oczywiście nie wiem, czy dokładnie jutro - bo najpierw podróż, potem wizyta u lekarza. W środę i czwartek znowu będziemy się udzielać towarzysko, więc może trochę mi zejdzie z tą notką.
A dzisiaj napisałam sobie ot tak, trochę nawet bez sensu, ale stwierdziłam, że skoro mam okazję, to skorzystam, bo jutro różnie już może być :) Tak to już jest z Wikingiem!